Latest Entries »

Pobyt w Ekwadorze

Ekwador

Hej ho! Tak się składa, że dziś opuszczamy Ekwador. Zobaczymy jak minie nam ta podróż, ale poprzednie przekroczenie granicy Kolumbia-Ekwador przebiegło całkiem spoko. Aby dostać się tutaj musieliśmy skorzystać z czterech środków transportu, co okazało się super przygodą. Na początku o.Michele zaprowadził nas do urzędu emigracyjnego w Tumaco, a później pokazał nam skąd możemy wziąć jeepa na pierwszy etap. Siedzieliśmy wspólnie na pace, drogi były całkiem w porządku. Dotarliśmy do rzeki, przez którą przeprawiliśmy się małą łódką. Na drugim brzegu czekała na nas otwarta furgonetka, skąd razem z mnóstwem arbuzów wyruszyliśmy dalej. Był to fajny etap – drogi były pagórkowate z czerwonej gliny, a po ich obu stronach ciągnęły się rozległe plantacje palmy (pozostałość po oddziałach paramilitarnych).  Musieliśmy tylko uważać, żeby nie przygniotły nas arbuzy ;). Ostatni etap- czyli przepłynięcie łodzią przyniósł nam dreszczyk emocji. Oprócz tego, że mijaliśmy zachwycające namorzyny i mieliśmy niezłą frajdę, przez moment poczuliśmy sie jak w filmie akcji. Zatrzymał nas odział wojska. Dwie łodzie zablokowały naszą, a wyluzowani marinersi przeszukiwali bagaże i sprawdzali nasze paszporty. Dowódca, jak na niego przystało z rozbawioną miną szefa bezceremonialnie zaczął jeść lizaka. Takie gangsta!

Jak tylko dobiliśmy do portu w San Lorenzo odebrał nas o. Adam, a po zameldowaniu się w tamtejszym urzędzie ruszyliśmy na obiadek z owoców morza. O. Adam przewiózł nas po Bourbon, pokazał imponujący ogród z plantacją palm i kakaowca, które należą do kombonianów. Piliśmy świeżą wodę z kokosa i jedliśmy owoce kakaowca – co okazało się pyszne. Następnego dnia jego łódką poznawaliśmy okoliczne wioski. Na jednym z naszych przystanków odwiedziliśmy szkołę w której poznaliśmy bardzo sympatyczną nauczycielkę. Stamtąd popłynęliśmy do jej domu, aby skosztować pysznych papaji i świeżych owoców guanawa. Mniam! Po południu pojechalismy razem ze wspólnotą o. Adama nad Ocean Spokojny gdzie pozbieraliśmy naręcza ślicznych muszelek. Obiad wyśmienity – krewetki. Porcje też nieczego sobie. Wieczór spędzilismy przemiło, na uroczystej kolacji z sąsiadami, uroczą rodzinką indian, u której nocowała część naszej drużyny pierścienia.

Za chwilkę ruszamy z powrotem do Kolumbii.

Pozdrawiamy serdecznie.

Zostawiamy Wam porcję zdjęć (również tych zaległych z Tumaco).

Tumaco

Jestesmy w Tumaco po 26-godzinnej podrozy. Dla niektorych cena podziwiania wspanialych andyjskich widokow byly mdlosci. Dojechalismy bezpiecznie do domu kombonianow, gdzie poczestowali nas swieza ryba pargo. Po poludniu spotkalismy sie z liderem tutejszej grupy mlodziezowej z parafii kombonianow. Omowilismy z nim plan pracy na najblizsze dni. Naszym zadaniem bylo przygotowanie murali oraz pomalowanie krzyzy, ktore beda tworzyc miejsce pamieci Campo Santo de la Memoria. Chodzi o uczczenie zamordowanych i zaginionych ofiar konfliktu zbrojnego z okolic Tumaco. Campo ma byc czescia obchodow tygodnia pokoju, ktory celebrowany bedzie tutaj pod koniec wrzesnia.

