Archive for Wrzesień, 2012


Nie byłoby ośrodka „In my Father’s house” bez dzieci które tu mieszkają. To dzięki nim nasz pobyt tutaj nabiera sensu. Pełen wrażeń dzień zakończyła uroczysta kolacja, którą wyjątkowo zjedliśmy razem z naszymi afrykańskimi przyjaciółmi. Potrawę akple konsumowaliśmy bez użycia sztućców, co w Polsce zostałoby potraktowane jako wyraz braku kultury. Tutaj nie miało to znaczenia. Dzięki temu jeszcze bardziej weszliśmy w tę wspólnotę, stając się jej częścią.

O poranku odwiedziliśmy szpital zwiększonym bastionem – 7 osób. Pomimo, że było nas tylu, czuliśmy się kompletnie bezradni wobec nieszczęść które tam oglądaliśmy. Na oddziale dziecięcym poznaliśmy m.in rannego Daniela. Chłopiec leżał z temperaturą powyżej 40 stopni. Majaczył i ciągle wołał mamę i tatę. Najgorsze było dla nas poczucie, że nie możemy mu w żaden sposób pomóc. Rola widza nie odpowiadała żadnemu z nas.

Po powrocie do ośrodka wzięliśmy się do pracy – chociaż tutaj mogliśmy się wykazać. Poletko (kontrolowane przez grupę rolniczą) zaczyna powoli się zielenić. Oprócz chwastów, mamy pierwsze wschody ciecierzycy, soczewicy i cebuli. Z powodu zbyt intensywnego słońca nasi ghańscy przyjaciele zbudowali specjalne zadaszenie nad grządką z pomidorami. Nieopodal naszego ogródka, mieliśmy okazję podejrzeć proces ręcznego młócenia kukurydzy (drewnianymi pałkami bije się worki z kolbami).

Jest w „In my Father’s house” pewna osoba bez której nie przetrwalibyśmy ani jednego dnia. To Elizabeth – ghański odpowiednik Magdy Gessler. Swoimi potrawami dba o to by nasze brzuchy były każdego dnia pełne, oraz o to byśmy skosztowali lokalnych potraw. I tak jedliśmy już akple, banku, fufu, red-red, zupę rybną i smażone banany (12 bananów kosztuje ok 2 zł). Czasami pomagają jej Mary i Dorothy – uczennice starszych klas gimnazjum (Junior High School). Oprócz tego Elikplim, Junior i inni pomagają przy wypieku chleba i bułek na śniadanie i resztę posiłków.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Spokojny sen po długiej podróży z Cape Coast pozwolił podładować nam akumulatory. Wracając do Abor czuliśmy się tak, jakbyśmy wracali do domu. Tuż po porannej Eucharystii wzięliśmy się do pracy. Dużo ciekawego działo się w szpitalu, gdzie nasi medycy – dzięki uprzejmości miejscowych lekarzy – mieli możliwość dokonania obserwacji poważnej operacji wycinania guza (jego wielkość można porównać do wielkości ludzkiej głowy!). Co ciekawe, Elę, Monikę i Madzię przyjęto po 4 dniach absencji z entuzjazmem, gdyż na ich widok ucieszyli się zarówno pacjenci, jak i personel medyczny.

Grupa edukacyjna razem z dziećmi przygotowywała kartki, które po południu wysłaliśmy do osób, które wspierają nas modlitewnie. Mamy nadzieję że wszystkie dotrą do adresatów przed naszym powrotem do Polski.

W dniu dzisiejszym swój pedagogiczny sukces odniósł Artur. Ujarzmił grupę z szóstej klasy – to ta która dała mu się we znaki poprzednim razem i rzucała w niego samolotami :). Należy tutaj podkreślić, że zrobił to bez użycia przemocy fizycznej, która jest cechą charakterystyczną tutejszych pedagogów, tracących niekiedy panowanie nad sobą (dzieci za niewłaściwe zachowanie obrywają kijami).

Grupa rolnicza skontrolowała swoje poletko. Ku wielkiemu zaskoczeniu, pod naszą nieobecność ilość grządek uległa znacznemu powiększeniu. Chłopcy pod przewodnictwem Elikplima i Johna wysiali pomidory i wysadzili cebulę. Niestety, ale gleba jest tak przesuszona, że musimy je codziennie obficie podlewać. Jutro planujemy rozpocząć wysiew kapusty. Na ten cel przeznaczymy największą część naszego poletka. Korzystając z okazji pragniemy gorąco pozdrowić fanów kiszonej kapusty :). Naszym marzeniem byłoby chować kurczaki oraz świniaki, które mogłyby codziennie trafiać do kuchni.

