Ulewa, która odwiedziła miejscowość Abor oraz ośrodek „In my Father’s house”, obwieściła zakończenie przygody z Afryką. W minorowych nastrojach przystąpiliśmy do pakowania walizek – wraz z nimi zamykamy historię, którą budowaliśmy przez ostatnie kilka tygodni. Jak szybko upłynął ten czas – trudno opisać. Jak wiele wynieśliśmy z tej podróży – ciężko ocenić. Co kazało nam tu przybyć – i to niełatwo zdiagnozować. Do Polski wracamy szczęśliwi, ale i smutni. Nostalgia zdawkowo rekompensuje żal, który jak zwykle towarzyszy rozstaniom.

Czarny Ląd to dla nas – grupki świeckich misjonarzy kombonianów – przede wszystkim dzieci. Dzieci, które poznaliśmy w ośrodku; które jak przeciąg przeniknęły nas, by wstrząsnąć naszymi myślami i pokazać istnienie innej strony rzeczywistości, znanej z książek Kapuścińskiego oraz filmów dokumentalnych. Na wysuwanie daleko idących wniosków przyjdzie jeszcze czas – kiedy wszyscy nabierzemy odpowiedniego dystansu, a emocje opadną. Teraz gotują się w nas jak rozgrzane żelazo. Pożegnanie, zafundowane nam przez dzieci, wycisnęło łzy, podkreślając zarazem, że nie znaleźliśmy się tu bez powodu lub przez przypadek.

Jutrzejszy wyjazd do Akry przewidujemy na godzinę 9:00 rano. Zarzucimy bagaże na plecy i pomachamy miejscowości Abor – tej, która z tak wielką życzliwością, nie oczekując niczego w zamian, przyjęła nas do siebie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.