Nie byłoby ośrodka „In my Father’s house” bez dzieci które tu mieszkają. To dzięki nim nasz pobyt tutaj nabiera sensu. Pełen wrażeń dzień zakończyła uroczysta kolacja, którą wyjątkowo zjedliśmy razem z naszymi afrykańskimi przyjaciółmi. Potrawę akple konsumowaliśmy bez użycia sztućców, co w Polsce zostałoby potraktowane jako wyraz braku kultury. Tutaj nie miało to znaczenia. Dzięki temu jeszcze bardziej weszliśmy w tę wspólnotę, stając się jej częścią.

O poranku odwiedziliśmy szpital zwiększonym bastionem – 7 osób. Pomimo, że było nas tylu, czuliśmy się kompletnie bezradni wobec nieszczęść które tam oglądaliśmy. Na oddziale dziecięcym poznaliśmy m.in rannego Daniela. Chłopiec leżał z temperaturą powyżej 40 stopni. Majaczył i ciągle wołał mamę i tatę. Najgorsze było dla nas poczucie, że nie możemy mu w żaden sposób pomóc. Rola widza nie odpowiadała żadnemu z nas.

Po powrocie do ośrodka wzięliśmy się do pracy – chociaż tutaj mogliśmy się wykazać. Poletko (kontrolowane przez grupę rolniczą) zaczyna powoli się zielenić. Oprócz chwastów, mamy pierwsze wschody ciecierzycy, soczewicy i cebuli. Z powodu zbyt intensywnego słońca nasi ghańscy przyjaciele zbudowali specjalne zadaszenie nad grządką z pomidorami. Nieopodal naszego ogródka, mieliśmy okazję podejrzeć proces ręcznego młócenia kukurydzy (drewnianymi pałkami bije się worki z kolbami).

Jest w „In my Father’s house” pewna osoba bez której nie przetrwalibyśmy ani jednego dnia. To Elizabeth – ghański odpowiednik Magdy Gessler. Swoimi potrawami dba o to by nasze brzuchy były każdego dnia pełne, oraz o to byśmy skosztowali lokalnych potraw. I tak jedliśmy już akple, banku, fufu, red-red, zupę rybną i smażone banany (12 bananów kosztuje ok 2 zł). Czasami pomagają jej Mary i Dorothy – uczennice starszych klas gimnazjum (Junior High School). Oprócz tego Elikplim, Junior i inni pomagają przy wypieku chleba i bułek na śniadanie i resztę posiłków.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.