Category: Wyprawa 2012


Pocztówka z Istambułu

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy

Podróż do Ghany definitywnie dobiegła końca. Z Abor wyruszyliśmy we wtorek po południu, w swoich domach znaleźliśmy się natomiast w czwartek o poranku. Środę spędziliśmy w wielkim Istambule – wykorzystując kilka godzin, jakie mieliśmy w trakcie samolotowej przesiadki.To, co ujrzeliśmy w tym liczącym ponad 11 milionów mieszkańców w mieście, nadaje się prawdopodobnie na zupełnie osobny wpis. Teraz jednak chcieliśmy powiedzieć, iż…

… SERDECZNIE DZIĘKUJEMY wszystkim osobom i instytucjom, bez wsparcia których wyprawa 2012 nie doszłaby do skutku. W szczególności:

– parafiom, w których odbyły się nasze misyjne animacje,

-ofiarodawcom artykułów szkolnych i medycznych – okazały się niezwykle przydatne!

– osobom wspierającym nas modlitewnie – czuliśmy Waszą obecność :),

– osobom, które pomogły w logistycznym przygotowaniu podróży – zorganizowaniu biletów, wiz, transportu na lotnisko do Berlina tam i z powrotem, etc.,

– misjonarzom kombonianom z Polski oraz Ghany.

– rodzinom i przyjaciołom za to, że po prostu SĄ.

Dziękujemy wszystkim, którzy docenili trud naszej wyprawy – mamy nadzieję, że dla wielu z Was nasze działania stały się inspiracją do tego, aby spróbować odkryć w sobie coś zupełnie nowego. Podróż do Ghany poszerzyła nasze horyzonty – zarówno te intelektualne, jak i duchowe. Na pytanie, czy warto pojechać na misję do Afryki, odpowiadamy bez chwili zastanowienia: TAK!

Ulewa, która odwiedziła miejscowość Abor oraz ośrodek „In my Father’s house”, obwieściła zakończenie przygody z Afryką. W minorowych nastrojach przystąpiliśmy do pakowania walizek – wraz z nimi zamykamy historię, którą budowaliśmy przez ostatnie kilka tygodni. Jak szybko upłynął ten czas – trudno opisać. Jak wiele wynieśliśmy z tej podróży – ciężko ocenić. Co kazało nam tu przybyć – i to niełatwo zdiagnozować. Do Polski wracamy szczęśliwi, ale i smutni. Nostalgia zdawkowo rekompensuje żal, który jak zwykle towarzyszy rozstaniom.

Czarny Ląd to dla nas – grupki świeckich misjonarzy kombonianów – przede wszystkim dzieci. Dzieci, które poznaliśmy w ośrodku; które jak przeciąg przeniknęły nas, by wstrząsnąć naszymi myślami i pokazać istnienie innej strony rzeczywistości, znanej z książek Kapuścińskiego oraz filmów dokumentalnych. Na wysuwanie daleko idących wniosków przyjdzie jeszcze czas – kiedy wszyscy nabierzemy odpowiedniego dystansu, a emocje opadną. Teraz gotują się w nas jak rozgrzane żelazo. Pożegnanie, zafundowane nam przez dzieci, wycisnęło łzy, podkreślając zarazem, że nie znaleźliśmy się tu bez powodu lub przez przypadek.

Jutrzejszy wyjazd do Akry przewidujemy na godzinę 9:00 rano. Zarzucimy bagaże na plecy i pomachamy miejscowości Abor – tej, która z tak wielką życzliwością, nie oczekując niczego w zamian, przyjęła nas do siebie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ambitne plany pobudki o świcie i obserwacji wschodzącego słońca spaliły na panewce. Byliśmy zbyt zmęczeni, by zarywać noc, i postanowiliśmy wycisnąć ze snu maksimum. Dzisiejsza Eucharystia trwała blisko 2,5 godziny – w Ghanie jest to normą, do której nie musieliśmy się przyzwyczajać. Msze święte celebrowane są bowiem w żywiołowy sposób, skutecznie absorbując uwagę zgromadzonych w świątyni. Ojciec Ruben, który przewodniczył liturgii, humorystycznie powiedział o nas kilka zdań, w efekcie czego kąciki ust wiernych utworzyły coś na kształt afrykańskiego banana :). Pozytywna atmosfera udzieliła się i nam, dzięki czemu rozstanie z gospodarzami ośrodka Mafi-Kumase oraz miejscowymi dziećmi odbyło się bez krokodylich łez.