Poznaliśmy również Amerykanina Tommy’ego, który przyjechał odwiedzić ojca Joe. W wolnej chwili uczył dzieci gry w rugby. Było to trudne, bo rozumiały co dziesiąte jego słowo (i tak lepiej od nas, my rozumiemy co dwudzieste).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dzisiejszy wpis chcielibyśmy rozpocząć od wspomnienia o uroczystości, którą celebrowaliśmy wczoraj wieczorem, a o której nie było już czasu, aby o niej wspomnieć. Otóż 23. urodziny obchodziła nasza serdeczna przyjaciółka Madzia :). Razem z całą wspólnotą Kombonianów, mieszkającą w Cape Coast (a było to naprawdę międzynarodowe towarzystwo – Ghańczycy, Kongijczycy, Benińczycy, Zambijczycy!) przygotowaliśmy świętowanie tego ważnego dnia. Korzystając z okazji, chcielibyśmy raz jeszcze złożyć Madzi najserdeczniejsze życzenia zdrowia oraz wytrwałości w realizacji planów życiowych.

Na dzisiaj przypada półmetek naszego pobytu w Ghanie. Z tego powodu zorganizowaliśmy dzień skupienia. Dołączył do nas Ojciec Theotime, który przybył z Beninu (na co dzień należy on do krakowskiej wspólnoty Kombonianów – witamy serdecznie!). Po porannej jutrzni oraz wprowadzeniu, które przygotował Ojciec Vincenzo, każdy z nas miał miał moment refleksji – okazję do indywidualnego spotkania z Bogiem. W drogę powrotną do Abor wyruszyliśmy tuż po Eucharystii oraz obiedzie. 6,5 godziny spędzone w samochodzie (w bardzo mocnym zresztą upale) było czasem na wzajemne rozmowy i analizę naszego pobytu nie tylko w Cape Coast, ale w ogóle w Ghanie. Skala problemów w tym państwie nas przerasta, ale doświadczenie, jakie tu zdobywamy, pozwoli nam kiedyś powrócić tu na dłużej.

W środę znów bierzemy się za realizację swoich głównych założeń – pracę w szpitalu, naukę w szkole oraz przygotowanie pól pod uprawę. Pobudka już o godzinie 5:45, więc czas skierować się do łóżka :).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Pobyt w Ghanie to droga ku znalezieniu odpowiedzi na to pytanie. Realizowane przez nas programy medyczne, agrarne i edukacyjne w Abor oraz wizyty w Akrze i Cape Coast przybliżają nas do obiektywnego rozeznania swojego powołania. Nie tylko praca w upale, ale i chwile wytchnienia od niej, spędzane zazwyczaj na rozmowach z tutejszymi mieszkańcami, poszerzają nasze myślowe horyzonty, a przede wszystkim uczą wielkiej pokory. Cape Coast nie okazało się miejscem dużo bogatszym od innych w państwie. Również i tutaj ludzie mieszkają w starych, zniszczonych domach, a nawet lepiankach. Nie chodzą w markowych butach, ani też nie przemieszczają się luksusowymi samochodami. Ghana to państwo, w którym bardzo wiele należałoby zmienić. W miesiąc najwyżej uda nam się to pojąć.

Kakum National Park, który dziś odwiedziliśmy, był interesującym miejscem jeśli chodzi o roślinność, ale w kwestii zwierząt, niestety, zawiódł. To kolejny kłopot Ghany – masowe niszczenie fauny. Spotkanie antylopy, tudzież krokodyla nawet w tak egzotycznym kraju graniczy z cudem. Mieszkamy na nieco bogatszym i bardziej zindustrializowanym południu, gdzie dzikie zwierzęta są prawdziwym rarytasem. Mamy nadzieję, że na północy sytuacja wygląda choć odrobinę lepiej.

Odwiedziliśmy również centrum Cape Coast, a w nim stary zamek, zbudowany przez Portugalczyków, a wykorzystywany w przeszłości między innymi do przetrzymywania niewolników. Będąc na nim uświadomiliśmy sobie – choć jest to refleksja daleko odbiegająca od skali tragedii, jaka się tu rozegrała setki lat temu – że pewnie i w naszym życiu pojawiają się momenty, w których pozwalamy zamykać się w sztywne ramy i dzięki złym przyzwyczajeniom i nawykom, ograniczamy swoje możliwości.

Cape Coast jest wyśmienitą krainą dla rozmyślań. Czy ja naprawdę chcę zostać misjonarzem? Czy stać mnie na to wyrzeczenie? A może jest to tylko chwilową fanaberią?

