Archive for 6 września, 2012


Dzień drugi za nami 🙂 I tym razem nie zabrakło wrażeń. Wraz z Wisdomem – naszym afrykańskim przewodnikiem – udaliśmy się do centrum miasta, a następnie do okolicznych wiosek, w których życie, delikatnie rzecz ujmując, wygląda „trochę” inaczej niż u nas. Targowisko w Abor nie przypominało typowych polskich bazarów, choć asortyment zaproponowany przez tamtejszych handlarzy jest bardzo imponujący. Począwszy od lokalnego jedzenia, przez ubrania made in China, a skończywszy na kolorowych tkaninach. Znów byliśmy w centrum uwagi. Nasza konsumpcja trzciny cukrowej wzbudziła powszechne zainteresowanie (uporanie się z nią okazało się nie lada wyzwaniem, ale daliśmy radę). Kolejnym przystankiem naszej wycieczki była miejscowość Anyako, która doskonale ukazuje afrykańskie warunki życia – zniszczone domy, rozrzucone śmieci i brak perspektyw na przyszłość. Odwiedziliśmy też szpital i ośrodek rehabilitacyjny. To, co nas zdziwiło, to ich bardzo dobry (jak na Afrykę) stan oraz szeroki wachlarz programów pomocy dla Ghańczyków. Wszystkie te doświadczenia były bardzo cenne i ubogacające, pomogły nam zrozumieć sytuację, w jakiej znajdują się tamtejsi mieszkańcy. „Wioska dziecięca” – ta, w której my stacjonujemy – też nie poraża standardem, choć jak na Afrykę warunki mamy dobre. Internet jest jaki jest, dlatego na zdjęcia będzie trzeba poczekać – obiecujemy, że jutro na pewno się zjawią :).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 Trzydziestogodzinny kurs przemieszczania się na drugi koniec świata definitywnie skończony – z oceną bardzo dobrą. Po niezliczonych przesiadkach i trudach związanych z taszczeniem bagażu, wreszcie dotarliśmy do Abor – niewielkiej wioski położonej nad Oceanem Atlantyckim, na południowym wschodzie Ghany. Podróż obfitowała w rozmaite „atrakcje”, nie wyłączając leżakowania na środku lotniska w Istambule. Byliśmy tam prawdziwą atrakcją turystyczną, ale i prekursorem nowego stylu wypoczywania. Na początku patrzono na nas jak na dziwaków, jak na intruzów, ale wkrótce dołączyli do nas też inni turyści, więc zrobiło się nie tylko raźniej, ale i bardziej swojsko. Wiedzieliśmy, że przejdziemy do historii, że wywrócimy świat do góry nogami, ale nikt nie zakładał, że stanie się to już w trakcie podróży.

Abor. Miejscowość, którą z trudem odnaleźć nawet na mapie Google. Nikt nie spodziewał się wielkiej metropolii, nowoczesnych samochodów oraz tysięcy biznesmenów pędzących do pracy. Abor nie przywitała nas luksusem a’la Sheraton, ani też a’la Marriot, ale… okazała się całkiem sympatyczna. Ojciec Giuseppe ucieszył się na nasz przyjazd (jeśli grupa nie zdąży się zdyscyplinować, z identyczną radością będzie nas żegnać :)). Rozpoczynamy projekt pt. „Ghana”. Jak wiele dobrego uda nam się pozostawić po sobie, okaże się. Mamy miesiąc, aby pokazać, na co nas stać 🙂

 

 

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.