Podczas wieczornej Mszy Swietej przedstawilismy sie lokalnej wspolnocie. Okazalo sie, ze nasz przyjazd byl zapowiedziany w parafialnym kwartalniku. Nastepnego dnia przed poludniem udalismy sie do szkoly prowadzonej przez kombonianow, gdzie brat Tomek przeprowadzil krotka lekcje polskiego. Zjedlismy obiad razem z dziecmi, a nastepnie rozpoczelismy malowanie muralu i krzyzy. Do pracy, oprocz mlodych z parafii przylaczylo sie takze wiele dzieciakow, zainteresowanych tym, co robimy, oraz studentka z Belgii, ktora przyjechala tu zbierajac materialy do swojej pracy dotyczacej miejsc pamieci.

W ciagu dwoch dni wspolnymi silami udalo nam sie stworzyc piekny mural, ktory otacza plac. Na nim wlasnie beda ustawione pomalowane na bialo krzyze z nazwiskami ofiar. Dzis (trzeci dzien pracy), pozostalo nam tylko dokonac ostatnich porpawek i napisac na jednej ze scian cytat kolumbijskiej siostry Yolandy Cerón: Robota dopiero sie zaczyna. Te slowa dotycza pracy na rzecz pokoju i maja niezwykle mocny wydzwiek, poniewaz mloda siostra zostala zamordowana…

Zaskoczeniem bylo dla nas zaproszenie na obiad przez naszych gospodarzy, czyli wlascicieli domu, w ktorym mieszkamy. Señora Amanda podala kazdemu talerz z swiezymi, pysznymi i wlasnorecznie przyrzadzonymi krabami. Musicie wiedziec, ze taki obiadek je sie baaardzo dlugo, poniewaz dostac sie do krabowego mieska nie jest latwo :). Siedzac na tarasie poznalismy trudna historie ich rodziny oraz tego, w jaki sposob znalezli sie w Tumaco.

Teraz konczymy wpis, a takze prace nad muralem. Dzis planujemy isc na plaze i troche odpoczac, jesli przestanie padac, a juz jutro plyniemy aby odwiedzic ojca Adama na jego misji w Ekwadorze.

 

Wybaczcie, ze bez zdjec i polskich znakow, ale wlasnie piszemy z parafialnego komputera. Zdjecia postaramy sie wrzucic w najblizszym czasie.

¡Hasta luego!

 

Drugi dzień pobytu w Kolumbii spędziliśmy na poznawaniu Bogoty. No, może „poznawaniu” to duże słowo, ale pochodziliśmy trochę po mieście i widzieliśmy centrum. Dojechaliśmy tam bogotańskimi Trans Millenio – dość szybkimi autobusami. Zobaczyliśmy muzeum kolumbijskiego malarza i rzeźbiarza Fernando Botero. Swoją pokaźną kolekcję dzieł własnych oraz wielkich światowych artystów, m.in. Picasso czy Monet przekazał miastu do ogólnego użytku. Dalej przeszliśmy na główny plac kolumbijskiej stolicy, zwany Placem Boliwara i do katedry. Następnie udaliśmy się spacerem przez główne ulice Bogoty podziwiając wielką różnorodność i egzotykę tego niezwykłego miasta. Jako że na obiad byliśmy zaproszeni do drugiej wspólnoty kombonianów obecnej w mieście, pośpieszyliśmy piechotą co prędzej, żeby wreszcie nasze brzuszki przestały burczeć. Wspólnota przyjęła nas z wielką radością a podczas obiadu mogliśmy spróbować m.in. świeżego soku z lulo, zobaczyć siedzibę redakcji kolumbijskiego pisma komboniańskiego i podziwiać zabytkowy dom w którym mieszka wspólnota.