Ten konstruktywnie spędzany czas być może okaże się dla nas cennym drogowskazem.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Chór gospel w stylu amerykańskim ubarwił poranną Mszę św. w Akrze. Trwająca aż 2 godziny uroczystość nikogo jednak nie znużyła – Ghańczycy modlą się w sposób ekspresyjny, co udzieliło się i nam :). Niedziela to dzień wolny od pracy, w związku z czym pozwoliliśmy sobie na odrobinę szaleństwa w hostelowym basenie (dla Kamila był to pierwszy raz w tego rodzaju akwenie). Tuż po obiedzie znów ruszyliśmy w podróż – tym razem do Cape Coast, miejscowości oddalonej o trzy godziny drogi na zachód od stolicy Ghany. Jazda upłynęła na obserwacjach nieznanych nam gatunków roślin, które należy określić jako egzotyczne. Po drodze jak zwykle zaczepiali nas uliczni handlarze, którzy twarzami przyklejali się do szyb, ciekawym widokiem była także wywrócona na poboczu ciężarówka. Kiedy dotarliśmy do punktu docelowego, zjedliśmy kolację i odmówiliśmy nieszpory.

Na zakończenie dnia Ojciec Vincenzo, gospodarz domu w Cape Coast, opowiedział nam o swoim powołaniu i życiu misyjnym. Udzielił również wskazówek, jak rozeznać drogę życiową. Zmęczeni, ale zadowoleni, skierowaliśmy się do swoich łóżek, myśląc już o tym, jak wiele wrażeń czeka nas następnego dnia :).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Wyruszyliśmy z Abor o 6:15 – tuż po „dziesiątce” różańca z grupą „Circle of Rosary”. Podróż przebiegła spokojnie – już po ponad dwóch godzinach byliśmy na miejscu. Stolica Ghany o poranku okazała się dla nas łaskawa. Nie musieliśmy przeciskać się przez gąszcz samochodów, ani słuchać klaksonów rozgniewanych kierowców. Udaliśmy się na Independence Square (Plac Niepodległości – Ghana odzyskała ją w 1957 roku), następnie odwiedziliśmy ocean (wzdłuż linii brzegowej rozciągały się tony śmieci wyrzucane przez mieszkańców), by wkrótce wylądować na targu. Zjedliśmy na nim obiad – dania podano nam w dość elegancki sposób, a porcje zaspokoiły potrzeby większości żołądków. Potem przystąpiliśmy do zakupów – drewniane figurki oraz afrykańskie koszule były najczęstszymi przedmiotami transakcji. W korki uliczne wpakowaliśmy się w drodze do Parafii Kombonianów. Dotarłszy do celu, przystąpiliśmy do kolacji, a następnie uczestniczyliśmy w Mszy św.

Akra wywołała u nas mieszane uczucia. Z jednej strony odnaleźć można znaki nowoczesności, z drugiej – jest to miasto niezwykle zatłoczone i zaśmiecone. Arterie, zarówno te większe, jak i mniejsze, oblegają miejscowi handlarze, transportujący swój ekwipunek na głowach. Stolica Ghany wydaje się być interesująca, ale potrafi także zmęczyć.

W niedzielę wczesnym porankiem będziemy uczestniczyć w Eucharystii w kombo-parafii „Our Lady of Assumpiton”. Plany na jutro są w fazie przygotowań :). Postaramy się spędzić ten dzień spokojnie, odpoczywając od pracy. Popołudniem czeka nas podróż do Cape Coast – jednej z najpopularniejszych miejscowości turystycznych w Ghanie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Publikujemy dziś wpis ze sporym wyprzedzeniem – wieczorem bowiem czeka nas świętowanie 26. urodzin naszego rolnika Tomasza :)). Już wcześnie rano, podczas porannej modlitwy, odśpiewaliśmy wspólnie z Ghańczykami „Happy Birthday”, na prawdziwą zabawę musimy jednak troszkę zaczekać. Dzień numer 10 upłynął spokojnie, bez wielkich fanaberii, był natomiast niezwykle przyjemny.

Dziewczęta z grupy medycznej zajrzały na oddział męski, a także do laboratorium, w którym wykorzystuje się metodę szkiełkową, ale również całkiem nowoczesny sprzęt (nie jest w tym szpitalu więc aż tak źle). Na uwagę zasłużyło wyszkolenie personelu, stworzonego z ludzi z wyższym wykształceniem oraz sporym doświadczeniem.

W szkole natomiast nasi nauczyciele kontynuowali swój program.Tym razem oprócz zajęć muzycznych, przeprowadzili również te plastyczne (wkrótce efekt wspólnych prac – na razie niechaj pozostanie tajemnicą :)).

