Latest Entries »

Niedziela-21/08

Dzisiejszego dnia znów podzieliliśmy się na 2 grupy. Pierwsza została a Amakuriat na uroczystej Mszy Św., a potem odwiedziła kaplicę w Napodo. Druga grupa pojechała za granicę z Ugandą odwiedzić tamtejszą wspólnotę Chrześcijan w Loborokoche. Kaplica jest tam dopiero w budowie, więc Msza Św. odbyła się pod drzewami. Była to wersja bardzo skrócona jak na warunki afrykańskie bo zaczęło rzęsiście padać i zbierało się na burzę.
Monika jako jedyna z nas nie miała jeszcze swojego imienia w Pokot, więc poprosiliśmy wspólnotę o nadanie go jej. Wybrali imię Czenangat, czyli urodzona w nocy.
Mimo, że tradycyjnie się przedstawiłyśmy, to i tak wszyscy wołali na nas Czerop, bo przyniosłyśmy deszcz. Po Eucharystii, zostaliśmy bardzo miło ugoszczeni, podano nam obiad i napoje orzeźwiające.

Tuż przed obiadem część naszej grupy (Agnieszka, Kasia i Ewelina) pojechała na 2 dni do wioski Lengorok. To był pierwszy raz, kiedy nocowaliśmy u miejscowej ludności, więc zapakowaliśmy wszystkie, według nas, niezbędne rzeczy (chusteczki nawilżane, płyn do dezynfekcji rąk, pastę i szczoteczkę do zębów) i razem z ojcem Maćkiem ruszyliśmy w drogę.
Bez wątpienia to były dwa dni pełne wrażeń.
Przed Lengorok odwiedziliśmy kaplicę w Katunataj. Na miejscu okazało się, że wszyscy poszli nad rzekę poić krowy, więc nie namyślając się długo dołączyliśmy do nich. „Rzeka” okazała się sporą kałużą o nieciekawym, błotnistym kolorze, w którym pływało krowie łajno. Katechista (osoba odpowiedzialna za wspólnotę, która organizuje i prowadzi modlitwy, dba o życie religijne w czasie nieobecności ojca) wyjaśnił nam, że z tego miejsca ludzie czerpią wodę nie tylko dla zwierząt, ale także wodę pitną!
Po wspólnej modlitwie przyszedł czas (to już chyba tradycja) na przedstawienie się i powiedzenie paru słów od siebie. Odkąd jedna z kobiet nadała nam tradycyjne imiona plemienia Pokot, zaczęłyśmy się nimi przedstawiać, co bardzo cieszy tutejsze wspólnoty, od razu czują się z nami bardziej związane. Wszystkie imiona nadawane dzieciom oznaczają czas, w którym coś się wydarzyło. I tak, nasze imiona to (pisownia fonetyczna):
Agnieszka – Czeroticz – urodzona, w czasie kiedy krowy wracały do zagrody; Ewelina – Czepto – urodzona w czasie kiedy w wiosce byli goście, Kasia – Czerop – urodzona w czasie, kiedy padał deszcz (imię bardzo popularne w porze deszczowej).
Modlitwa w Lengorok miała odbyć się następnego dnia, więc resztę popołudnia spędziliśmy na zabawie z dziećmi, które po początkowej nieufności traktowały nas jak swoje mamy, bawiły się, śmiały, ciągle było im mało. Ich rodzicielki były trochę zdziwione, że poświęcamy dzieciom tyle czasu, łaskoczemy je.
Na kolację podano nam znane już ugali z kapustą i kurczakiem. Kuchnia w wiosce jest bardzo szczególna, czasem można do niej wejść i nawet tego nie zauważyć. Kuchnia bowiem to trzy kamienie, na których kładzie się garnek a pod nim drewno i w sumie to tyle, jeśli chodzi o kuchnię…