Do Abor zawitaliśmy tuż przed godziną 14:00. Zjedliśmy szybki obiad, i znów ruszyliśmy w trasę – tym razem nad ocean, i tym razem z setką rozentuzjazmowanych dzieci. Udało się więc spełnić obietnicę złożoną naszym małym przyjaciołom przed tygodniem. Z początku fale wydawały się dość spokojne, ale w obliczu bardzo nierównego dna (od naszej ostatniej wizyty uległo dużemu przeobrażeniu), wypuszczanie się przez dzieci na głębsze rejony mogło stanowić zagrożenie. Zwiększona kontrola z naszej strony zapewniła wszystkim bezpieczną zabawę, podczas której mogliśmy przypomnieć sobie najlepsze czasy kolonii spędzanych nad morzem :).

Wielkimi krokami zbliża się kres naszego pobytu na Czarnym Lądzie. Nastaje więc czas pierwszych pożegnań z ludźmi, których zdążyliśmy polubić, albo nawet zaprzyjaźnić się z nimi. Wieczorem odwiedził nas Malik – dyrektor apteki położonej obok szpitala, w którym grupa medyczna odbywała praktykę. Nie obyło się bez wzruszeń, których, niestety, będziemy doświadczać coraz więcej. Pora zatem zaopatrzyć się w niezbędne kartony chusteczek higienicznych :).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pobudka o 5:00 rano nie należała do największych przyjemności dnia dzisiejszego :). Ci, którzy powrócili wczoraj do Mafi-Kumase, musieli wstać z łóżka o wczesnej porze, aby zdążyć do Adidome na spotkanie z animatorami katolickich ruchów młodzieżowych. Animatorzy ci to osoby, które pisały niedawno maturę, a oczekując na wyniki, pracują jako nauczyciele. Madzia, Tomasz i Ojciec Maciej, mogli pospać nieco dłużej – w Adidome pozostali na noc, i choć zastały ich trudne warunki, nie narzekali. Pozostali odbyli pickupem jeszcze bardziej interesującą podróż niż wczoraj. Rekord prędkości został pobity – 110 km/h po polnych drogach. Na 6:30, czyli na Eucharystię, udało im się zdążyć.

Lał deszcz i trzaskały pioruny. Nie przeszkodziło to Justinowi – naszemu przyjacielowi z „In my Father’s house”, aby nas odwiedzić. Co ciekawe, Togijczyk jest liderem świeckich misjonarzy kombonianów w prowincji Abor, o czym wcześniej nie wiedzieliśmy. W drodze powrotnej pojechaliśmy nad rzekę Voltę, po której mieliśmy płynąć łódkami canoe, ale ze względu na ryzyko niebezpieczeństwa, wynikające ze zmiennych warunków atmosferycznych, tylko obeszliśmy się smakiem.

W Mafi-Kumase spędziliśmy dzisiejsze popołudnie. Ośrodek, w którym mieszkamy, położony jest w malowniczej okolicy, z bardzo ciekawym płaskowyżem. Postanowiliśmy zobaczyć, jak wygląda okolica z perspektywy lotu ptaka. Afryka pokazała nam piękne oblicze, z którym z pewnością trudno nam będzie się rozstać.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Niespełna 6 godzin zajęło nam w piątek odwiedzanie wiosek położonych w rejonie Mafi-Kumase. Ostatnie dni są dla nas intensywne – przed powrotem do Polski chcemy zrobić tak dużo, jak tylko jest to możliwe. Nie zdążyliśmy jeszcze rozdać wszystkich przedmiotów szkolnych, które przywieźliśmy ze sobą, wykorzystujemy więc każdą sposobność, aby to uczynić. Aby dotrzeć do jednej z wsi, musieliśmy zapuścić się w głęboki busz, i odciąć od większej cywilizacji. Terenowym pickupem, za „stery” którego siadła tym razem Madzia (należy zwrócić uwagę, iż jako driver spisała się perfekcyjnie :)), ruszyliśmy w podróż do enklaw, w których czas płynie wolniej, z dala od zgiełku i wyścigu po laury. Po Eucharystii w trzech językach – ewe, angielskim i polskim, rozdaliśmy rekwizyty, włącznie z plecakami, które zrobiły niesamowitą furorę (również w gronie nauczycielskim). Reakcja Ghańczyków jak zwykle zmusiła nas do szukania porównań z Polską. Tu, w Afryce, wyprawka szkolna jest rarytasem, u nas natomiast chlebem powszednim – czymś, na co nie zwraca się już większej uwagi.