Następnego dnia wraz z bratem Alberto pojechaliśmy odwiedzić rodziców jednego z ojców, którzy mieszkają, niedaleko miejscowości Turmeque, położonej w górach dwie i pół godziny jazdy autobusem z Bogoty. Miejsce to znane jest  z powstałej tam narodowej dyscypliny sportowej Techo. Ujęły nas wielka gościnność, prostota i dobroć don Alvaro i jego żony, pani Santos. Mogliśmy tam nabrać sił przed podróżą do Tumaco. Mieliśmy czas na modlitwę osobistą, podziwianie przepięknych widoków, wspólne śpiewania, a dzięki serdeczności naszego gospodarza, także na przejażdżkę na górskim koniku J. Wzruszającym momentem była odmówiona z domownikami wieczorna modlitwa różańcowa.

W poniedziałek po przepysznym i przeobfitym obiadku wróciliśmy do Bogoty.

We wtorek, po wspólnej jutrzni i śniadaniu, ruszyliśmy w dość długą podróż autobusem, w kierunku Tumako drogami wiodącymi przez kolumbijskie Andy. Widoki zapierały nam dech w piersiach.

Niestety właśnie przed chwilą zaszło słońce (przepięknie!), więc postanowiłyśmy otworzyć laptopa i napisać do Was tych kilka słów. Na szczęście w naszym wypaśnym autokarze jest Internet i gniazdko elektryczne ;).

Pozdrawiamy!

c.d.n.

Pierwsze wrażenia :)

Wylądowaliśmy! Witamy Was serdecznie po naszych wojażach, już z kolumbijskiej ziemi. Jesteśmy bezpiecznie w Bogocie, gdzie wspólnota kombonianów przyjęła nas bardzo otwarcie.

Naszą podróż zaczęliśmy od spotkania w Warszawie w ostatnich dniach sierpnia, gdzie dopinaliśmy szczegóły i  kończyliśmy pakowanie. 31 sierpnia w trakcie kameralnej mszy u oo. kombonianów otrzymaliśmy krzyże misyjne, które będą nam towarzyszyć w trakcie tej wyprawy.

Po południu wylecieliśmy z Warszawy do Istambułu, gdzie 7h oczekiwaliśmy na lot następny. Czas minął nam szybko, dodatkową frajdą było zjedzenie oryginalnego tureckiego kebaba z porządnej baraniny oraz mięsa z owcy Kivircjk. W nocy z 31.08 na 01.10 wsiedliśmy na pokład samolotu, który zabrał nas bezpośrednio do Bogoty. Obydwa loty i kontrole przebiegły bez większych stresów, więc całej naszej ekipie humory w miarę dopisywały.

Nawiasem mówiąc polecamy Turkish Airlines, bo loty były na najwyższym poziomie z miłą obsługą, smacznym jedzeniem, wygodne, schludne i z różnorodnością opcji na spędzenie czasu.

Po lądowaniu zaskoczył nas wielki spokój nowiutkiego lotniska El Dorado w Bogocie w porównaniu z tym w Istambule, gdzie było mnóstwo ludzi, trochę zamętu i brudu.

Z lotniska odebrali nas bracia kombonianie z jednego z domów w Bogocie, gdzie wczorajszy dzień (tj.01.10) odpoczywaliśmy i zbieraliśmy siły na najbliższe dni (Bogota leży na wysokości 2600m n.p.m., więc nasze organizmy muszą się trochę przystosować). Krajobraz wywiera niezłe wrażenie otaczającymi szczytami górskimi. Pozostajemy tutaj do niedzieli. Udało nam się już skosztować kolumbijskiej kawy, soku z pomidorów drzewnych (tomate de árbol) i smażonych bananów. Po południu podzieliśmy się na dwie grupy: jedna nadrabiała stracone godziny snu, a druga część drużyny pierścienia zaspanym krokiem ruszyła na spacer po dzielnicy i spróbowała pasteles de carne oraz crema de avena, a pyszne granadille i marakuje spałaszowaliśmy już wszyscy wspólnie.