Późnym wieczorem czekała na dzieci największa atrakcja, kino na świeżym powietrzu. Wszystkie z wielkim zainteresowaniem oglądały film „Jezus”, specjalnie przetłumaczony na język pokot. Noc spędziliśmy w tradycyjnym, plemiennym domu, nazywanym maniata. Spaliśmy na glinianych łóżkach, a rankiem budziło nas pianie koguta i meczenie kóz. Na śniadanie również zostaliśmy poczęstowani tradycyjnym „daniem” – herbatą z mlekiem i cukrem (wszyscy piją to jako śniadanie aby zapewnić sobie sprawność mózgu przez cały dzień).
Ciekawym doświadczeniem na takich wyjazdach do wiosek jest zawsze spotkanie z katechistami. Jako nieliczni mówią po angielsku, więc często tylko z nimi możemy zamienić więcej słów niż powitanie. Pytają nas o klimat w Polsce, czy studiujemy, jak wygląda życie w małżeństwie itp. Duże zainteresowanie (nie tylko wśród katechistów) budzi aparat ortodontyczny, który nosi Ewelina. Podczas pobytu w Legorok, jeden z katechistów był bardzo ciekaw, w jaki sposób zakłada się i ściąga aparat, czy można w nim normalnie jeść, jaki jest cel noszenia takiego cuda, i wreszcie ile kosztuje. Byli pod wrażeniem, że Ewelina już pracuje, a za zarobione pieniądze kupiła aparat i opłaca wizyty u ortodonty. Wydawało się nam, że zupełnie jasno wyjaśniłyśmy, że aparat nosi się dla zdrowia i urody. Jednakże, gdy skończyliśmy rozmowę, jeden z katechistów poprosił Agnieszkę (najmłodszą w naszym gronie, która dopiero zaczyna studia), aby po powrocie do Polski i ukończeniu edukacji koniecznie założyła sobie aparat, bo dzięki temu będzie….mądrzejsza i ładniejsza (chyba myśleli, ze aparat to rodzaj biżuterii). Następnie powinna wrócić do Afryki i wyjść za mąż. Hmmm….nie pamiętamy abyśmy wspominały, że aparat działa dobrze także na intelekt ale cała rozmowa rozbawiła nas do wieczora.
Następnego dnia czekało na nas jeszcze spotkanie i modlitwa ze wspólnotą z Lengorok. To co bardzo nas zaskoczyło ale i ucieszyło to niezwykła aktywność członków wspólnoty. Po wysłuchaniu Ewangelii każdy mógł podzielić się swoimi przemyśleniami, które katechista tłumaczył dla nas na angielski. To bardzo ciekawe, bo ci prości ludzie mieli bardzo głębokie spostrzeżenia na temat czytań.
Druga część grupy (Krysia, Monika i Tomek) wybrała się z ojcem Krzyśkiem do kaplicy w Sasak. Razem z katechistą Izaakiem odwiedziliśmy szkołę podstawową oraz pobliską wioskę. Ludzie przyjęli nas bardzo miło. Izaak zaprowadził nas do miejsca skąd tutejsi ludzie czerpią wodę. Po chwili wędrówki okazało się, że jest to wyschnięte koryto rzeki, gdzie często trzeba głęboko kopać aby wydobyć choć odrobinę wody. Gdy wróciliśmy do kaplicy zebrała się grupka ludzi. Po Eucharystii ojciec Krzysiek pobłogosławił przyniesione przez ludzi zbiory. Chwilę później byliśmy gotowi do drogi powrotnej. Wieczorem na misji czekała na nas miła niespodzianka. Brat Cezar przygotował dla nas typowe danie z Peru – lomo saltao w wersji kenijskiej: ziemniaki z mięsem guźca.

