Ekwador

Hej ho! Tak się składa, że dziś opuszczamy Ekwador. Zobaczymy jak minie nam ta podróż, ale poprzednie przekroczenie granicy Kolumbia-Ekwador przebiegło całkiem spoko. Aby dostać się tutaj musieliśmy skorzystać z czterech środków transportu, co okazało się super przygodą. Na początku o.Michele zaprowadził nas do urzędu emigracyjnego w Tumaco, a później pokazał nam skąd możemy wziąć jeepa na pierwszy etap. Siedzieliśmy wspólnie na pace, drogi były całkiem w porządku. Dotarliśmy do rzeki, przez którą przeprawiliśmy się małą łódką. Na drugim brzegu czekała na nas otwarta furgonetka, skąd razem z mnóstwem arbuzów wyruszyliśmy dalej. Był to fajny etap – drogi były pagórkowate z czerwonej gliny, a po ich obu stronach ciągnęły się rozległe plantacje palmy (pozostałość po oddziałach paramilitarnych).  Musieliśmy tylko uważać, żeby nie przygniotły nas arbuzy ;). Ostatni etap- czyli przepłynięcie łodzią przyniósł nam dreszczyk emocji. Oprócz tego, że mijaliśmy zachwycające namorzyny i mieliśmy niezłą frajdę, przez moment poczuliśmy sie jak w filmie akcji. Zatrzymał nas odział wojska. Dwie łodzie zablokowały naszą, a wyluzowani marinersi przeszukiwali bagaże i sprawdzali nasze paszporty. Dowódca, jak na niego przystało z rozbawioną miną szefa bezceremonialnie zaczął jeść lizaka. Takie gangsta!

Jak tylko dobiliśmy do portu w San Lorenzo odebrał nas o. Adam, a po zameldowaniu się w tamtejszym urzędzie ruszyliśmy na obiadek z owoców morza. O. Adam przewiózł nas po Bourbon, pokazał imponujący ogród z plantacją palm i kakaowca, które należą do kombonianów. Piliśmy świeżą wodę z kokosa i jedliśmy owoce kakaowca – co okazało się pyszne. Następnego dnia jego łódką poznawaliśmy okoliczne wioski. Na jednym z naszych przystanków odwiedziliśmy szkołę w której poznaliśmy bardzo sympatyczną nauczycielkę. Stamtąd popłynęliśmy do jej domu, aby skosztować pysznych papaji i świeżych owoców guanawa. Mniam! Po południu pojechalismy razem ze wspólnotą o. Adama nad Ocean Spokojny gdzie pozbieraliśmy naręcza ślicznych muszelek. Obiad wyśmienity – krewetki. Porcje też nieczego sobie. Wieczór spędzilismy przemiło, na uroczystej kolacji z sąsiadami, uroczą rodzinką indian, u której nocowała część naszej drużyny pierścienia.

Za chwilkę ruszamy z powrotem do Kolumbii.

Pozdrawiamy serdecznie.

Zostawiamy Wam porcję zdjęć (również tych zaległych z Tumaco).