 

Pierwsza noc za nami. Odczuliśmy trochę skutki przebywania na tej wysokości, niektórym krwawiły nosy, mieli zawroty głowy, albo budzili sie co parę godzin, inni spali smacznie, ale za to mają trudności z oddychaniem.

Śniadanko typowo południowe – kawka, czekolada i bułeczki na słodko.

 

Za chwilkę ruszamy na podbój centrum Bogoty.

¡Hasta luego!

Przedstawiamy się :)

     Kiedy w 2011 roku pierwsza grupa świeckich wyjeżdżała na miesięczne doświadczenie misyjne chyba nikt nie przypuszczał, że wyjazdy te okażą się rok roczną okazją do rozeznawania powołania dla zmieniających się osób zaangażowanych w działalność Świeckich Misjonarzy Kombonianów. To już siódmy raz! Była już Kenia, Ghana, Uganda, Etiopia… teraz czas na odkrywanie nowego kontynentu: Ameryki Południowej, a konkretniej – Kolumbii.

     Nasz mała grupa liczy pięć osób. W pierwszym poście chcielibyśmy przedstawić się Wam 😉

Cześć. Jestem Małgosia. Studiuję w Poznaniu. Mieszkam i pracuję w Mogilnie. Lubię jeździć samochodem, podróżować, jeść i podziwiać piękno. Po co jadę? Najzwyczajniej, by w końcu spełnić marzenie.

Mam na imię Dominika. Pochodzę z Rzeszowa. Lubię tańczyć, śpiewać i czasami gram na gitarze. Już od czterech lat studiuję pedagogikę. O wyjeździe na misję marzę znacznie dłużej… Kiedy pojawiła się propozycja wyjazdu do Kolumbii, stwierdziłam, że to właśnie mój czas. Czas na poznanie, czym tak naprawdę są misje.

 

 

Nazywam się Tomek Basiński i jestem bratem kombonianinem. W temacie wyjazdu misyjnego, jestem mega zadowolony, przede wszystkim z pięciu powodów: cztery główne to Dominika, Ola i dwie Małgosie, z którymi jadę. Piątym powodem jest radość z powrotu do kraju w którym żyłem siedem lat i możliwość odwiedzenia miejsc, ponownego spotkania się ze znajomymi i przyjaciółmi i pooddychania kolumbijskim klimatem.

 

Hej, jestem Ola. Obecnie kończę studia na dwóch kierunkach: pielęgniarstwo i fizjoterapia w Krakowie. Lubię śpiewać, tańczyć, śmiać się,  gotować, chodzić po górach, ale przede wszystkim kocham żyć pełnią życia i to właśnie (mam nadzieję) umożliwi mi nasza wyprawa do Kolumbii. O wyjeździe misyjnym do Ameryki Południowej marzyłam już od bardzo dawna i niezmiernie się cieszę, że w tym roku to akurat Kolumbia jest celem komboniańskiej wakacyjnej wyprawy misyjnej, a moją radość zwiększa jeszcze towarzystwo tak cudownych osób, razem z którymi będę mogła przeżyć ten czas Bożej łaski.

 

 

 

Cześć, jestem Gosia. Studiuję w Krakowie pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną. W wolnym czasie oglądam filmy lub chodzę na zumbę. Bardzo się cieszę, że mogę w tym roku wyjechać. Ostatnio jedna znajoma powiedziała mi że ten wyjazd rozpocznie nowy etap w moim życiu. Mam nadzieję że tak właśnie będzie.

 

 

 

 

To już tyle o nas. Już nie długo napiszemy Wam o naszych pierwszych wrażeniach z wyjazdu. 31 sierpnia wylatujemy z Warszawy. Trzymajcie za nas kciuki i prosimy o modlitwę 🙂

Koniec! – 11/09

Aż trudno uwierzyć, że nasz pobyt w Afryce się kończy. Dziś nasz ostatni dzień w Nairobi,  jutro z samego rana mamy samolot do Amsterdamu, skąd wieczorem już bezpośrednio polecimy do Polski.

