Dziś poznaliśmy kolejną siostrę komboniankę – s. Manna. Jej głównym zajęciem jest opieka nad chorymi. Sama zresztą jest pielęgniarką. Dziś pokazała nam Health Centre, gdzie razem z innymi 4 pielęgniarkami służy pomocą najbiedniejszym – chorym, których nie stać na leczenie. Większość z nich jest zarażona wirusem HIV i często oprócz lekarstw otrzymuje także jedzenie. Centrum jest nieźle zorganizowane i swoją troską obejmuje także dzieci niepełnosprawne, które mają tu swego rodzaju kurs przygotowujący do pójścia do szkoły specjalnej. Dla dzieci, które mają chorych rodziców jest prowadzony kurs opieki długoterminowej, bo wiele razy np. chorą mamą w domu możne zająć się tylko jej dziecko. Kurs uczy także jak poradzić sobie samemu w razie śmierci rodziców. Jutro może uda nam się odwiedzić kilku chorych w ich domach. Po wizycie w tym ośrodku poszliśmy jeszcze raz do Boma Rescue z obiecanymi wcześniej cukierkami. Ale było radości! Piotr wykazał się swoimi talentem dydaktycznym wyjaśniając Joice i innym dziewczynom w wielu ok. 10 lat podstawy mechaniki kwantowej. Nie, żartuję! Ale nauczyciel z niego byłby niezły. Z innej beczki – Danusia od wczoraj ma zaciągankę – chce ananasa! Dziś już nie wytrzymała i zjadła 3/4 ogromnego ananasa. Potem tak ją piekł język, że nie czuła smaku pysznego obiadu. Ale tak to bywa z zaciągankami – a ona i tak zadowolona. Z nowo poznanych osób warto wspomnieć tzw. pre-postulantów, których odwiedziliśmy dziś popołudniu w ich ‚domu’ – pokój 3 na 3. Super się składa, bo jest ich 3. Mamy jeszcze do wysłania sporo fajnych zdjęć – ale na razie problemy techniczne to uniemożliwiają. Usiku mwema! Dobranoc!

 

 

I druga grupa…

Wczoraj kenijscy nauczyciele rozpoczęli strajk, więc dzisiaj chłopcy nie poszli do szkoły. Za to, korzystając z dobrej pogody, dużo pracowaliśmy. Raz w polu, raz w kuchni i przy sprzątaniu. Niektórzy uczyli nas modlitw w swahili, inni naprawiali buty, jeszcze inni siłowali się z ogromną beczką na wodę. Na obiad zjedliśmy, jak codziennie, gideri (na zdjęciu). Dziś jednak było wyjątkowe, bo było w nim więcej niż zwykle ziemniaków, co bardzo ucieszyło Mateusza, a także mieliśmy niecodziennych towarzyszy – tuż obok pasły się krowy. Po takim obfitym obiedzie wyszliśmy, tylko naszą czwórką, na spacer. Po drodze Łukasz rozdawał dzieciom cukierki i pozował do zdjęć z osłami. Dotarliśmy do urwiska, u którego podnóża zaczynała się rozległa równina z kilkoma jeziorami, a w oddali widać było zarys szczytów gór. Usiedliśmy na tym „krańcu świata” i rozmawiając podziwialiśmy piękne widoki. Kiedy wracaliśmy, mijały nas dzieci, które niosły na głowach wiązki gałęzi.
Resztę dnia spędziliśmy z chłopcami, między innymi w bibliotece. Na koniec, zmęczeni, odmówiliśmy kompletę i poszliśmy spać. Jutro Ewa ma poranny dyżur, czyli wstaje przed wszystkimi, żeby wraz z Mamą Catherine przygotować śniadanie. Pozdrawiamy!