Po południu czekał nas kolejny wyjazd i spotkanie z ghańską młodzieżą. I znów wyruszyliśmy w miejsce, które z trudem odnaleźć na mapie. Czasem można odnieść wrażenie, że sięgamy krańca świata. Tam właśnie spędziliśmy kolejne kilka godzin, mając okazję uczestniczyć w nietypowej adoracji – odbywała się ona niemal całkowicie po ciemku, a afrykańskie śpiewy były tak głośne, że niemal pękały nam uszy. Część z nas została tam na noc, a część wróciła do ośrodka w Mafi-Kumase. W sobotę znów wszyscy się tam spotkamy, licząc na kolejne niespodzianki.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pogrzeby w Ghanie wyglądają zdecydowanie inaczej, niż u nas. Uczestniczyliśmy dziś w przygotowaniach do ceremonii pogrzebowej. Ciekawostką jest to, że człowiek, który ma zostać pochowany, zmarł w… czerwcu. Od tamtego momentu spoczywa w chłodni. Uroczystość przeciągnięto w czasie ze względu na chęć zaproszenia siedemdziesięciu przywódców okolicznych wiosek (denat bowiem był strażnikiem lokalnego czakramu i uważany był za ważną personę). W trakcie pożegnania nieboszczyk zostanie posadzony w charakterystycznej pozycji, związanej z wykonywaną funkcją. Nauczycieli na przykład sadza się za biurkiem.

Popołudnie było czasem skupienia, będącym podsumowaniem kolejnego mijającego tygodnia, a w gruncie rzeczy całego wyjazdu. W trakcie adoracji, odpowiedzieliśmy sobie na kilka istotnych pytań – między innymi, jak postrzegamy swój pobyt w Ghanie i jak doświadczenie misyjne wpłynęło na naszą wiarę i postrzeganie Boga. Podczas rozważań spadł ulewny deszcz, jakiego tutaj wcześniej nie widzieliśmy. Można go postrzegać w kategorii swoistego katharsis :).

Rozmowa z misjonarzami o bogatym stażu zawsze jest czymś wzbogacającym. Nie inaczej było dziś wieczorem, kiedy w przyjemnej atmosferze spotkaliśmy się całą wspólnotą, i wymienili spostrzeżeniami na temat misji, a także mentalności ludzi mieszkających w Ghanie. Towarzyszył nam Ojciec Giuseppe, który jest prawdziwym obieżyświatem – pracę duszpasterza rozpoczął w Togo w 1974 roku, później 17 lat spędził w Stanach Zjednoczonych, by finalnie znaleźć się w Ghanie i stworzyć „In my Father’s house”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dzisiejszy wpis chcemy rozpocząć od wspomnienia ważnego wydarzenia, które miało miejsce wczorajszego wieczoru w kaplicy. Zebrane dzieci pod przewodnictwem katechisty Justina wzięły udział w referendum, w którym zajmowały stanowisko w sprawie zasadności karmienia ich fasolką. Wolą większości głosów wyraziły sprzeciw wobec obowiązku jej spożywania. Po wielu burzliwych przemówieniach, w tym głównie Eli, udało się je przekonać o walorach zdrowotnych fasoli 🙂

Do Mafi-Kumase przyjechaliśmy, z myślą, by z bliska przyjrzeć się na czym polega praca misjonarza. Środowy poranek rozpoczęliśmy od zwiedzania pobliskiej szkoły prowadzonej przez o.o Kombonianów. Naszą uwagę w sposób szczególny zwróciła klasa, w której uczy się 100(!) uczniów.

Resztę dnia spędziliśmy na odwiedzinach w outstations, czyli w placówkach dojazdowych, którym pomagają Kombonianie. W rejonie Mafi-Kumase jest ich całkiem sporo. Razem z ojcem Rubenem odwiedziliśmy. m.in. szkoły w których zostawiliśmy zebrane na animacjach artykuły szkolne. Ich stan techniczny jest tragiczny. „Budynek” szkolny to nic innego jak kawałek blachy podpartej drewnianymi palami, pomiędzy którymi ustawione są „ściany” z gliny. Pod tym zadaszeniem ustawione są ławki, biurko i tablica. W niedługiej przyszłości planowane jest jednak otwarcie murowanego budynku, który obecnie jest w budowie.

 Zawitaliśmy również do kilku miejscowości m.in. do Tsakpo Kutime, Yorkutikpo, Sasiekpe, Kpelebe, Agoe, Fiekpe, w których mieliśmy się spotkać z katechistami i mieszkańcami. Otwartość z jaką nas przyjęli będziemy długo pamiętać. Poczęstowano nas lokalnymi specjałami, takimi jak pieczona w ogniu kasawa, kokos czy prażone orzeszki ziemne. Część naszej grupy (Kamil, Gosia i Sieka) zmierzyła się też z procesem osuszania mąki. Ich poczynania wywołały uśmiech na wielu twarzach. Opuszczając ostatnią wioskę, jej mieszkańcy obdarowali nas smakołykami, które wcześniej tak bardzo nam smakowały.

 W drodze powrotnej Kombonianin wspomniał, że w każdej z odwiedzanych przez nas miejscowości, jest jakaś przychodnia. Opieka zdrowotna nie jest tu jednak darmowa, przez co wielu mieszkańców nie może sobie na nią pozwolić.