Kalodeke 18.08

Będąc w Amakuriat zabraliśmy się z ojcem Maćkiem do  jednej z najbardziej oddalonych kaplic misji Kalodeke. Była to okazja do poznania pracy misjonarza na terenach, gdzie ludzie dopiero poznają Chrystusa. Po drodze wstąpiliśmy do różnych kaplic. Przed jedną z nich czekała na nas gromadka dzieci. Okazało się, że w ciągu tygodnia niektóre z kaplic pełnią rolę przedszkola. W środku przywitał nas miejscowy nauczyciel, katechista o imieniu Thomas. Dzieci zaprezentowały nam swoją wiedzę: pochwaliły się znajomością angielskiego alfabetu, cyfr oraz wykonywania prostych działań matematycznych.
Gdy dotarliśmy na miejsce przed kaplicą zebrało się już kilka osób. Na początku dzieci patrzyły na nas nieufnie, z czasem jednak podchodziły coraz bliżej, śmiejąc się i bawiąc z nami. Katechistka Elizabeth zaprowadziła nas do pobliskiej wioski, która otoczona była ostrymi gałęziami chroniącymi przed dzikimi zwierzętami. W środku znajdowało się parę małych lepianek oraz zagrody dla kur i kóz.

W kaplicy w Kalodeke zebrani mogli obejrzeć film o życiu Jezusa w języku pokot. Jest to dla nich ważne, ponieważ to jedyny język jakim się posługują.
Następnie odbyło się Nabożeństwo Słowa, które dzięki katechistce mogło zostać przetłumaczone z języka suahili. Patrząc na zgromadzonych można było zobaczyć zarówno mamy z małymi dziećmi, jak i wojowników ubranych w tradycyjne stroje plemienia Pokot.

W drodze powrotnej naszą uwagę przykuł widok młodego mężczyzny idącego z dwójką małych dzieci. W kulturze Pokot nie jest to spotykane, ponieważ dziećmi zajmują się kobiety. Do domu wróciliśmy po zachodzie słońca.

W drodze do Amakuriat 17.08

W środę rano wyjechaliśmy do misji w Amakuriat. Po 5 godz jazdy po dość wyboistej drodze dojechaliśmy na miejsce. Po obiedzie mieliśmy okazję zobaczyć miejscowy targ. Wygląda on podobnie jak u nas, raz w tygodniu ludzie zjeżdżają się z różnych stron Kenii, a nawet z Ugandy, żeby kupić lub sprzedać swoje produkty. Na rozłożonych foliach ludzie wykładali swój towar. Można tam było znaleźć wszystko co miejscowym ludziom może być potrzebne m.in. buty, ubranie, chusty, owoce, warzywa.
Tym, co zwróciło naszą uwagę było wiele identycznych par butów, różniły się one tylko rozmiarami. Zachwycały one swoją prostą i brakiem różnorodności. W Polsce buty kupuje się myśląc przede wszystkim o ich kolorze, kroju czy marce, a tutaj wygląd nie ma znaczenia.
Idąc dalej zauważyliśmy siedzących ludzi pod drzewem, którzy sprzedawali liście mirry. Jeden z braci ze wspólnoty kombonianów, br. Cezar, wytłumaczył nam, że roślina ta wywołuje halucynacje oraz eliminuje poczucie głodu. Pomimo ogromnej szkodliwości dla organizmu dostęp do tego nie jest zabroniony i można to bez problemu kupić.
(Widok białych ludzi wzbudził zainteresowanie.)

W drodze powrotnej odwiedziliśmy szkołę podstawową, po której oprowadziły nas uczennice. Mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda ich szkolne życie, gdzie mieszkają i uczą się oraz dowiedzieć się z jakimi borykają się problemami.

Dzień zakończyliśmy poznając wspólnotę sióstr kombonianek, które wraz z dwoma lekarkami z Włoch przyszły nas przywitać.

Centralnym wydarzeniem  tego dnia była wizyta w kaplicach, gdzie grupa katechumenów, przyjmowała się do przyjęcia sakramentu chrztu i Komunii Św.

Podzieliliśmy się na 2 grupy i pojechaliśmy do wiosek.

W obu przywitano nas bardzo ciepło i życzliwie. Po Mszy Św. , w czasie której uczniowie wykonali tzw. „pierwszy krok” – wywołanie po imieniu każdej osoby a następnie położenie rąk na głowie przez kapłana.

Po Eucharystii była czas na integrację i zabawę.