Bardzo ciężko pożegnać się z krajem, który przez ostatnie 4,5 tygodnia tak wspaniale nas przyjął i ugościł. Na długo w pamięci pozostanie nam otwartość i uśmiech plemienia Pokot, smak i zapach ugali, ryżu z kukurydzą czy wiejskiego kurczaka.  Głowy mamy pełne obrazów slumsów Korogocho i projektów, które odwiedziliśmy. Dziś byliśmy na naszej ostatniej w czasie tego wyjazdu Mszy Św. Było jak zwykle radośnie  i śpiewnie. Nie obyło się jednak bez małej niespodzianki. Mszę rozpoczął Ojciec Mauricio, który za niecałą godzinę miał odprawiać Eucharystię w innym miejscu, więc było wiadome, że na nią nie zdąży (pamiętajmy, że Msza Św. trwa tutaj ok. dwóch godzin). Tuż przed Pierwszym Czytaniem, do ołtarza przybiegł lekko zdyszany Ojciec Jean-Paul, który zgodnie z grafikiem miał odprawić tą Mszę. Nastąpiła szybka wymiana mikrofonu przypiętego do sutanny i Ojciec Mauricio ulotnił się aby odprawić zaplanowaną Eucharystię w Korogocho.

Dzisiejszy dzień upłynął nam na pożegnaniach, pakowaniu i sprzątaniu.

Dziękujemy Wam wszystkim, którzy czytacie tego bloga, to nasz ostatni wpis z tej wyprawy (to śmieszne, ale pisząc te słowa, łza kręci się w oku), mamy nadzieję, że nie zanudzaliśmy Was zbytnio, a błędy językowe nie raziły aż tak bardzo:).

Dziękujemy Wszystkim, bez których ta wyprawa nie mogłaby się odbyć: Ojcu Krzysztofowi Zębikowi, który zorganizował cały pobyt, dzielił się z nami informacjami i wskazówkami odnośnie Kenii, był naszym duchowym wsparciem; dziękujemy bratu Tomkowi Basińskiemu za inspirujące towarzystwo i  wieczorne dyskusje, sobie nawzajem: Monice, Agnieszce, Ewelinie, Krysi i Kasi za to, że wytrzymałyśmy ze sobą cały ten czas bez kłótni, za wszystkie rozmowy, podzielenia i towarzystwo.

Dziękujemy wszystkim darczyńcom, którzy wspomogli finansowo nasz wyjazd i tym, którzy się za nas modlili – Was prosimy o jeszcze  jeden raz na dobry powrót!

 

Kibiko – 10/09

Napenda kuishi to trzecia, oprócz Boma Rescue i Kisumu ndogo, placówka Ojców Kombonianów, która pomaga młodym chłopcom żyjącym na ulicy. Trafiają tu młodzi z dwóch poprzednich placówek, którzy potrzebują więcej czasu na wyjście z nałogu narkotykowego, lub nie mają rodziny, w której mogliby wychowywać się i dorastać w spokojnych warunkach. Czasami chłopcy są przysyłani z innych projektów lub przez rząd.
Napenda kuishi to placówka rehabilitacyjna położona na wsi, kilkadziesiąt kilometrów od Nairobi, w której chłopcy mieszkają i spędzają czas. Uczęszczają do okolicznych szkół na normalne zajęcia, a oprócz tego w ośrodku prowadzona jest terapia lecząca uzależnienia, chłopcy pracują w polu, razem się uczą i mają wspólne posiłki.
W ośrodku pracuje 3 wychowawców, kucharka (zawsze jest to kobieta, aby chłopcy czuli matczyne ciepło i troskę) oraz wolontariusz, który wcześniej sam przebywał w ośrodku a teraz chce pomagać innym z podobnymi problemami.
Mieliśmy dziś szansę zagrać z chłopakami w siatkówkę, koszykówkę i szachy, a następnie zjedliśmy razem obiad. Po posiłku, każdy z chłopaków przedstawił się i powiedział co chciałby robić w przyszłości. Było to bardzo wzruszające dla nas, bo okazało się, że każdy z nich ma jakąś pasję i marzenia, które chce zrealizować. Podziękowali nam za wizytę, szczególnie miłe dla serca były słowa, że nasz uśmiech sprawia, że oni też się uśmiechają. Na końcu my również powiedzieliśmy parę słów o sobie i życzyliśmy im szczęścia w spełnianiu swoich życiowych celów.

