Archive for Wrzesień, 2012


Ambitne plany pobudki o świcie i obserwacji wschodzącego słońca spaliły na panewce. Byliśmy zbyt zmęczeni, by zarywać noc, i postanowiliśmy wycisnąć ze snu maksimum. Dzisiejsza Eucharystia trwała blisko 2,5 godziny – w Ghanie jest to normą, do której nie musieliśmy się przyzwyczajać. Msze święte celebrowane są bowiem w żywiołowy sposób, skutecznie absorbując uwagę zgromadzonych w świątyni. Ojciec Ruben, który przewodniczył liturgii, humorystycznie powiedział o nas kilka zdań, w efekcie czego kąciki ust wiernych utworzyły coś na kształt afrykańskiego banana :). Pozytywna atmosfera udzieliła się i nam, dzięki czemu rozstanie z gospodarzami ośrodka Mafi-Kumase oraz miejscowymi dziećmi odbyło się bez krokodylich łez.

Do Abor zawitaliśmy tuż przed godziną 14:00. Zjedliśmy szybki obiad, i znów ruszyliśmy w trasę – tym razem nad ocean, i tym razem z setką rozentuzjazmowanych dzieci. Udało się więc spełnić obietnicę złożoną naszym małym przyjaciołom przed tygodniem. Z początku fale wydawały się dość spokojne, ale w obliczu bardzo nierównego dna (od naszej ostatniej wizyty uległo dużemu przeobrażeniu), wypuszczanie się przez dzieci na głębsze rejony mogło stanowić zagrożenie. Zwiększona kontrola z naszej strony zapewniła wszystkim bezpieczną zabawę, podczas której mogliśmy przypomnieć sobie najlepsze czasy kolonii spędzanych nad morzem :).

Wielkimi krokami zbliża się kres naszego pobytu na Czarnym Lądzie. Nastaje więc czas pierwszych pożegnań z ludźmi, których zdążyliśmy polubić, albo nawet zaprzyjaźnić się z nimi. Wieczorem odwiedził nas Malik – dyrektor apteki położonej obok szpitala, w którym grupa medyczna odbywała praktykę. Nie obyło się bez wzruszeń, których, niestety, będziemy doświadczać coraz więcej. Pora zatem zaopatrzyć się w niezbędne kartony chusteczek higienicznych :).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Pobudka o 5:00 rano nie należała do największych przyjemności dnia dzisiejszego :). Ci, którzy powrócili wczoraj do Mafi-Kumase, musieli wstać z łóżka o wczesnej porze, aby zdążyć do Adidome na spotkanie z animatorami katolickich ruchów młodzieżowych. Animatorzy ci to osoby, które pisały niedawno maturę, a oczekując na wyniki, pracują jako nauczyciele. Madzia, Tomasz i Ojciec Maciej, mogli pospać nieco dłużej – w Adidome pozostali na noc, i choć zastały ich trudne warunki, nie narzekali. Pozostali odbyli pickupem jeszcze bardziej interesującą podróż niż wczoraj. Rekord prędkości został pobity – 110 km/h po polnych drogach. Na 6:30, czyli na Eucharystię, udało im się zdążyć.

Lał deszcz i trzaskały pioruny. Nie przeszkodziło to Justinowi – naszemu przyjacielowi z „In my Father’s house”, aby nas odwiedzić. Co ciekawe, Togijczyk jest liderem świeckich misjonarzy kombonianów w prowincji Abor, o czym wcześniej nie wiedzieliśmy. W drodze powrotnej pojechaliśmy nad rzekę Voltę, po której mieliśmy płynąć łódkami canoe, ale ze względu na ryzyko niebezpieczeństwa, wynikające ze zmiennych warunków atmosferycznych, tylko obeszliśmy się smakiem.

