Medellin

Buenas dias!

Piątkowy wieczór spędziliśmy na poznawaniu tutejszej wspólnoty. Dwoje postulantów przygotowujących się do bycia Kombonianami zajęło się przygotowywaniem grilla w ogrodzie. My (dziewczyny J) w tym czasie piekłyśmy szarlotkę i ciasto drożdżowe.  Przedsięwzięcie było zaiste misyjne, bo nie wiedziałyśmy jak skuteczne są drożdże w proszku i cukier trzcinowy. Na szczęście udało się. Wszyscy jedzący przeżyli. Jesteśmy dobre w improwizacji!

Sobota była dla nas pracowitym dniem. Zaczęliśmy rano od różańca. Po śniadaniu pojechaliśmy do centrum miasta, aby pomóc w jadłodajni dla bezdomnych, których w Medellin ze względu na sprzyjający klimat jest około 10 tys. Na ulicach, w parkach, w centrum – to widać. Zadziwiające jest to, że  niektórzy z nich to byli lekarze, prawnicy, profesorowie, czy obcokrajowcy, którzy przez narkotyki stracili wszystko i wylądowali na ulicy.

Razem z jednym z ojców i wolontariuszami ze wspólnoty Emmanuel, która prowadzi stołówkę obieraliśmy i kroiliśmy pyrki oraz roznosiliśmy posiłki. Każdą turę obiadową poprzedzała krótka medytacja na temat ewangelii z dnia, którą przygotowała Dominika w języku polskim, a Tomek tłumaczył na hiszpański. Spotkało się to z bardzo pozytywnym przyjęciem. Po skończonej pracy zjedliśmy obiad razem z wolontariuszami. Jak obstawiajcie, kto jadł smażoną skórę ze świnki, a kto się poddał?

Niedziela była dla nas dniem odpoczynku. Wstaliśmy wcześnie z zamiarem pójścia na spacer po okolicy, jednak obudził nas deszcz uderzający o szyby. Drużyna pierścienia ponownie postanowiła się rozdzielić. Dwie z nas, nie zważając na złe warunki atmosferyczne, wyruszyły na spacer. Przewodnikiem był jeden z postulantów. Pogoda bardzo szybko się poprawiła, więc mogłyśmy podziwiać wspaniałą panoramę Medellin. Felippe zabrał nas na przejażdżkę Metro Cable, czyli kolejką linową biegnącą nad najbiedniejszymi dzielnicami miasta. Dla ludzi stąd to codzienny środek transportu, a dla nas mega atrakcja. Nasz nowy przyjaciel, pomimo dużych trudności, z chęcią uczył się polskich słów. Bardzo przydatny okazał się komórkowy Google translator :).

Po południu byliśmy zaproszeni na obiad przez proboszcza tutejszej parafii. Niesamowite było to, że posiłki podawał i odnosił ksiądz proboszcz, a przez to jadł jako ostatni. Ponadto, w Kolumbii obchodzi się właśnie miesiąc miłości i przyjaźni. Z tej okazji przy pożegnaniu dostaliśmy od księdza karteczki z życzeniami i czekoladki, co było dla nas przemiłym zaskoczeniem. Dzień zakończyliśmy grając w Carcassonne i Ligretto (taka gra karciana) z częścią wspólnoty, u której teraz mieszkamy.

Następnego dnia, po wczesnej jutrzni, pojechaliśmy z ojcem Jaiderem do biedniejszej dzielnicy miasta. Ten teren wznosi się na wzgórzu i generalnie jest tu bardzo stromo. Naszym zadaniem, było pomagać w stołówce dla dzieci, którą także prowadzi wspólnota Emmanuel. Tam również obieraliśmy ziemniaki i pomagaliśmy w podawaniu jedzonka. Dominika jak bodyguard przy wejściu pilnowała, aby każdy umył ręce, a reszta w ramach modlitwy śpiewała przy akompaniamencie gitary, którą dzielnie wtachałyśmy na górę. „Dotknął mnie dziś Pan” okazało się hitem.

Po wspólnym obiedzie razem z osobami pomagającymi w jadłodajni ruszyliśmy na mini pielgrzymkę do figury Matki Bożej górującej nad miastem. Droga wiodła najpierw przez strooome schody pomiędzy domkami. Po pewnym czasie weszliśmy do rezerwatu, gdzie wreszcie zaczęła nas otaczać zieleń i cisza (na tyle, na ile to możliwe nieopodal wielkiego miasta). Na wierzchołku odmówiliśmy misyjny różaniec, zaśpiewaliśmy pieśń maryjną (z gitarą) i zjedliśmy kanapki patrząc jak chmura burzowa nieubłaganie zbliża się do nas. Jak nie trudno się domyślić, do autobusu schodziliśmy już całkiem mokrzy. (Pamiętacie o gitarze? Cały czas była z nami. Mokra jak my). Dzień zakończyliśmy Mszą Świętą we wspólnotowej kaplicy, z widokiem na rozświetlone miasto.

Dzisiaj stoimy przed wielkim wyzwaniem przygotowania domu na przyjazd młodych z kolumbijskich wspólnot komboniańskich. Trzymajcie kciuki za naszą kreatywność 😉

Reklamy