Wyjeżdżając z Polski, obiecaliśmy naszej Madzi Buczek, iż rozpropagujemy tzw. „podwórkowe kółka różańcowe”. Obietnicę udało się ziścić. Dziś o poranku wręczyliśmy około 30 legitymacji uczestnikom niniejszego przedsięwzięcia.

21. września Ghańczycy obchodzą swoje święto narodowe – urodziny pierwszego prezydenta, którego darzą szczególnym szacunkiem. Ghańscy parlamentarzyści postanowili z tej okazji sprawić wszystkim młodym obywatelom najprzyjemniejszy z możliwych prezentów – dzień wolny od szkoły. My oczywiście niecnie wykorzystaliśmy ten fakt, organizując w „In my Father’s house” dzień sportu. Turniej piłki nożnej cieszył się bardzo dużą popularnością wśród męskiej części internatu. Futbolówkę kopali dziś zarówno starsi, jak i ci młodsi, i wszystkim sprawiało to frajdę. W rywalizacji wzięli również udział Tomasz i Artur jako jedyni przedstawiciele „The whites”. Temu pierwszemu udało się nawet skierować dwukrotnie piłkę do siatki (dwukrotnie przypadkiem odbiła się od jego stopy), drugiemu zaś ewidentnie brakowało respiratora, by z powodzeniem wytrzymać trudy konfrontacji.

Ela, Madzia i Monika po raz ostatni odwiedziły szpital. Pożegnanie z personelem i pacjentami przebiegło w miłej atmosferze. Dziewczęta bardzo chwalą sobie wizyty w tejże placówce – poznały inne i znacznie gorsze warunki od tych, jakie panują w naszym kraju. Po powrocie do Polski będą miały z pewnością silny argument w debatach ze wszystkimi pacjentami, narzekającymi na naszą służbę zdrowia. Po południu pielęgniarki – wraz z ojcem Maćkiem – udali się do jednej z wiosek, aby odwiedzić młodszą z naszych kucharek – Marry. To cud, że dotarli na miejsce, i jeszcze większy, że zdołali wrócić do Abor. Rozklekotany samochód, pozbawiony zresztą hamulców, był najgorszym z możliwych środków transportu, ale w tym momencie jedynym z dostępnych. W między czasie grupka odwiedziła także centrum Abor, w którym lekarze udzielali bezpłatnie porad mieszkańcom miasteczka.

Na terenie „In my Father’s house” – ku pociesze naszych oczu – rośnie wiele palm, podkreślających egzotykę tego miejsca. Ich liście przydają się często do konstruowania mioteł, którymi dzieci o świcie zamiatają przejścia pomiędzy dormitoriami. Gosia z Kamilem wcielili się dziś w miotło-konstruktorów, pomagając pociechom w odrobieniu pracy domowej, którą było wykonanie kilku z nich. Nie było to zajęcie trudne, ale za to czasochłonne.

Pranie ubrań z pozoru może się wydawać czynnością mało atrakcyjną i monotonną. Asia, powszechnie znana jako Sieka, wystąpiła dziś w roli praczki, ale do pomocy udało jej się zachęcić również dzieci. Doprowadzanie ubrań do świeżości zajęło im kilka godzin, ale czas ten upłynął w oka mgnieniu. Nawet najbardziej nieprzyjemna praca – przy odpowiednim nastawieniu – może przerodzić się w przyjemność.

This slideshow requires JavaScript.