 Jutro kolejny dzień wrażeń.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dla żeńskiej części naszej grupy wtorek zaczął się już o godzinie 4:00 nad ranem. Plaga mrówek, jaka zaatakowała pokój płci pięknej, wywołała uzasadnioną panikę. Pogryzione dziewczęta zerwały się z łóżek z prędkością światła, i rozpoczęły walkę, która ze względu na liczebną słabość, musiała zakończyć się ich kapitulacją. Dezercja do kuchni wydała się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Powrót do pokoju o 5:30 wywołał konsternację – nie było bowiem nawet najmniejszego śladu po intruzach. Wszystko pozostało nienaruszone, jak gdyby nic się tutaj nie wydarzyło.

Madzia z Ojcem Maćkiem postanowili raz jeszcze odwiedzić Guadelianów. Jak wspominaliśmy we wczorajszym wpisie, znajduje się tam ośrodek rehabilitacyjny osób niepełnosprawnych. Naszym przedstawicielom towarzyszył Ghańczyk Prince – chłopiec poruszający się o kulach. Niestety, jak do tej pory były one zbyt krótkie i wymagały korekcji. Przy pomocy Guadelianów, problem udało się rozwiązać, przez co – dosłownie i w przenośni – chłopiec stanął na nogi. Choć zmiana ta nie odmieni jego życia, na pewno trochę je ułatwi.

Za sprawy żywieniowe dzisiaj odpowiedzialni byli Ela z Tomaszem. Kilka godzin spędzonych w kuchni zaowocowało pysznym polskim obiadem w postaci placków ziemniaczanych, którego wszystkim nam brakowało. Placki były wprawdzie troszkę „naciągane” – zamiast nich, dwoje naszych kucharzy wykorzystało miejscowy jam (warzywo ziemniakopodobne), ale efekt był bardzo dobry. Nikt nie wyszedł z kuchni nie najedzony.

Po południu wyruszyliśmy w podroż do Mafi-Kumase. To kolejny punkt naszego pobytu w Ghanie. Zabraliśmy ze sobą przybory szkolne, ofiarowane nam od mieszkańców Rudy Śląskiej (za co szczerze i serdecznie dziękujemy!). Podczas wizyt w miejscowych outstations, planujemy rozdać je dzieciom, aby w sposób godny mogły się uczyć.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Czy osoby niepełnosprawne skazane są na brak możliwości normalnego funkcjonowania? Wizyta Madzi oraz Ojca Maćka w ośrodku Zgromadzenia Guanelianów pokazała, iż niekoniecznie. Guanelianie prowadzą tam kompleks rehabilitacyjny dla osób niepełnosprawnych, a także szkołę zawodową. Organizują warsztaty krawieckie i tkackie. Dwójka naszych przedstawicieli miała więc okazję podpatrzeć, jak radzą sobie osoby chore – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Dzielność podopiecznych ośrodka budziła respekt. Madzi i Ojcu Maćkowi szczególnie zapadło w pamięć dwoje dzieci. Lidya, mała dziewczynka ze sparaliżowaną lewą stroną ciała, bardzo sprawnie operowała rozmaitymi przedmiotami, używając jedynie prawej ręki i prawej nogi. Udało jej się nawet bardzo precyzyjnie założyć Ojcu Maćkowi bandaż! Patrick z kolei, pomimo zaawansowanego kalectwa (porusza się wyłącznie na wózku inwalidzkim), zdołał oswoić się z miejscowym osiołkiem, pomimo iż z początku mogło się wydawać, że przyjaźń pomiędzy chłopcem a Kłapouchym raczej możliwa nie jest.

Nić porozumienia z mieszkańcami okolicznych wiosek nawiązali również Gosia i Kamil. Większość poniedziałku spędzili oni na poznawaniu codziennego życia Ghańczyków – rozmowach z nimi i próbie przeniknięcia przez ich problemy. W ramach ciekawostki warto dodać, iż w drodze powrotnej natknęli się oni na dwa posążki voodoo. Według tutejszych wierzeń, jeden z nich pełni rolę złotej rybki – spełnia życzenia mieszkańców. Drugi natomiast otwiera oczy wiernych na sprawy duchowe. Makafi, jeden z tambylców, wyjaśnił Gosi i Kamilowi, że dopóki nie będą przejawiać niechęci do voodoo, dopóty są bezpieczni, a nawet mogą kierować do posążków swoje własne prośby.

Pozostałe osoby spędziły swój czas w „In my Father’s house” na organizowaniu dzieciom zajęć oraz uczestnictwie w codziennych modlitwach. Nagrodą dla najbardziej zaangażowanych osób były lody bananowo-czekoladowe produkcji polskiej. Nikt nie grymasił, co możemy potraktować jako nasz wielki kulinarny sukces :).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.