Latest Entries »

Koniec! – 11/09

Aż trudno uwierzyć, że nasz pobyt w Afryce się kończy. Dziś nasz ostatni dzień w Nairobi,  jutro z samego rana mamy samolot do Amsterdamu, skąd wieczorem już bezpośrednio polecimy do Polski.

Bardzo ciężko pożegnać się z krajem, który przez ostatnie 4,5 tygodnia tak wspaniale nas przyjął i ugościł. Na długo w pamięci pozostanie nam otwartość i uśmiech plemienia Pokot, smak i zapach ugali, ryżu z kukurydzą czy wiejskiego kurczaka.  Głowy mamy pełne obrazów slumsów Korogocho i projektów, które odwiedziliśmy. Dziś byliśmy na naszej ostatniej w czasie tego wyjazdu Mszy Św. Było jak zwykle radośnie  i śpiewnie. Nie obyło się jednak bez małej niespodzianki. Mszę rozpoczął Ojciec Mauricio, który za niecałą godzinę miał odprawiać Eucharystię w innym miejscu, więc było wiadome, że na nią nie zdąży (pamiętajmy, że Msza Św. trwa tutaj ok. dwóch godzin). Tuż przed Pierwszym Czytaniem, do ołtarza przybiegł lekko zdyszany Ojciec Jean-Paul, który zgodnie z grafikiem miał odprawić tą Mszę. Nastąpiła szybka wymiana mikrofonu przypiętego do sutanny i Ojciec Mauricio ulotnił się aby odprawić zaplanowaną Eucharystię w Korogocho.

Dzisiejszy dzień upłynął nam na pożegnaniach, pakowaniu i sprzątaniu.

Dziękujemy Wam wszystkim, którzy czytacie tego bloga, to nasz ostatni wpis z tej wyprawy (to śmieszne, ale pisząc te słowa, łza kręci się w oku), mamy nadzieję, że nie zanudzaliśmy Was zbytnio, a błędy językowe nie raziły aż tak bardzo:).

Dziękujemy Wszystkim, bez których ta wyprawa nie mogłaby się odbyć: Ojcu Krzysztofowi Zębikowi, który zorganizował cały pobyt, dzielił się z nami informacjami i wskazówkami odnośnie Kenii, był naszym duchowym wsparciem; dziękujemy bratu Tomkowi Basińskiemu za inspirujące towarzystwo i  wieczorne dyskusje, sobie nawzajem: Monice, Agnieszce, Ewelinie, Krysi i Kasi za to, że wytrzymałyśmy ze sobą cały ten czas bez kłótni, za wszystkie rozmowy, podzielenia i towarzystwo.

Dziękujemy wszystkim darczyńcom, którzy wspomogli finansowo nasz wyjazd i tym, którzy się za nas modlili – Was prosimy o jeszcze  jeden raz na dobry powrót!

 

Kibiko – 10/09

Napenda kuishi to trzecia, oprócz Boma Rescue i Kisumu ndogo, placówka Ojców Kombonianów, która pomaga młodym chłopcom żyjącym na ulicy. Trafiają tu młodzi z dwóch poprzednich placówek, którzy potrzebują więcej czasu na wyjście z nałogu narkotykowego, lub nie mają rodziny, w której mogliby wychowywać się i dorastać w spokojnych warunkach. Czasami chłopcy są przysyłani z innych projektów lub przez rząd.
Napenda kuishi to placówka rehabilitacyjna położona na wsi, kilkadziesiąt kilometrów od Nairobi, w której chłopcy mieszkają i spędzają czas. Uczęszczają do okolicznych szkół na normalne zajęcia, a oprócz tego w ośrodku prowadzona jest terapia lecząca uzależnienia, chłopcy pracują w polu, razem się uczą i mają wspólne posiłki.
W ośrodku pracuje 3 wychowawców, kucharka (zawsze jest to kobieta, aby chłopcy czuli matczyne ciepło i troskę) oraz wolontariusz, który wcześniej sam przebywał w ośrodku a teraz chce pomagać innym z podobnymi problemami.
Mieliśmy dziś szansę zagrać z chłopakami w siatkówkę, koszykówkę i szachy, a następnie zjedliśmy razem obiad. Po posiłku, każdy z chłopaków przedstawił się i powiedział co chciałby robić w przyszłości. Było to bardzo wzruszające dla nas, bo okazało się, że każdy z nich ma jakąś pasję i marzenia, które chce zrealizować. Podziękowali nam za wizytę, szczególnie miłe dla serca były słowa, że nasz uśmiech sprawia, że oni też się uśmiechają. Na końcu my również powiedzieliśmy parę słów o sobie i życzyliśmy im szczęścia w spełnianiu swoich życiowych celów.

