Dla żeńskiej części naszej grupy wtorek zaczął się już o godzinie 4:00 nad ranem. Plaga mrówek, jaka zaatakowała pokój płci pięknej, wywołała uzasadnioną panikę. Pogryzione dziewczęta zerwały się z łóżek z prędkością światła, i rozpoczęły walkę, która ze względu na liczebną słabość, musiała zakończyć się ich kapitulacją. Dezercja do kuchni wydała się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Powrót do pokoju o 5:30 wywołał konsternację – nie było bowiem nawet najmniejszego śladu po intruzach. Wszystko pozostało nienaruszone, jak gdyby nic się tutaj nie wydarzyło.

Madzia z Ojcem Maćkiem postanowili raz jeszcze odwiedzić Guadelianów. Jak wspominaliśmy we wczorajszym wpisie, znajduje się tam ośrodek rehabilitacyjny osób niepełnosprawnych. Naszym przedstawicielom towarzyszył Ghańczyk Prince – chłopiec poruszający się o kulach. Niestety, jak do tej pory były one zbyt krótkie i wymagały korekcji. Przy pomocy Guadelianów, problem udało się rozwiązać, przez co – dosłownie i w przenośni – chłopiec stanął na nogi. Choć zmiana ta nie odmieni jego życia, na pewno trochę je ułatwi.

Za sprawy żywieniowe dzisiaj odpowiedzialni byli Ela z Tomaszem. Kilka godzin spędzonych w kuchni zaowocowało pysznym polskim obiadem w postaci placków ziemniaczanych, którego wszystkim nam brakowało. Placki były wprawdzie troszkę „naciągane” – zamiast nich, dwoje naszych kucharzy wykorzystało miejscowy jam (warzywo ziemniakopodobne), ale efekt był bardzo dobry. Nikt nie wyszedł z kuchni nie najedzony.

Po południu wyruszyliśmy w podroż do Mafi-Kumase. To kolejny punkt naszego pobytu w Ghanie. Zabraliśmy ze sobą przybory szkolne, ofiarowane nam od mieszkańców Rudy Śląskiej (za co szczerze i serdecznie dziękujemy!). Podczas wizyt w miejscowych outstations, planujemy rozdać je dzieciom, aby w sposób godny mogły się uczyć.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.