W jednej z wiosek zostaliśmy poczęstowani ugali z sukumawiki –  tradycyjnym daniem przygotowywanym na ognisku. Ugali to mąka kukurydziana ugotowana na wodzie a sukumawiki to rodzaj zielonego warzywa liściastego przypominającego w smaku szpinak i kapustę. Jedliśmy wszystko palcami więc przed i po posiłku podano nam też wodę do obmycia rąk. Do picia mieliśmy świeże mleko prosto od krowy.

Druga grupa w tym czasie integrowała się z dziećmi. Na początku nieśmiali, zachęceni przez Ojca Krzysztofa, który zaczął nieporadnie odtwarzać ich tańce, otworzyli się, zaczęli uczyć nas swoich tradycyjnych zabaw, tańców, chcieli robić sobie z nami zdjęcia. Wieczorem zaczęło zbierać się na deszcz więc bardzo niechętnie pożegnaliśmy się z wszystkimi i wróciliśmy do Kacheliby.

Poniedziałek rozpoczęliśmy Eucharystią.

Po śniadaniu spędziliśmy trochę czasu na rozmowie z Ojcem Maćkiem – Kombonianinem  z Tarnowa , który od półtora roku przebywa na misji w Amakuriat.

Przed obiadem pojechaliśmy do szkoły średniej z internatem Saint Bakhita dla dziewcząt, w której uczy się ok. 150 uczennic. Po drodze przejeżdżaliśmy przez koryta wyschniętych rzek(pomimo pory deszczowej) . Po południu odwiedziliśmy drugą szkołę średnią dla dziewcząt – im. Świętej Trójcy.

Wszystkie szkoły średnie w rejonie posiadają internat, w którym mieszkają uczniowie, nawet Ci z okolicy, bo wtedy jest większe prawdopodobieństwo, że zjawią się na lekcji, a nie zostaną wysłani przez rodziców do pasienia kóz albo innych robót domowych. Jednakże wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że dziewczyna zostanie „wykradziona” przez rodziców, bo akurat znalazł się ktoś, kto chce się z nią ożenić i ma wystraczająco dużo krów, żeby zapłacić za żonę.

Szkoły są płatne i drogie jak na warunki afrykańskie (ok. 2000zł rocznie). Często rodzice nie płacą za edukację i mają długi w szkole, wtedy nawet jeśli uczeń skończy wszystkie klasy liceum, nie zostanie dopuszczony do matury a wtedy nie ma szans na dalszą edukację. Rodzice nie płacą, bo zazwyczaj nie mają na to pieniędzy, często jednak po prostu nie doceniają roli i wagi edukacji w przyszłości ich dzieci, zwłaszcza córek.

Dziewczyny często mają aspiracje i marzenia, chcą się uczyć, studiować. Jednakże wciąż najbardziej akceptowalna rola kobiety w społeczeństwie to rola matki i żony. W czasie spotkań w obu szkołach, uczennice miały okazję zadać nam  pytania o nasze życie w Polsce. Pytały czy studiujemy, mamy chłopaków i jak godzimy jedno z drugim. Było widać, że pogodzenie edukacji i zbycia domowego to dla wielu bardzo ważny dylemat.

Było też parę śmiesznych sytuacji. Jedna z dziewczyn zapytała, czy mamy w Polsce wymiona. Na początku byliśmy zdezorientowani i chcieliśmy delikatnie uchylić się od odpowiedzi, bo to dosyć specyficzne pytanie (niektórzy zaczęli w głowie rysować sobie obraz krowy i już liczyli te wymiona). Dopiero po chwili okazało się, że pytano nas o plemiona…

Kacheliba – 14/08

Już przed śniadaniem wiedzieliśmy, że jest jakoś więcej osób niż poprzedniego wieczoru. Głosy dobiegające z podwórka, śmiechy.  Idąc na Mszę Św. zostaliśmy dosłownie zalani deszczem dzieci, każde chciało potrzymać za rękę lub chociaż dotknąć białej osoby. Niektóre od razu się uśmiechały i zaczynały z nami rozmawiać. Inne tylko uporczywie wpatrywały się w nas, z mieszaniną strachu i zaciekawienia. Gdy już emocje opadły, razem z tłumem małych towarzyszy weszliśmy do Kościoła.