Ten dzień upłynął nam na odwiedzaniu różnych miejsc związanych z Kombonianani w Nairobi. Najpierw pojechaliśmy do Domu Prowincjała, czyli osoby odpowiedzialnej za wszystkie zgromadzenia komboniańskie w danej prowincji (często prowincja to obszar jednego państwa, ale zależy to od ilości wspólnot i jej członków na danym terenie).
Następnym punktem programu było Comboni Brothers’ Centre czyli miejsce gdzie mają formację przyszli bracia Kombonianie. Oprócz Nairobi istnieje jeszcze tylko jedno takie centrum w Bogocie, w Kolumbii. Niestety większość braci była wtedy na zajęciach, więc udało nam się porozmawiać tylko z paroma, którzy akurat przyjechali tam z wizytą:).
Ostatnim punktem wycieczki była redakcja komboniańskiego czasopisma „New People”. Był to szczególnie interesujący moment dla brata Tomka, który zastąpił niedawno Ojca Krzysztofa w pracy w redakcji w naszym polskim czasopiśmie komboniańskim.
W drodze do redakcji spotkałyśmy małe, skaczące po drzewach małpki, z którymi najszybciej wspólny język odnalazła Agnieszka (rzucała im patyki, a małpki podchodziły, zabierały patyk i usiłowały go zjeść).
Po tylu wrażeniach przyszedł czas na odpoczynek. Po wielu opowieściach ojca Krzysztofa zachwalających jedną z najlepszych etiopskich restauracji, postanowiliśmy sprawdzić czy to miejsce rzeczywiście zasługuje na 3 gwiazdki Krzysztofa:).
Wystrój był bardzo klimatyczny i „tak jakby luksusowy”, a jedzenie miało intrygujący smak i zapach. Po obiedzie wzięliśmy udział w ceremonii parzenia i picia tradycyjnej etiopskiej kawy, do której o dziwo serwowano…popcorn. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem tego miejsca, mimo iż etiopskie smaki nie zyskały pełnego uznania u wszystkich zgromadzonych:).

„Głoście Ewangelię czynami, a gdy trzeba także i słowem” – tego ostatniego mogły dziś rano na własnej skórze doświadczyć Krysia i Kasia, które zostały zaproszone do szkoły (jednej z odwiedzonych we wtorek) aby opowiedzieć o swoim powołaniu.
Spotkanie rozpoczęło się modlitwą i podzieleniem na temat Czytań z Dnia. Następnie przyszedł czas na nasze mówczynie, a żeby dodać powagi sytuacji, dziewczyny zostały wyposażone w ogromny, biały świecący megafon, aby nikt nie stracił ani słowa z tego przejmującego wystąpienia:).
Dla dziewczyn była to stresująca sytuacja, ale dla uczniów tej szkoły to było coś normalnego, widać było, że są przygotowani i przyzwyczajeni do publicznego dzielenia się swoimi przemyśleniami.
W południe czekała na wszystkich wyjątkowa atrakcja. Zostaliśmy zaproszeni na wykwintny obiad w Kariobangi Women Promotion Training Institute. Przygotowaniem posiłku i obsługą zajęły się uczennice kursu cateringowego, które właśnie kończą zajęcia i od października rozpoczynają praktyki zawodowe. Wszystko wyglądało i smakowało przepysznie, wydawało się nam, że byliśmy bardziej zestresowani niż dziewczyny, tym że przyniesiemy wstyd wszystkim białym, nie wiedząc co czym jeść (obawy poniekąd słuszne, bo okazało się, że ciasto powinniśmy jeść i widelcem i łyżką, którą zlekceważyliśmy:)). Po skończonej uczcie, wszystkie kucharki przedstawiły się i opowiedziały, w jaki sposób przyrządzone zostały poszczególne dania.