W Mafi-Kumase spędziliśmy dzisiejsze popołudnie. Ośrodek, w którym mieszkamy, położony jest w malowniczej okolicy, z bardzo ciekawym płaskowyżem. Postanowiliśmy zobaczyć, jak wygląda okolica z perspektywy lotu ptaka. Afryka pokazała nam piękne oblicze, z którym z pewnością trudno nam będzie się rozstać.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Niespełna 6 godzin zajęło nam w piątek odwiedzanie wiosek położonych w rejonie Mafi-Kumase. Ostatnie dni są dla nas intensywne – przed powrotem do Polski chcemy zrobić tak dużo, jak tylko jest to możliwe. Nie zdążyliśmy jeszcze rozdać wszystkich przedmiotów szkolnych, które przywieźliśmy ze sobą, wykorzystujemy więc każdą sposobność, aby to uczynić. Aby dotrzeć do jednej z wsi, musieliśmy zapuścić się w głęboki busz, i odciąć od większej cywilizacji. Terenowym pickupem, za „stery” którego siadła tym razem Madzia (należy zwrócić uwagę, iż jako driver spisała się perfekcyjnie :)), ruszyliśmy w podróż do enklaw, w których czas płynie wolniej, z dala od zgiełku i wyścigu po laury. Po Eucharystii w trzech językach – ewe, angielskim i polskim, rozdaliśmy rekwizyty, włącznie z plecakami, które zrobiły niesamowitą furorę (również w gronie nauczycielskim). Reakcja Ghańczyków jak zwykle zmusiła nas do szukania porównań z Polską. Tu, w Afryce, wyprawka szkolna jest rarytasem, u nas natomiast chlebem powszednim – czymś, na co nie zwraca się już większej uwagi.

Po południu czekał nas kolejny wyjazd i spotkanie z ghańską młodzieżą. I znów wyruszyliśmy w miejsce, które z trudem odnaleźć na mapie. Czasem można odnieść wrażenie, że sięgamy krańca świata. Tam właśnie spędziliśmy kolejne kilka godzin, mając okazję uczestniczyć w nietypowej adoracji – odbywała się ona niemal całkowicie po ciemku, a afrykańskie śpiewy były tak głośne, że niemal pękały nam uszy. Część z nas została tam na noc, a część wróciła do ośrodka w Mafi-Kumase. W sobotę znów wszyscy się tam spotkamy, licząc na kolejne niespodzianki.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Pogrzeby w Ghanie wyglądają zdecydowanie inaczej, niż u nas. Uczestniczyliśmy dziś w przygotowaniach do ceremonii pogrzebowej. Ciekawostką jest to, że człowiek, który ma zostać pochowany, zmarł w… czerwcu. Od tamtego momentu spoczywa w chłodni. Uroczystość przeciągnięto w czasie ze względu na chęć zaproszenia siedemdziesięciu przywódców okolicznych wiosek (denat bowiem był strażnikiem lokalnego czakramu i uważany był za ważną personę). W trakcie pożegnania nieboszczyk zostanie posadzony w charakterystycznej pozycji, związanej z wykonywaną funkcją. Nauczycieli na przykład sadza się za biurkiem.

Popołudnie było czasem skupienia, będącym podsumowaniem kolejnego mijającego tygodnia, a w gruncie rzeczy całego wyjazdu. W trakcie adoracji, odpowiedzieliśmy sobie na kilka istotnych pytań – między innymi, jak postrzegamy swój pobyt w Ghanie i jak doświadczenie misyjne wpłynęło na naszą wiarę i postrzeganie Boga. Podczas rozważań spadł ulewny deszcz, jakiego tutaj wcześniej nie widzieliśmy. Można go postrzegać w kategorii swoistego katharsis :).

Rozmowa z misjonarzami o bogatym stażu zawsze jest czymś wzbogacającym. Nie inaczej było dziś wieczorem, kiedy w przyjemnej atmosferze spotkaliśmy się całą wspólnotą, i wymienili spostrzeżeniami na temat misji, a także mentalności ludzi mieszkających w Ghanie. Towarzyszył nam Ojciec Giuseppe, który jest prawdziwym obieżyświatem – pracę duszpasterza rozpoczął w Togo w 1974 roku, później 17 lat spędził w Stanach Zjednoczonych, by finalnie znaleźć się w Ghanie i stworzyć „In my Father’s house”.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dzisiejszy wpis chcemy rozpocząć od wspomnienia ważnego wydarzenia, które miało miejsce wczorajszego wieczoru w kaplicy. Zebrane dzieci pod przewodnictwem katechisty Justina wzięły udział w referendum, w którym zajmowały stanowisko w sprawie zasadności karmienia ich fasolką. Wolą większości głosów wyraziły sprzeciw wobec obowiązku jej spożywania. Po wielu burzliwych przemówieniach, w tym głównie Eli, udało się je przekonać o walorach zdrowotnych fasoli 🙂

Do Mafi-Kumase przyjechaliśmy, z myślą, by z bliska przyjrzeć się na czym polega praca misjonarza. Środowy poranek rozpoczęliśmy od zwiedzania pobliskiej szkoły prowadzonej przez o.o Kombonianów. Naszą uwagę w sposób szczególny zwróciła klasa, w której uczy się 100(!) uczniów.

