Archive for 30 września, 2012


Ambitne plany pobudki o świcie i obserwacji wschodzącego słońca spaliły na panewce. Byliśmy zbyt zmęczeni, by zarywać noc, i postanowiliśmy wycisnąć ze snu maksimum. Dzisiejsza Eucharystia trwała blisko 2,5 godziny – w Ghanie jest to normą, do której nie musieliśmy się przyzwyczajać. Msze święte celebrowane są bowiem w żywiołowy sposób, skutecznie absorbując uwagę zgromadzonych w świątyni. Ojciec Ruben, który przewodniczył liturgii, humorystycznie powiedział o nas kilka zdań, w efekcie czego kąciki ust wiernych utworzyły coś na kształt afrykańskiego banana :). Pozytywna atmosfera udzieliła się i nam, dzięki czemu rozstanie z gospodarzami ośrodka Mafi-Kumase oraz miejscowymi dziećmi odbyło się bez krokodylich łez.

Do Abor zawitaliśmy tuż przed godziną 14:00. Zjedliśmy szybki obiad, i znów ruszyliśmy w trasę – tym razem nad ocean, i tym razem z setką rozentuzjazmowanych dzieci. Udało się więc spełnić obietnicę złożoną naszym małym przyjaciołom przed tygodniem. Z początku fale wydawały się dość spokojne, ale w obliczu bardzo nierównego dna (od naszej ostatniej wizyty uległo dużemu przeobrażeniu), wypuszczanie się przez dzieci na głębsze rejony mogło stanowić zagrożenie. Zwiększona kontrola z naszej strony zapewniła wszystkim bezpieczną zabawę, podczas której mogliśmy przypomnieć sobie najlepsze czasy kolonii spędzanych nad morzem :).

Wielkimi krokami zbliża się kres naszego pobytu na Czarnym Lądzie. Nastaje więc czas pierwszych pożegnań z ludźmi, których zdążyliśmy polubić, albo nawet zaprzyjaźnić się z nimi. Wieczorem odwiedził nas Malik – dyrektor apteki położonej obok szpitala, w którym grupa medyczna odbywała praktykę. Nie obyło się bez wzruszeń, których, niestety, będziemy doświadczać coraz więcej. Pora zatem zaopatrzyć się w niezbędne kartony chusteczek higienicznych :).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Pobudka o 5:00 rano nie należała do największych przyjemności dnia dzisiejszego :). Ci, którzy powrócili wczoraj do Mafi-Kumase, musieli wstać z łóżka o wczesnej porze, aby zdążyć do Adidome na spotkanie z animatorami katolickich ruchów młodzieżowych. Animatorzy ci to osoby, które pisały niedawno maturę, a oczekując na wyniki, pracują jako nauczyciele. Madzia, Tomasz i Ojciec Maciej, mogli pospać nieco dłużej – w Adidome pozostali na noc, i choć zastały ich trudne warunki, nie narzekali. Pozostali odbyli pickupem jeszcze bardziej interesującą podróż niż wczoraj. Rekord prędkości został pobity – 110 km/h po polnych drogach. Na 6:30, czyli na Eucharystię, udało im się zdążyć.

Lał deszcz i trzaskały pioruny. Nie przeszkodziło to Justinowi – naszemu przyjacielowi z „In my Father’s house”, aby nas odwiedzić. Co ciekawe, Togijczyk jest liderem świeckich misjonarzy kombonianów w prowincji Abor, o czym wcześniej nie wiedzieliśmy. W drodze powrotnej pojechaliśmy nad rzekę Voltę, po której mieliśmy płynąć łódkami canoe, ale ze względu na ryzyko niebezpieczeństwa, wynikające ze zmiennych warunków atmosferycznych, tylko obeszliśmy się smakiem.

W Mafi-Kumase spędziliśmy dzisiejsze popołudnie. Ośrodek, w którym mieszkamy, położony jest w malowniczej okolicy, z bardzo ciekawym płaskowyżem. Postanowiliśmy zobaczyć, jak wygląda okolica z perspektywy lotu ptaka. Afryka pokazała nam piękne oblicze, z którym z pewnością trudno nam będzie się rozstać.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.