Chłopcy ulicy – 7/09

Dziś razem Ojcem Mauricio odwiedziliśmy projekt prowadzony przez tutejszych Ojców Kombonianów. Przeznaczony jest on głównie dla młodzieży w wieku 12-18 lat, wcześniej żadna inna organizacja nie zajmowała się tą grupą wiekową, a jedynie młodszymi dziećmi.
Odwiedziliśmy 2 z 3 dotychczas powstałych placówek Boma Rescue i Kisumu ndogo.
W ośrodkach znajdują miejsce opuszczeni przez najbliższych, często uzależnieni od narkotyków mieszkający na ulicy młodzi ludzie. Wychowawcy ośrodka raz na tydzień prowadzą tzw. „street work”. Udają się wtedy do środowiska, z których pochodzą ich podopieczni w poszukiwaniu innych, którym można pomóc. Ciężko doświadczeni przez życie chłopcy często są nieufni, nie wiedzą czy taki ośrodek w ogóle istnieje, czy nie zostaną wykorzystani. Zadanie wychowawców polega więc na zdobyciu ich zaufania i przekonaniu, że jest dla nich szansa na zmianę życia.
Obie placówki otwarte są od poniedziałku do piątku od 8 do 16. W tym czasie chłopcy mają lekcje z matematyki, j. angielskiego, suahili, geografii i nauk ścisłych. Ponadto uczestniczą w zajęciach sportowych, indywidualnych sesjach i grupowych zajęciach z wychowawcą. Wśród tak silnych osobowości często zdarzają się konflikty czy bójki, ale dzięki zaufaniu i szacunku jakim darzą pracowników ośrodka takie sytuacje udaje się szybko opanować. Ponadto wychowawcy podkreślają, że ci chłopcy są bardzo inteligentni, niesamowici w akrobatyce i widzą w nich duży potencjał.
W ośrodkach zapewnione są również posiłki, co jak potwierdzali wychowawcy często jest głównym motywem przychodzenia na zajęcia.
Cały program trwa około roku, w czasie którego ci młodzi mężczyźni uczą się innego życia niż to, które dotychczas do tej pory. Następnie w zależności od osoby zostaje podjęta decyzja o dalszych losach chłopców. O ile jest to możliwe wracają do domu rodzinnego. Jeśli jednak to rodzina była przyczyną tego, że wylądowali na ulicy, to w miarę możliwości wysyła się ich do dalszych krewnych, z dala od slumsów, gdzie mogą chodzić do szkoły, uczyć się i rozwijać. Jeśli widać, że któryś z chłopaków nie jest jeszcze gotowy do samodzielnego stawienia czoła rzeczywistości (najczęściej jest to spowodowane uzależnieniem od narkotyków) jest wysyłany do trzeciej placówki w Kibiko – więcej o niej napiszemy tuż po odwiedzinach w sobotę:).
Ojciec Maurico pokazał nam nietypowy skarb, który przechowuje w swoim biurze. Jest to zestaw przedmiotów, które chłopcy ofiarowali w ramach jednej z Mszy Św.Był to zestaw noży własnej roboty i butelek po alkoholu jako znak zerwania z przeszłością i chęci rozpoczęcia nowego życia.

Wrzesień to dla polskich dzieci czas powrotu do szkoły po wakacyjnej przerwie. W tym samym czasie kenijscy uczniowie również wracają do nauki, ale dla nich właśnie skończyły się ferie zimowe. Nowy Rok szkolny rozpoczyna się tu bowiem w styczniu. W związku z tym, w sierpniu nie mieliśmy zbyt wielu okazji do odwiedzenia szkół (bo nikogo w nich nie było), postanowiliśmy nadrobić to w ostatnich dniach naszego pobytu. We wtorek udało się nam „zaliczyć” trzy placówki:). Bardzo ciekawe było dla nas oglądanie wszystkich dzieci w jednakowych mundurkach, po których można poznać do jakiej szkoły uczęszcza dziecko.
Tego dnia odwiedziliśmy również dom starców. Byliśmy pod wrażeniem porządku i czystości. Dowiedzieliśmy się że pensjonariusze codziennie spędzają czas na świeżym powietrzu (widzieliśmy jak jedna pani pasła kozy):).
Wieczorem w łazience czekała na nas mała, czarna, włochata niespodzianka. Po bliższych oględzinach, ustaliliśmy, że naszym gościem na 90% jest nietoperz. Zrezygnowałyśmy więc z prysznica tego dnia i poszłyśmy spać. Następnego poranka małego Draculi już nie było, więc uradowane wskoczyłyśmy pod prysznic.

