W planach mieliśmy Mszę św. o 9.00 w Dandora Parish, razem z Kardynałem Nairobi i młodzieżą z 3 dekanatów. Plany uległy lekkiej zmianie – Mszę zaczęliśmy o 11.00, a Kardynał jednak nie dotarł. Mimo wszystko było niesamowicie. I bardzo uroczyście, szczególnie dzięki chórowi młodych z parafii. Żeby tam dotrzeć musieliśmy przejść przez wielkie wysypisko śmieci, które zatruwa miejscową ludność – kilkaset tysięcy ludzi.
Z nowości dzisiejszego dnia: po raz pierwszy jedliśmy mandazi – miejscowe pączki (tyle, że bez dżemu i lukru) oraz papaje… Szymon stwierdził, że nigdy nie podał ręki tylu dzieciakom co dzisiaj. Natomiast Danusia doszła do wniosku, że dzieciaki uwielbiają być fotografowane i lubią też robić zdjęcia. Wielkim osiągnięciem Maćka były dzisiejsze zakupy – zrobione samodzielnie w slumsie: “kupiłem 8 mandazi na śniadanie, za 40 ksh czyli jakieś 1,30 zł.”
Teraz jesteśmy w Kariobangi, naszej komboniańskiej parafii, gdzie jest prąd i internet – wow!!! Ale raczej nie sprawdzimy poczty e-mail, bo nie ma na to czasu. Już zaraz lecimy na wieczorną adorację do Korogocho. Pozdrawiam wszystkich, którzy śledzą nasz blog!

 

 

 

„Kenijski ślub” – przeżycia drugiej grupy

Od rana byliśmy bardzo podekscytowani. Po krótkiej porannej modlitwie wsiedliśmy do samochodu – pickupa z “paką”; Annastascia, jej dwie córki i dwumiesięczny wnuczek (bez żadnego zabezpieczenia!), my oraz trzech chłopaków stąd: Wickliff, Evanson i Moses. Krzysiek niestety musiał zastąpić Annastascię na miejscu. Drogę utrudniały wielkie korki, a samochody przeciskały się dosłownie na centymetry. Dotarliśmy w samo południe, akurat na pierwsze czytanie, choć Msza miała zacząć się o dziesiątej. “African time!”- podsumowała Annastascia. Ceremonia trwała w sumie jakieś 4 godziny. Następnie wraz z gośćmi pojechaliśmy na wesele. Kiedy udało nam się trafić na miejsce, zobaczyliśmy długą kolejkę – ku naszemu zdziwieniu – po jedzenie, nie do składania życzeń. Jedliśmy na trawie. Para młoda przyjechała później i została wprowadzona przez tłum rozśpiewanych i roztańczonych kobiet. Zaraz potem zaczęły się tańce, w których chętnie uczestniczyliśmy. Pomogło nam się to przełamać, bo nie dało się ukryć, byliśmy jedynymi białymi na przyjęciu. Wydało nam się dziwne, że rodziny Młodych siedziały w osobnych namiotach. Zebraliśmy się wcześniej, bo czekała nas jeszcze długa droga i uliczne korki. Do domu dotarliśmy wieczorem i przy kolacji dzieliliśmy się wrażeniami. Jak co wieczór, naszą czwórką, spotkaliśmy się w domku Mateusza i Łukasza i odmówiliśmy kompletę. Dobranoc!

PS. Pozdrawiamy nasze rodzinki i wszystkich wspierających nas modlitwą!