Resztę dnia spędziliśmy na odwiedzinach w outstations, czyli w placówkach dojazdowych, którym pomagają Kombonianie. W rejonie Mafi-Kumase jest ich całkiem sporo. Razem z ojcem Rubenem odwiedziliśmy. m.in. szkoły w których zostawiliśmy zebrane na animacjach artykuły szkolne. Ich stan techniczny jest tragiczny. „Budynek” szkolny to nic innego jak kawałek blachy podpartej drewnianymi palami, pomiędzy którymi ustawione są „ściany” z gliny. Pod tym zadaszeniem ustawione są ławki, biurko i tablica. W niedługiej przyszłości planowane jest jednak otwarcie murowanego budynku, który obecnie jest w budowie.

 Zawitaliśmy również do kilku miejscowości m.in. do Tsakpo Kutime, Yorkutikpo, Sasiekpe, Kpelebe, Agoe, Fiekpe, w których mieliśmy się spotkać z katechistami i mieszkańcami. Otwartość z jaką nas przyjęli będziemy długo pamiętać. Poczęstowano nas lokalnymi specjałami, takimi jak pieczona w ogniu kasawa, kokos czy prażone orzeszki ziemne. Część naszej grupy (Kamil, Gosia i Sieka) zmierzyła się też z procesem osuszania mąki. Ich poczynania wywołały uśmiech na wielu twarzach. Opuszczając ostatnią wioskę, jej mieszkańcy obdarowali nas smakołykami, które wcześniej tak bardzo nam smakowały.

 W drodze powrotnej Kombonianin wspomniał, że w każdej z odwiedzanych przez nas miejscowości, jest jakaś przychodnia. Opieka zdrowotna nie jest tu jednak darmowa, przez co wielu mieszkańców nie może sobie na nią pozwolić.

 Jutro kolejny dzień wrażeń.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dla żeńskiej części naszej grupy wtorek zaczął się już o godzinie 4:00 nad ranem. Plaga mrówek, jaka zaatakowała pokój płci pięknej, wywołała uzasadnioną panikę. Pogryzione dziewczęta zerwały się z łóżek z prędkością światła, i rozpoczęły walkę, która ze względu na liczebną słabość, musiała zakończyć się ich kapitulacją. Dezercja do kuchni wydała się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Powrót do pokoju o 5:30 wywołał konsternację – nie było bowiem nawet najmniejszego śladu po intruzach. Wszystko pozostało nienaruszone, jak gdyby nic się tutaj nie wydarzyło.

Madzia z Ojcem Maćkiem postanowili raz jeszcze odwiedzić Guadelianów. Jak wspominaliśmy we wczorajszym wpisie, znajduje się tam ośrodek rehabilitacyjny osób niepełnosprawnych. Naszym przedstawicielom towarzyszył Ghańczyk Prince – chłopiec poruszający się o kulach. Niestety, jak do tej pory były one zbyt krótkie i wymagały korekcji. Przy pomocy Guadelianów, problem udało się rozwiązać, przez co – dosłownie i w przenośni – chłopiec stanął na nogi. Choć zmiana ta nie odmieni jego życia, na pewno trochę je ułatwi.

Za sprawy żywieniowe dzisiaj odpowiedzialni byli Ela z Tomaszem. Kilka godzin spędzonych w kuchni zaowocowało pysznym polskim obiadem w postaci placków ziemniaczanych, którego wszystkim nam brakowało. Placki były wprawdzie troszkę „naciągane” – zamiast nich, dwoje naszych kucharzy wykorzystało miejscowy jam (warzywo ziemniakopodobne), ale efekt był bardzo dobry. Nikt nie wyszedł z kuchni nie najedzony.

Po południu wyruszyliśmy w podroż do Mafi-Kumase. To kolejny punkt naszego pobytu w Ghanie. Zabraliśmy ze sobą przybory szkolne, ofiarowane nam od mieszkańców Rudy Śląskiej (za co szczerze i serdecznie dziękujemy!). Podczas wizyt w miejscowych outstations, planujemy rozdać je dzieciom, aby w sposób godny mogły się uczyć.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Czy osoby niepełnosprawne skazane są na brak możliwości normalnego funkcjonowania? Wizyta Madzi oraz Ojca Maćka w ośrodku Zgromadzenia Guanelianów pokazała, iż niekoniecznie. Guanelianie prowadzą tam kompleks rehabilitacyjny dla osób niepełnosprawnych, a także szkołę zawodową. Organizują warsztaty krawieckie i tkackie. Dwójka naszych przedstawicieli miała więc okazję podpatrzeć, jak radzą sobie osoby chore – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Dzielność podopiecznych ośrodka budziła respekt. Madzi i Ojcu Maćkowi szczególnie zapadło w pamięć dwoje dzieci. Lidya, mała dziewczynka ze sparaliżowaną lewą stroną ciała, bardzo sprawnie operowała rozmaitymi przedmiotami, używając jedynie prawej ręki i prawej nogi. Udało jej się nawet bardzo precyzyjnie założyć Ojcu Maćkowi bandaż! Patrick z kolei, pomimo zaawansowanego kalectwa (porusza się wyłącznie na wózku inwalidzkim), zdołał oswoić się z miejscowym osiołkiem, pomimo iż z początku mogło się wydawać, że przyjaźń pomiędzy chłopcem a Kłapouchym raczej możliwa nie jest.