Ostatni tydzień naszego doświadczenia misyjnego spędziliśmy bardzo intensywnie. Tuż po śniadaniu udaliśmy się do Comboni Health Center, który pomaga w leczeniu osób chorych na HIV i AIDS. Pacjenci są objęci kompleksową i profesjonalną opieką. Pracownicy ośrodka dbają o to, aby chorzy nie przychodzili jedynie po leki, ale czuli prawdziwe wparcie i zainteresowanie ich losem. Ośrodek zatrudnia lekarzy, pielęgniarki i pracowników socjalnych. Kiedy pacjent nie przychodzi na umówioną wizytę, pracownicy próbują się kontaktować telefonicznie, a potem wybierają się na wizytę domową. Ośrodek proponuje również medycynę naturalną w leczeniu osób chorych na AIDS dodatkowo uzależnionych od narkotyków i innych używek.
Kolejnym miejscem, do którego się wybraliśmy było wysypisko śmieci. Poszliśmy tam aby zobaczyć realia życia wielu ludzi, którzy utrzymują się jedynie z pracy w tym miejscu. Jedni zajmują się segregacją śmieci i ich przetwarzaniem, inni natomiast wyszukują rzeczy, które mogą później sprzedać na ulicy.
Następnie przyszedł czas na obiad. Przechodząc ulicami slumsów zauważyliśmy, że domy mieszkańców Korogocho zbudowane są z kawałków gliny, błota i blachy z wysypiska śmieci. W jednym z takich budynków mieściła się nasza „restauracja”. Mimo lekkich obaw o stan sanitarny tego przybytku, jedzenie okazało się przepyszne i nikt nie doznał uszczerbku na zdrowiu:).
Przez cały ten dzień towarzyszyli nam ochroniarze (dwóch miejscowych chłopaków), ponieważ odwiedzaliśmy jedne z najbardziej niebezpiecznych części slumsów, a nasz Canon mógłby już nie być nasz.

Msza Św. W Korogocho – 4/09

W czasie naszego krótkiego pobytu w Kenii zdążyliśmy zauważyć, że niedziela dla naszych kenijskich chrześcijańskich braci i sióstr jest dniem wyjątkowym. Przyzwyczajeni do maksymalnie 60-minutowej Eucharystii, po której często każdy rozchodzi się do domu i po kolejnej godzinie już nawet nie pamięta, że był na Mszy, byliśmy zaskoczeni i zachwyceni tym co zobaczyliśmy. Wspominaliśmy już w poprzednich wpisach o Eucharystii w Kachelibie i Amakuriat. W tą niedzielę mieliśmy szansę uczestniczyć we Mszy Św. w Korogocho. Korogocho to jedna z 200 tzw. blaszanych dzielnic Nairobi, czyli slumsów. Zajmują one ok 5% całkowitej powierzchni miasta, ale mieszka tam ponad połowa jego mieszkańców. Kościół, w którym odbywała się Eucharystia znajduje się tuż przy największym w Nairobi wysypisku śmieci, gdzie wielu mieszkańców Korogocho pracuje, legalnie bądź nie, wyszukując nadające się do sprzedaży surowce. Gazy i pyły unoszące się z ton śmieci zatruwają powietrze miasta, i jak dowiedzieliśmy się wcześniej od siostry Julii, bardzo często do ośrodka zdrowia przychodzą osoby z problemami dróg oddechowych. Warunki, jak można sobie wyobrazić są bardzo ciężkie, mimo tego widzieliśmy nadzieję i wiarę w lepsze jutro na twarzach uczestników Eucharystii. Cała Msza Św. trwała 2,5h i była odprawiana w suahili. Mimo prawie miesięcznej praktyki, niektóre elementy były dla nas zupełnie nowe lub nie tam gdzie się spodziewaliśmy (np. Znak pokoju przed Ofiarowaniem). Jeśli kiedykolwiek mieliśmy jakieś wątpliwości co do tego czy mieszkańcy miasta też lubią i umieją śpiewać to dzisiejszy dzień rozwiał je bezpowrotnie. Właściwie prawie cała Msza jawi się nam jako jednak wielka pieśń dziękczynno-pochwalno-błagalna z paroma momentami kiedy to ksiądz miał głos. Po Mszy zaś, ludzie wcale nie rozchodzili się w swoją stroną, ale niektórzy jeszcze długo potem stali i rozmawiali. To samo widzieliśmy też w Kościele po powrocie do Kariobangi. Chyba było widać zaskoczenie na naszych twarzach, bo od razu ktoś nam wyjaśnił, że to normalne tutaj, ludzie przychodzą pobyć z Bogiem i ze sobą, często spędzają tak prawie całą niedzielę:)