Ksiądz Maciek nauczał o Combonim, gdyż dla wielu Afrykańczyków nasz patron – mimo iż spędził sporą część życia na misjach na Czarnym Lądzie – wciąż pozostaje postacią anonimową. Po obiedzie kilka osób z naszej grupy wybrało się na targ (w tym rejonie Ghany handlarze regularnie zmieniają miejsce sprzedaży, co piąty dzień zaglądając do Abor) i odwiedziło między innymi krawcową (z niecierpliwością czekamy na wykonane stroje :)). Dzięki umiarkowanym „obciążeniom” możemy więc wypoczęci spędzić uroczysty wieczór, a także wstać jutro o 5 rano. O świcie ruszamy bowiem do Akry – stolicy Ghany, w której spędzimy dwa dni.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Szpitalnych zmagań grupy medycznej ciąg dalszy. Praca idzie coraz sprawniej, dziewczęta błyskawicznie poznały procedury panujące na oddziale. Nawet językowe pertrubacje nie przeszkodziły w nawiązaniu nici porozumienia w szpitalnym otoczeniu. Smutnym, poruszającym serca aspektem pobytu w placówce była sytuacja jednej z pacjentek, zmagającej się z poważną infekcją powstałą w wyniku amputacji nogi. Kobieta nie tylko nie ma środków na leczenie, ale i sama musi pomagać swojej chorej matce. Później przyszedł jednak czas na bardzo pozytywny bodziec – euforię na oddziale pediatrycznym. Podarowane dzieciom maskotki zrobiły furorę, czemu w zasadzie trudno się dziwić – prezenty uwielbia dostawać każdy, a szczególnie dzieci :).

Grupa agralna także nie próżnowała w czwartek. Jej heroizm zapisze się w annałach Afryki Zachodniej. Motywacje Tomasza i Kamila najłatwiej byłoby opisać słowami piosenki Golec uOrkiestra: „Pole, pole, łyse pole, ale mam już plan”. Naszym dzielnym panom towarzyszyli Elicplim oraz John. Ten pierwszy myśli podobno o utworzeniu plantacji fasolki – może dzięki pomocy z Polski uda mu się ten plan zrealizować. Kolejnym etapem prac będzie utworzenie kompostownika, dzięki któremu odpadki z kuchni w „In my Father’s house” nie będą lądować za murem ośrodka.

Późnym popołudniem, kiedy Tomasz zakończywszy już pracę doprowadził się do stanu używalności (było to trudne, ale mu się udało), wraz z Moniką stworzył grupę zapaleńców podwórkowych kółek różańcowych. Casting cieszył się wielką popularnością i według niepotwierdzonych plotek, mieszkańcy internatu planują przeprowadzić strajk w dniu, w którym będziemy musieli wrócić już do Polski. Wszyscy członkowie kółek otrzymają swoje legitymacje, dzięki którym poczują z nimi dodatkową więź.

Gosia z Asią kontynuowały w szkole naukę języka polskiego. Tematem przewodnim – narzuconym zresztą przez dzieci – była miłość, a efektem lingwistycznej gimnastyki, takie wyznania, jak „kokam cie”, „kcie cie pocałować” czy „jestesz piekna”. Artur na lekcjach muzyki pokazał dzieciom, czym są nuty, i co ciekawe, w ciągu kilku godzin lekcji z różnymi klasami oberwał tylko jednym samolotem. Ojciec Maciek przygotował prezentację o Danielu Combonim dla kilkudziesięciu mieszkańców „In my Father’s house”, przedstawiając sylwetkę naszego patrona. Dla wszystkich nas był to bardzo udany dzień – jeszcze lepszy od wczorajszego. Aż strach będzie się obudzić jutro :).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Temperatura na południu Ghany nie schodzi poniżej 25 stopni. Mimo to cały nasz zespół zaaklimatyzował się w ciepłych warunkach i regularnie spełnia swoje obowiązki. Grupa agralno-pastoralna chwyciła za łopaty, kilofy, motyki oraz połamane grabki i postanowiła zaorać lokalny teren pod eksperymentalną uprawę polskich nasion na ghańskiej ziemi. Tomek, jako szef tej wyjątkowo dobrze zorganizowanej formacji (złożonej zasadniczo z dwóch członków – jego oraz Kamila, a także afrykańskich przyjaciół-ochotników, w tym 23-letniego Enoka, który dzielnie służy pomocą również w sprawach kościelnych) sprawnie pokierował pracami, na które aż przyjemnie było popatrzeć. Przy takim zapale chłopaków należy spodziewać się, iż cała okolica zostanie wkrótce przekopana, a w Afryce zacznie się mówić o unikalnej produkcji kiszonej kapusty.