Nić porozumienia z mieszkańcami okolicznych wiosek nawiązali również Gosia i Kamil. Większość poniedziałku spędzili oni na poznawaniu codziennego życia Ghańczyków – rozmowach z nimi i próbie przeniknięcia przez ich problemy. W ramach ciekawostki warto dodać, iż w drodze powrotnej natknęli się oni na dwa posążki voodoo. Według tutejszych wierzeń, jeden z nich pełni rolę złotej rybki – spełnia życzenia mieszkańców. Drugi natomiast otwiera oczy wiernych na sprawy duchowe. Makafi, jeden z tambylców, wyjaśnił Gosi i Kamilowi, że dopóki nie będą przejawiać niechęci do voodoo, dopóty są bezpieczni, a nawet mogą kierować do posążków swoje własne prośby.

Pozostałe osoby spędziły swój czas w „In my Father’s house” na organizowaniu dzieciom zajęć oraz uczestnictwie w codziennych modlitwach. Nagrodą dla najbardziej zaangażowanych osób były lody bananowo-czekoladowe produkcji polskiej. Nikt nie grymasił, co możemy potraktować jako nasz wielki kulinarny sukces :).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Praca misjonarza wiąże się z ciągłą mobilnością. Dzisiaj mieliśmy okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Informacja o możliwości wyjazdu na outstation błyskawicznie postawiła nas na nogi. Po szybkim śniadaniu wyruszyliśmy w daleką drogę do wioski Agovinu, leżącej na terenie parafii Atiavi. Jest ona jedną z 15 outstation należących do tej parafii. Z racji braku księży , a także przez utrudniony dojazd msze święte odbywają się tu raz w miesiącu. Zaraz po opuszczeniu samochodu wsiedliśmy do canoe i przeprawiliśmy się na drugi brzeg rzeki. W trakcie spływu podziwialiśmy bogatą florę tego miejsca (lilie wodne i ponad metrowe trawy).

Eucharystia, jak zwykle w Afryce tętniła życiem. Śpiewali i tańczyli wszycy: mali, duzi, starsi i młodsi, chłopcy i dziewczyny. Skąd oni biorą na to energię – tego nie wiemy. Nie obyło się bez bardzo miłego akcentu. Po Mszy humorystycznie przedstawiono nas całej wspólnocie. Znów poczulismy się jak u siebie w domu. Mieliśmy okazje poznać m.in.Wiktora, który w 1951 roku jako pierwszy przedstawiciel Agovinu przyjął chrzest. Od tamtego momentu chrześcijaństwo zagościło w wiosce na dobre. Warto w tym miejscu odnotować, że ojciec Giuseppe (kombonianin, twórca „In my Father’s house”) zainicjował budowę szkoły i wodociągów, które w znaczący sposób ułatwiły życie mieszkańcom.

Wycieczka nad ocean niestety nie doszła do skutku. Nie było w tym naszej winy, na szczęście mecz piłki nożnej odegnał wszelkie smutki 🙂

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Sobota jako dzień wolny od pracy to wyśmienity czas, aby wyjść poza ramy codzienności i zrobić coś, czego program naszych działań nie przewiduje. O poranku część z nas przygotowała dla dzieci i młodzieży szkolenie z pierwszej pomocy – wzbudziło ono powszechne zainteresowanie, a jego uczestnicy wykazali się dużym zaangażowaniem. Pierwszą grupą osób zajęli się Ela, Monika, Tomasz oraz Togijczyk Justine, drugą – Madzia i Amerykanin Tommy. Co ciekawe, Tomasz odgrywał również rolę tłumacza z języka polskiego na angielski, a Justin z angielskiego na miejscowy ewe. W tym samym czasie Kamil, jako nasz nadworny fotograf, przeprowadził krótki kurs robienia zdjęć, i ostatecznie wyszło na to, że dzieci robią je lepiej od niego.

