Archive for 12 września, 2012


Temperatura na południu Ghany nie schodzi poniżej 25 stopni. Mimo to cały nasz zespół zaaklimatyzował się w ciepłych warunkach i regularnie spełnia swoje obowiązki. Grupa agralno-pastoralna chwyciła za łopaty, kilofy, motyki oraz połamane grabki i postanowiła zaorać lokalny teren pod eksperymentalną uprawę polskich nasion na ghańskiej ziemi. Tomek, jako szef tej wyjątkowo dobrze zorganizowanej formacji (złożonej zasadniczo z dwóch członków – jego oraz Kamila, a także afrykańskich przyjaciół-ochotników, w tym 23-letniego Enoka, który dzielnie służy pomocą również w sprawach kościelnych) sprawnie pokierował pracami, na które aż przyjemnie było popatrzeć. Przy takim zapale chłopaków należy spodziewać się, iż cała okolica zostanie wkrótce przekopana, a w Afryce zacznie się mówić o unikalnej produkcji kiszonej kapusty.

Medycy, podobnie jak wczoraj, odwiedzili pobliski szpital. Podarowali personelowi środki opatrunkowe oraz leki przywiezione z Polski – za wszystkie te dobra serdecznie dziękujemy naszym ofiarodawcom. Następnie grupa przystąpiła do działań – Ela z Moniką zmieniały opatrunki, Magda natomiast zajęła się rehabilitacją. Później cała trójka dziewcząt zamieniła się w farmaceutki i kontynuowała pracę w aptece.

Każda czynność medyczna w tutejszym szpitalu obciążona jest płatnością. Wielu Ghańczyków rezygnuje z tego powodu z podjęcia leczenia.

Środa była bardzo wesołym dniem w szkole. Asia z Gosią przeprowadziły konkurs pt. „Ghaniliada”, którego celem było sprawdzenie wiedzy dzieci na temat ich ojczyzny. Dziewczęta podjęły się dodatkowo zadania zorganizowania nauki języka… polskiego. „Dzinkuje” oraz „Dziń dobri” to słowa, które szczególnie przypadły do gustu podopiecznym „In my father’s house” i wypływały z ich ust z niesłychaną częstotliwością niesłychanie zresztą długo. Artur przeprowadził małe „introduction” do lekcji muzyki. Na jego niepocieszenie, większość dzieci nigdy nie miała nic wspólnego z melodyjnymi instrumentami (z perkusyjnymi – tak i owszem).

Pragniemy jednocześnie nadmienić, iż kuchnia afrykańska raczej spełnia nasze oczekiwania (raczej, gdyż „fufu” – czymkolwiek jest, smakuje całkiem dobrze, a „banku” należy opisać tylko jako zjadliwe ;)).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Sytuacja w ghańskich szpitalach pozostawia wiele do życzenia – przekonały się o tym dziewczęta z grupy medycznej. Odwiedziły pobliską placówkę i już na dobre rozpoczęły w niej pracę. Podstawowymi chorobami, z którymi borykają się pacjenci, są malaria, sepsa, czy nowotwory. Pomimo wyraźnego braku podstawowych środków medycznych, personel okazuje sporą życzliwość oraz chęć niesienia pomocy. Okazuje się, że nie trzeba mieć wszystkiego, aby z pełnym zaangażowaniem wykonywać swój zawód. Z podobnego założenia wyszli nasi medycy :). Do zadań Madzi, Eli i Moniki należała rehabiliacja, edukacja zdrowotna oraz pielęgnacja. Kilka godzin w afrykańskim szpitalu było konstruktywnie spędzonym czasem.

Standardy edukacji w szkole również odbiegają od powszechnie przyjętych norm w Polsce. Po pierwsze, jest spory kłopot ze zdyscyplinowaniem dzieci. Po drugie, nauczyciele również dość swobodnie podchodzą do obowiązków, nie trzymając się sztywno godzin swojej pracy. Asia i Małgorzata wzięły sprawy w swoje ręce, ale dopiero po kilku próbach udało im się opanować harmider (wydawało się, że nikt nie jest w stanie przebić głosu Joanny, ale i ona znalazła swoich pogromców :)). Po zakończeniu lekcji dziewczęta postanowiły „przewietrzyć” miejscową bibliotekę, ale żeby doprowadzić ją do porządku, potrzeba co najmniej huraganu, czyli kilkunastu godzin sensownej segregacji. Biblioteka, co warto odnotować, jest tutaj jednym z najładniejszych miejsc, w którym ponadto można odnaleźć ciszę.

Pojęcie ciszy w „In my Father’s house” jest bowiem pojęciem abstrakcyjnym :). W asyście tylu dzieciaków trudno o chwilę wytchnienia dla uszu.

Ojciec Maciek wraz z Kamilem, Tomkiem i Arturem, odwiedzili jedną z wiosek, w której miał miejsce chrzest… bliźniąt. Uroczystość trwała ponad dwie godziny. Warto przytoczyć w tym momencie opinię Tomka, który zwrócił uwagę na szczególnie silne więzi pomiędzy członkami małych społeczności. Czy „Zachód” nie odszedł już przypadkiem od tych wartości?

Wieczorem pożegnaliśmy wszyscy grupę Włochów, którzy realizowali równolegle swój projekt w Abor. Wspólne śpiewy i tańce zakończyły udany dzień.

Korzystając z okazji, chcielibyśmy bardzo serdecznie pozdrowić wszystkie bliskie nam osoby – rodziny, przyjaciół, a także… personel medyczny :).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.