Msza Św. trwała dwie i pół godziny i była odprawiania w suahili. Było mnóstwo śpiewów  tańca, i odrobinę klaskania. Nieco zaskakujące było to, że naprawdę wszyscy umieli tutaj śpiewać, w taki sposób, że każda piosenka brzmiała jak wykonywana przez profesjonalny chór Gospel.
Pod koniec Eucharystii zostaliśmy przedstawieni parafianom i mieliśmy powiedzieć parę słów od siebie. Był to dosyć stresujący moment ale przyjęto nas bardzo ciepło, wszyscy się uśmiechali a na koniec dostaliśmy owacje na siedzącoJ

Po obiedzie udaliśmy się na spacer po okolicy, a resztę popołudnia spędziliśmy na zabawie z dziećmi i nauce języka.

Wieczorem Ojciec Eutiqu opowiedział nam historię parafii i problemy z jakimi się obecnie zmagają. Nie ukrywał, że największym z nich jest emigracja młodych osób do Nairobii w poszukiwaniu dobrze płatnej i interesującej pracy (w Kachelibie szansę na prace w zawodzie mają głównie  lekarze pielęgniarki i nauczyciele, reszta musi więc szukać w innych miejscach). Dodatkowo brak dobrych dróg dojazdowych nie zachęca do częstych wizyt nie mówiąc już o powrocie na stałe. Ojciec Eutiqu dodał, że dopóki młodzi ludzie będą wyjeżdżać, niewiele zmieni się w Kachelibie…Dodatkowo wielu mężczyzn opuszcza swoje rodziny zostawiając wszystko na barkach  tak już obciążonych kobiet.

Oprócz Ojca Eutiqu w domu mieszka również Ojciec Dino – 85 letni Kombonianin z Włoch, który mimo podeszłego wieku jest  bardzo energiczny i co jakich czas zabawia nas opowieściami misyjnymi.
Jest dużą podpora i pomocą dla parafii, wciąż odprawia msze i służy duszpasterską pomocą swoim parafianom.  Trzecim mieszkańcem misji jest  diakon Abraham – pierwszy Kombonianin a drugi ksiądz w ogóle z plemienia Pokot.

Podróż do Kacheliby – 13.08

Godzina 6 rano.  Spakowani, czekamy niecierpliwie w salonie bo lada moment ma zjawić się bus popularnie nazywany matatu, który zawiezie nas do Kacheliby. Czekamy, czekamy… potem jeszcze trochę czekamy. W końcu dwie i pół godziny później bus wreszcie podjeżdża,  a kierowca wita nas z uśmiechem, bez śladu zakłopotania. Czas afrykański – chyba musimy się przyzwyczaić:)

Cała podróż do Kacheliby trwała prawie 12 godzin i była okazją do podziwiania malowniczych krajobrazów Kenii. Zauważyliśmy, że życie toczy się głównie przy szosie: są tam sklepy, stragany, banki, nawet zwierzęta pasą się tuż przy drodze (głównie krowy, kozy i owce).

Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w miejscu, które najkrócej można scharakteryzować jako bar mleczny szybkiej obsługi. Atmosfera jak w domu, kucharka nalewała kawę z mlekiem z dużego dzbanka, rozlewając  przy tym sporo na blat ale nikt zdawał się tego nie zauważać.

Nasz wzrok przykuły zielono-żółto-czerwone soki ułożone na ladzie, bez większego zastanowienia kupiliśmy kilka.  „Soki” okazały się być mieszkanką musu z mango i awokado z dodatkiem soku z czerwonych buraczków. Smak? Interesujący, ale chyba wolimy tradycyjne mieszanki owoców:)

W miasteczku Kitale spotkaliśmy się z Ojcem Eutiqu, Kombonianinem z Filipin który jest proboszczem parafii w Kachelibie. Podczas przepakowania walizek  z matatu do vana, grupka dzieci podeszła do nas i poprosiła o pieniądze. Wtedy po raz pierwszy od naszego przyjazdu dotarło do nas jak ciężko ocenić czy powinnyśmy „dać pieniądze” i nakarmić głodnego czy raczej nie dawać wierząc, że bez zmiany polityki ale także postawy samych proszących o pieniądze,  nasza jednorazowa pomoc nic nie zmieni w życiu tych dzieci.