Ten dzień upłynął nam na odwiedzaniu różnych miejsc związanych z Kombonianani w Nairobi. Najpierw pojechaliśmy do Domu Prowincjała, czyli osoby odpowiedzialnej za wszystkie zgromadzenia komboniańskie w danej prowincji (często prowincja to obszar jednego państwa, ale zależy to od ilości wspólnot i jej członków na danym terenie).
Następnym punktem programu było Comboni Brothers’ Centre czyli miejsce gdzie mają formację przyszli bracia Kombonianie. Oprócz Nairobi istnieje jeszcze tylko jedno takie centrum w Bogocie, w Kolumbii. Niestety większość braci była wtedy na zajęciach, więc udało nam się porozmawiać tylko z paroma, którzy akurat przyjechali tam z wizytą:).
Ostatnim punktem wycieczki była redakcja komboniańskiego czasopisma „New People”. Był to szczególnie interesujący moment dla brata Tomka, który zastąpił niedawno Ojca Krzysztofa w pracy w redakcji w naszym polskim czasopiśmie komboniańskim.
W drodze do redakcji spotkałyśmy małe, skaczące po drzewach małpki, z którymi najszybciej wspólny język odnalazła Agnieszka (rzucała im patyki, a małpki podchodziły, zabierały patyk i usiłowały go zjeść).
Po tylu wrażeniach przyszedł czas na odpoczynek. Po wielu opowieściach ojca Krzysztofa zachwalających jedną z najlepszych etiopskich restauracji, postanowiliśmy sprawdzić czy to miejsce rzeczywiście zasługuje na 3 gwiazdki Krzysztofa:).
Wystrój był bardzo klimatyczny i „tak jakby luksusowy”, a jedzenie miało intrygujący smak i zapach. Po obiedzie wzięliśmy udział w ceremonii parzenia i picia tradycyjnej etiopskiej kawy, do której o dziwo serwowano…popcorn. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem tego miejsca, mimo iż etiopskie smaki nie zyskały pełnego uznania u wszystkich zgromadzonych:).

„Głoście Ewangelię czynami, a gdy trzeba także i słowem” – tego ostatniego mogły dziś rano na własnej skórze doświadczyć Krysia i Kasia, które zostały zaproszone do szkoły (jednej z odwiedzonych we wtorek) aby opowiedzieć o swoim powołaniu.
Spotkanie rozpoczęło się modlitwą i podzieleniem na temat Czytań z Dnia. Następnie przyszedł czas na nasze mówczynie, a żeby dodać powagi sytuacji, dziewczyny zostały wyposażone w ogromny, biały świecący megafon, aby nikt nie stracił ani słowa z tego przejmującego wystąpienia:).
Dla dziewczyn była to stresująca sytuacja, ale dla uczniów tej szkoły to było coś normalnego, widać było, że są przygotowani i przyzwyczajeni do publicznego dzielenia się swoimi przemyśleniami.
W południe czekała na wszystkich wyjątkowa atrakcja. Zostaliśmy zaproszeni na wykwintny obiad w Kariobangi Women Promotion Training Institute. Przygotowaniem posiłku i obsługą zajęły się uczennice kursu cateringowego, które właśnie kończą zajęcia i od października rozpoczynają praktyki zawodowe. Wszystko wyglądało i smakowało przepysznie, wydawało się nam, że byliśmy bardziej zestresowani niż dziewczyny, tym że przyniesiemy wstyd wszystkim białym, nie wiedząc co czym jeść (obawy poniekąd słuszne, bo okazało się, że ciasto powinniśmy jeść i widelcem i łyżką, którą zlekceważyliśmy:)). Po skończonej uczcie, wszystkie kucharki przedstawiły się i opowiedziały, w jaki sposób przyrządzone zostały poszczególne dania.