Popołudnie postanowiliśmy wykorzystać na rekreację. Wycieczka do Anyako – niewielkiej miejscowości położonej nad laguną, do której w XIX wieku jako pierwsi dotarli katoliccy misjonarze (głównie Niemcy) – dostarczyła wielu miłych wrażeń. Łódkami „canoe” dopłynęliśmy do jednej z wysp, choć prawdę mówiąc, transport nie był nam potrzebny – głębokość wody w żadnym z miejsc nie przekroczyła jednego metra. Do naszych łajb niepostrzeżenie wkradały się ryby wielkości małego palca u ręki, siejąc zamęt i popłoch wśród załogi, ale dzięki jej heroizmowi wszystkim udało się ujść z życiem.

W niedzielę zabieramy setkę dzieci nad ocean – już od kilku dni nie dają nam spokoju. Pogoda powinna dopisać – nawet zimą temperatura w Ghanie rzadko spada poniżej 20 stopni. Chłodna kąpiel wszystkim dobrze nam zrobi :).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Wyjeżdżając z Polski, obiecaliśmy naszej Madzi Buczek, iż rozpropagujemy tzw. „podwórkowe kółka różańcowe”. Obietnicę udało się ziścić. Dziś o poranku wręczyliśmy około 30 legitymacji uczestnikom niniejszego przedsięwzięcia.

21. września Ghańczycy obchodzą swoje święto narodowe – urodziny pierwszego prezydenta, którego darzą szczególnym szacunkiem. Ghańscy parlamentarzyści postanowili z tej okazji sprawić wszystkim młodym obywatelom najprzyjemniejszy z możliwych prezentów – dzień wolny od szkoły. My oczywiście niecnie wykorzystaliśmy ten fakt, organizując w „In my Father’s house” dzień sportu. Turniej piłki nożnej cieszył się bardzo dużą popularnością wśród męskiej części internatu. Futbolówkę kopali dziś zarówno starsi, jak i ci młodsi, i wszystkim sprawiało to frajdę. W rywalizacji wzięli również udział Tomasz i Artur jako jedyni przedstawiciele „The whites”. Temu pierwszemu udało się nawet skierować dwukrotnie piłkę do siatki (dwukrotnie przypadkiem odbiła się od jego stopy), drugiemu zaś ewidentnie brakowało respiratora, by z powodzeniem wytrzymać trudy konfrontacji.

Ela, Madzia i Monika po raz ostatni odwiedziły szpital. Pożegnanie z personelem i pacjentami przebiegło w miłej atmosferze. Dziewczęta bardzo chwalą sobie wizyty w tejże placówce – poznały inne i znacznie gorsze warunki od tych, jakie panują w naszym kraju. Po powrocie do Polski będą miały z pewnością silny argument w debatach ze wszystkimi pacjentami, narzekającymi na naszą służbę zdrowia. Po południu pielęgniarki – wraz z ojcem Maćkiem – udali się do jednej z wiosek, aby odwiedzić młodszą z naszych kucharek – Marry. To cud, że dotarli na miejsce, i jeszcze większy, że zdołali wrócić do Abor. Rozklekotany samochód, pozbawiony zresztą hamulców, był najgorszym z możliwych środków transportu, ale w tym momencie jedynym z dostępnych. W między czasie grupka odwiedziła także centrum Abor, w którym lekarze udzielali bezpłatnie porad mieszkańcom miasteczka.

Na terenie „In my Father’s house” – ku pociesze naszych oczu – rośnie wiele palm, podkreślających egzotykę tego miejsca. Ich liście przydają się często do konstruowania mioteł, którymi dzieci o świcie zamiatają przejścia pomiędzy dormitoriami. Gosia z Kamilem wcielili się dziś w miotło-konstruktorów, pomagając pociechom w odrobieniu pracy domowej, którą było wykonanie kilku z nich. Nie było to zajęcie trudne, ale za to czasochłonne.

Pranie ubrań z pozoru może się wydawać czynnością mało atrakcyjną i monotonną. Asia, powszechnie znana jako Sieka, wystąpiła dziś w roli praczki, ale do pomocy udało jej się zachęcić również dzieci. Doprowadzanie ubrań do świeżości zajęło im kilka godzin, ale czas ten upłynął w oka mgnieniu. Nawet najbardziej nieprzyjemna praca – przy odpowiednim nastawieniu – może przerodzić się w przyjemność.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.