!Hola Amigos!

Cały wtorek byliśmy zajęci w domu pracą nad dekoracjami. (Zobaczcie na zdjęcia pod spodem). W środę natomiast wybraliśmy się na wycieczkę do Guadape. Nieopodal niej znajduje się ogromna skała, górująca nad okolicą. Widok czarnej, masywnej góry był niesamowity. Aby dostać się na szczyt trzeba było pokonać 750 betonowych schodów. Na wieży spędziłyśmy sporo czasu. Widoki zapierały dech w piersiach, a nam nie chciało się z stamtąd zejść. Potem na dwie taksówki ruszyliśmy do malowniczego miasteczka położonego nad zalewem. Dominika i Ola miały dodatkową atrakcję jazdy zdezelowanym acz uroczym samochodem w stylu retro. (Nie rozleciał się, na szczęście).

Co tak wyjątkowego jest w Guadape? Budynki! Kolorowe, zdobione płaskorzeźbami i kolumienkami. Pomimo tego, że wzdłuż ulicy stoi cały rząd łączonych ze sobą ścianami domów, każdy z nich jest zupełnie inni i wyjątkowy. Nie sposób to opisać słowami. Dzięki Małgosi i Tomkowi macie okazję zobaczyć choć trochę z tego co nas tak zachwyciło. Wróciliśmy do Medellin wieczorem zmęczeni, ale szczęśliwi.

Wielkie plany na spędzenie czwartkowego dnia nie wypaliły w stu procentach. Pierwsza cześć zakładała odwiedzenia Parque Explora. To kompleks budynków, zawierający dwie sale z ogromnymi akwariami, dwa pomieszczenia z terrariami (nie wszyscy byli zachwyceni widokiem ogromnych węży), oraz interaktywne sale naukowe. Mierzenie pulsu, oglądanie połyskujących piranii czy chodzenie po metalowej równoważni – każdy z nas znalazł coś dla siebie. Następnym punktem planu był spacer po ogrodzie botanicznym. Niestety, okazało się, że jest on zamknięty. Chwila przerwy na jedzenie i udajemy się na przejazd Metrocable, czyli podwieszaną kolejką. Tym razem także klapa. Najpierw wiatr, potem deszcz, a na końcu grad. To wszystko decyduje o tym, że nigdzie nie pojedziemy.

Ostatni punkt planu zakłada odwiedzenie księdza Federico. Jego mieszkanie jest skromne, ale przyjmuje nas w nich z otwartymi ramionami. Już kiedy prowadzi nas do kaplicy, odkrywamy, że jest niezwykłym człowiekiem. Na wprost umieszczonego w glinianym garnku Najświętszego Sakramentu*, znajduje się małe biureczko, przy którym zwykle pracuje. Ksiądz Federico pochodzi z Medellin i zajmuje się pomocą najuboższym. Jego zasady i świadectwo życia imponują nam bardzo. Długo rozmawiamy z nim i każdy z nas wynosi w sercu cenne słowa. Wracamy do domu wciąż „trawiąc” i „przemyśliwując”. Dzień kończy się pracą nad dekoracjami – musimy przyśpieszyć, aby zdążyć zrobić wszystko.

Piątek to ciąg dalszy prac. Dekoracje zaczynają już wyglądać całkiem nieźle. Kolorowe cytaty, styropianowe logo, sto sześćdziesiąt osiem gołębic… dzieje się! Dziewczyny pracują, a Tomek – wreszcie wolny – może odwiedzić znajomych. Męski wypad, a co?! Ścigamy się z czasem. Praca, sprzątanie i pakowanie, a potem, wreszcie, ostatnia wspólnotowa kolacja. Robimy sobie wspólne zdjęcia. „Uśmiechnij się”, „jeszcze jedno”, „jeszcze raz” i wreszcie nieubłaganie następuje rozstanie. Wsiadamy do dwóch taksówek, jedziemy na dworzec północny i rzutem na taśmę do autobusu. Jedziemy do Bogoty.

I teraz następuje ta część historii, którą możemy nazwać „dziś”. Dziś, trochę niewyspani i zmęczeni, jesteśmy wreszcie w stolicy. Czujemy, jakbyśmy wrócili do domu po dłuższej podróży. Planujemy ostatni tydzień i piszemy notkę na bloga. Po obiedzie pojedziemy do Suba, czyli dzielnicy Bogoty, ale o tym już w kolejnej notce…

Do przeczytania!

 

*Kiedy jesteś w tarapatach, jest ci ciężko lub nie masz grosza przy duszy, mówi się tutaj, że jesteś w garnku. To dlatego tabernakulum jest tutaj takim glinianym naczyniem. Jezus żyje na równi z ludźmi, tak jak oni.

Reklamy