Chłopcy ulicy – 7/09

Dziś razem Ojcem Mauricio odwiedziliśmy projekt prowadzony przez tutejszych Ojców Kombonianów. Przeznaczony jest on głównie dla młodzieży w wieku 12-18 lat, wcześniej żadna inna organizacja nie zajmowała się tą grupą wiekową, a jedynie młodszymi dziećmi.
Odwiedziliśmy 2 z 3 dotychczas powstałych placówek Boma Rescue i Kisumu ndogo.
W ośrodkach znajdują miejsce opuszczeni przez najbliższych, często uzależnieni od narkotyków mieszkający na ulicy młodzi ludzie. Wychowawcy ośrodka raz na tydzień prowadzą tzw. „street work”. Udają się wtedy do środowiska, z których pochodzą ich podopieczni w poszukiwaniu innych, którym można pomóc. Ciężko doświadczeni przez życie chłopcy często są nieufni, nie wiedzą czy taki ośrodek w ogóle istnieje, czy nie zostaną wykorzystani. Zadanie wychowawców polega więc na zdobyciu ich zaufania i przekonaniu, że jest dla nich szansa na zmianę życia.
Obie placówki otwarte są od poniedziałku do piątku od 8 do 16. W tym czasie chłopcy mają lekcje z matematyki, j. angielskiego, suahili, geografii i nauk ścisłych. Ponadto uczestniczą w zajęciach sportowych, indywidualnych sesjach i grupowych zajęciach z wychowawcą. Wśród tak silnych osobowości często zdarzają się konflikty czy bójki, ale dzięki zaufaniu i szacunku jakim darzą pracowników ośrodka takie sytuacje udaje się szybko opanować. Ponadto wychowawcy podkreślają, że ci chłopcy są bardzo inteligentni, niesamowici w akrobatyce i widzą w nich duży potencjał.
W ośrodkach zapewnione są również posiłki, co jak potwierdzali wychowawcy często jest głównym motywem przychodzenia na zajęcia.
Cały program trwa około roku, w czasie którego ci młodzi mężczyźni uczą się innego życia niż to, które dotychczas do tej pory. Następnie w zależności od osoby zostaje podjęta decyzja o dalszych losach chłopców. O ile jest to możliwe wracają do domu rodzinnego. Jeśli jednak to rodzina była przyczyną tego, że wylądowali na ulicy, to w miarę możliwości wysyła się ich do dalszych krewnych, z dala od slumsów, gdzie mogą chodzić do szkoły, uczyć się i rozwijać. Jeśli widać, że któryś z chłopaków nie jest jeszcze gotowy do samodzielnego stawienia czoła rzeczywistości (najczęściej jest to spowodowane uzależnieniem od narkotyków) jest wysyłany do trzeciej placówki w Kibiko – więcej o niej napiszemy tuż po odwiedzinach w sobotę:).
Ojciec Maurico pokazał nam nietypowy skarb, który przechowuje w swoim biurze. Jest to zestaw przedmiotów, które chłopcy ofiarowali w ramach jednej z Mszy Św.Był to zestaw noży własnej roboty i butelek po alkoholu jako znak zerwania z przeszłością i chęci rozpoczęcia nowego życia.