Misjonarki Miłości 3/09

W jednej z zatłoczonych uliczek slumsów mieści się dom Sióstr Misjonarek Miłości. To właśnie tam spędziliśmy dzisiejszy dzień. Cały kompleks składa się ze szkoły, sierocińca, domu dla niepełnosprawnych dzieci i osobno dla niepełnosprawnych kobiet. Centrum naszego pobytu stanowił dom dla niepełnosprawnych dzieci gdzie pomagaliśmy przy różnych pracach domowych. Praliśmy i wieszaliśmy ubrania, składaliśmy świeżo wyschnięte rzeczy, myliśmy podłogę i ścieliliśmy łóżka. Po tym wszystkim przyszedł czas na karmienie małych podopiecznych . Nie było to łatwe zadanie, dzieci często miały problem z przełykaniem i wypluwały prawie każdy kęs. Posiłek jednej osoby trwał nawet kilkadziesiąt minut, a my byliśmy wyposażeni w fartuchy, które miały nas chronić przed pociskami składającymi się głównie z ryżu, marchewki i rozdrobnionych bananów.
Pomimo tak krótkiego czasu spędzonego z dziećmi zauważyliśmy jak ogromną pracę wykonują tam codziennie siostry oraz wolontariusze i wierzymy, że uśmiech i wdzięczność na twarzach podopiecznych choć w niewielkim stopniu wynagradzają im włożony w utrzymanie domu trud. Dodatkowym powodem do radości jest z pewnością kanonizacja błogosławionej Matki Teresy, która już jutro odbędzie się w Watykanie.

Dziś, po raz pierwszy odkąd przyjechaliśmy do Nairobi mieliśmy okazję zobaczyć inną niż slumsy jego część. Już na początku podróży, naszą uwagę zwrócił matatu (bus), którym jechaliśmy. Cały obklejony plakatami w stylu lat 90 rozbrzmiewał muzyką reagge. Polecamy:).Po wymianie dolarów na szylingi kenijskie, która trwała prawie godzinę (najpierw pan kilkanaście razy sprawdzał czy na pewno dobrze policzył pieniądze, potem skonsultował wynik z jednym kolegą, następnie z drugim by na końcu stwierdzić, że pieniędzy jest za dużo i jedna osoba nie może tyle wymienić) udaliśmy się do scholastykatu Kombonianów. Scholastykat to miejsce, gdzie wszyscy przyszli ojcowie Kombonianie studiują teologię i odbywają swoje praktyki misyjne. Bardzo ciepło powitani przez ojca Stefano, tamtejszego formatora scholastyków, udaliśmy się do Girrafe Centre gdzie mogliśmy nakarmić te piękne i majestatyczne zwierzęta jakimi są żyrafy. Była opcja podania karmy z ust do ust ale nikt z nas nie był na tyle odważny aby z niej skorzystać. Ojciec Stefano przez 11 lat mieszkał w Polsce więc nie tylko mógł się z nami swobodnie porozumiewać się w naszym rodzimym języku, ale nawet kojarzył małe miejscowości, z których pochodzimy. Po obiedzie odwiedziliśmy muzeum Karen Blixen, znanej duńskiej pisarki i autorki m. in powieści „Pożegnanie z Afryką.” Główną część muzeum stanowił dom, w którym mieszkała Karen. Widać było w nim znaczne wpływy ówczesnej Europy, meble, zegar z kukułką, maszyna do pisania i telefon – wszystko sprowadzane ze starego kontynentu. W drodze powrotnej mieliśmy okazję do podziwiania zaradności Kenijczyków. W matatu brakowało jednej szyby i cały czas wpadało do środka niezbyt czyste powietrze. Nie był to jednak problem dla kontrolera biletów, który znalazł kawałek kartonu na ulicy i razem z pomocą nieco zaskoczonego pasażera włożył go w miejsce szyby:).