Z Kitale do Kacheliby jest ok 34km (3 godziny drogi), głównie po bardzo wyboistej górskiej drodze, o czym już wkrótce mieliśmy dobitnie się przekonać. Nie była to łatwa przeprawa. Dodatkowo nasze bagaże podskakiwały razem z nami przy każdym dołku i nierówności i zapewniały nam swoisty „masaż”. Jesteśmy bardzo wdzięczni Ojcu Eutiqu za życzliwość, troskę i jakby nie patrząc poświęcenie bo on tą trasę musiał pokonać dwa razy, a do najłatwiejszych z pewnością nie należała.

Tuż po kolacji udaliśmy się do naszych pokoi aby trochę odpocząć bo już jutro niedziela  i nasza pierwsza, prawdziwa afrykańska Msza Św.

Kenia – dotarliśmy!

„W życiu nie chodzi o czekanie aż burza minie…chodzi o to by nauczyć się tańczyć w deszczu.”

Takim zdaniem przywitała nas Kenia. To dosyć zabawne bo akurat jest tutaj pora deszczowa, czego przez cały 1 dzień pobytu nie doświadczyliśmy(ani kropli):)

Nasza podróż trwała 36 godzin. Spędziliśmy je głównie w samochodzie, na lotniskach i w samolotach. Lot upłynął w przyjemnej atmosferze, głównie dzięki niezwykle miłej obsłudze  stewardessy.  Z uśmiechem na ustach dbała o nas przez cały lot i co chwilę donosiła nowe posiłki. Na koniec pożegnała nas  i zapytała o cel podróży. Gdy dowiedziała się, że przyjechaliśmy na doświadczenie misyjne, życzyła nam dzielenia się  naszą radością z innymi – po takich słowach od razu cieplej na sercu.

Wrażenie zrobił na nas niezwykle malowniczy zachód słońca i niesamowity widok Sahary widziane z okna samolotu na wysokości 12 km i  temperaturze na zewnątrz -50stopni  Celsjusza. Gwiazd nie widzieliśmy, było zbyt ciemno:)

Gościnności Kenijczyków mogliśmy doświadczyć  tuż po wylądowaniu. Podczas pakowania  naszych 15 walizek do samochodu usłyszeliśmy „Happy Birthday” śpiewane przy samochodzie obok.

Także zaczęliśmy śpiewać.

Jakże miłym zaskoczeniem było, gdy tuż przed odjazdem podeszła do nas kobieta (najprawdopodobniej córka solenizantki – pewności nie mamy, bo nie zapytaliśmy) i wręczyła nam spory kawałek tortu🙂

Kolejna niespodzianka czekała na nas w drodze do domu Misjonarzy Kombonianów. Tuż obok jezdni pasły się, niczym białoczarne polskie krowy, białoczarne kenijskie zebry.

Okazją do refleksji był widok slumsów, obok których przejeżdżaliśmy. Pomimo późnych godzin i ograniczonej widoczności, nie mogliśmy nie zauważyć ubóstwa i ciężkich warunków w jakich żyją ich mieszkańcy.

Jak dotąd (po pierwszym dnu) największym wyzwaniem  była „rozmowa” z młodzieżą bawiącą się na boisku przy parafii. Większość osób mówiła tyko w suahili i bardzo niewiele po angielsku. To zupełnie odwrotnie niż myJ Jednakże okazuje się, że gdy brakuje słów uśmiech wystarczy.

Jutro z samego rana ruszamy na zachód kraju do Kapenguri. To będzie kolejny dzień w podróży.

A dziś czeka nas jeszcze kolacja, której niewątpliwą atrakcją będą miniaturowe banany nazywane Lady’s Fingers (smakują jak połączenie jabłka z truskawką polanego cytryną, o zapachu gruszki).

Usiku Mwema!

IMG_2032

Nasza grupa Kenijska

IMGP0783

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 653 obserwujących.