Ostatni dzień w Amakuriat. Wczoraj podzieliśmy się na małe grupy, żeby być w rożnych miejscach na Mszy św. I tak Mateusz z Krzyśkiem poszli w góry do małej kaplicy w Kalapata, Maciek z siostra Patrycją do Alale, a Danusia, Ewa, Łukasz, Piotrek i Szymon zostali w Amakuriat. Tam rozdzielili się na dwie Msze. I tym razem urzekła nas afrykańska liturgia: piękny śpiew, wspaniałe tańce i długie kazanie. Popołudnie spędziliśmy na pakowaniu i miłych chwilach relaksu. Przyjemne zaskoczenie czekało nas przed samym wyjazdem. Kilka dziewczyn z internatu, gdzie byliśmy wczoraj, przyszło żeby nas pożegnać. Miały dla nas kilka piosenek i małe, własnoręcznie robione prezenty. Kiedy odjeżdżaliśmy popłynęły łzy. Tak Amakuriat żegnało Krzyśka, po latach jego pracy w Afryce. Teraz czekała nas kilkugodzinna podroż na pace samochodu, po wielkich wertepach i małych rzeczkach, które spływały z gór po nocnych deszczach. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko w Kacheliba, żeby pożegnać ojców i po 21 byliśmy w Kapengurii. Upragniona kolacja i można było iść odpocząć, bo dzisiaj mamy do przejechania kilkaset kilometrów, do Kibiko.