Medycy, podobnie jak wczoraj, odwiedzili pobliski szpital. Podarowali personelowi środki opatrunkowe oraz leki przywiezione z Polski – za wszystkie te dobra serdecznie dziękujemy naszym ofiarodawcom. Następnie grupa przystąpiła do działań – Ela z Moniką zmieniały opatrunki, Magda natomiast zajęła się rehabilitacją. Później cała trójka dziewcząt zamieniła się w farmaceutki i kontynuowała pracę w aptece.

Każda czynność medyczna w tutejszym szpitalu obciążona jest płatnością. Wielu Ghańczyków rezygnuje z tego powodu z podjęcia leczenia.

Środa była bardzo wesołym dniem w szkole. Asia z Gosią przeprowadziły konkurs pt. „Ghaniliada”, którego celem było sprawdzenie wiedzy dzieci na temat ich ojczyzny. Dziewczęta podjęły się dodatkowo zadania zorganizowania nauki języka… polskiego. „Dzinkuje” oraz „Dziń dobri” to słowa, które szczególnie przypadły do gustu podopiecznym „In my father’s house” i wypływały z ich ust z niesłychaną częstotliwością niesłychanie zresztą długo. Artur przeprowadził małe „introduction” do lekcji muzyki. Na jego niepocieszenie, większość dzieci nigdy nie miała nic wspólnego z melodyjnymi instrumentami (z perkusyjnymi – tak i owszem).

Pragniemy jednocześnie nadmienić, iż kuchnia afrykańska raczej spełnia nasze oczekiwania (raczej, gdyż „fufu” – czymkolwiek jest, smakuje całkiem dobrze, a „banku” należy opisać tylko jako zjadliwe ;)).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Sytuacja w ghańskich szpitalach pozostawia wiele do życzenia – przekonały się o tym dziewczęta z grupy medycznej. Odwiedziły pobliską placówkę i już na dobre rozpoczęły w niej pracę. Podstawowymi chorobami, z którymi borykają się pacjenci, są malaria, sepsa, czy nowotwory. Pomimo wyraźnego braku podstawowych środków medycznych, personel okazuje sporą życzliwość oraz chęć niesienia pomocy. Okazuje się, że nie trzeba mieć wszystkiego, aby z pełnym zaangażowaniem wykonywać swój zawód. Z podobnego założenia wyszli nasi medycy :). Do zadań Madzi, Eli i Moniki należała rehabiliacja, edukacja zdrowotna oraz pielęgnacja. Kilka godzin w afrykańskim szpitalu było konstruktywnie spędzonym czasem.

Standardy edukacji w szkole również odbiegają od powszechnie przyjętych norm w Polsce. Po pierwsze, jest spory kłopot ze zdyscyplinowaniem dzieci. Po drugie, nauczyciele również dość swobodnie podchodzą do obowiązków, nie trzymając się sztywno godzin swojej pracy. Asia i Małgorzata wzięły sprawy w swoje ręce, ale dopiero po kilku próbach udało im się opanować harmider (wydawało się, że nikt nie jest w stanie przebić głosu Joanny, ale i ona znalazła swoich pogromców :)). Po zakończeniu lekcji dziewczęta postanowiły „przewietrzyć” miejscową bibliotekę, ale żeby doprowadzić ją do porządku, potrzeba co najmniej huraganu, czyli kilkunastu godzin sensownej segregacji. Biblioteka, co warto odnotować, jest tutaj jednym z najładniejszych miejsc, w którym ponadto można odnaleźć ciszę.

Pojęcie ciszy w „In my Father’s house” jest bowiem pojęciem abstrakcyjnym :). W asyście tylu dzieciaków trudno o chwilę wytchnienia dla uszu.

Ojciec Maciek wraz z Kamilem, Tomkiem i Arturem, odwiedzili jedną z wiosek, w której miał miejsce chrzest… bliźniąt. Uroczystość trwała ponad dwie godziny. Warto przytoczyć w tym momencie opinię Tomka, który zwrócił uwagę na szczególnie silne więzi pomiędzy członkami małych społeczności. Czy „Zachód” nie odszedł już przypadkiem od tych wartości?

Wieczorem pożegnaliśmy wszyscy grupę Włochów, którzy realizowali równolegle swój projekt w Abor. Wspólne śpiewy i tańce zakończyły udany dzień.

Korzystając z okazji, chcielibyśmy bardzo serdecznie pozdrowić wszystkie bliskie nam osoby – rodziny, przyjaciół, a także… personel medyczny :).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.