Pierwsza noc w slumsie minęła spokojnie i szybko. Rano, razem z o. Stefano i o. Johnem, zmówiliśmy jutrznię po angielsku. Potem była Msza św. w kiswahili przy blasku lamp naftowych, ponieważ na zewnątrz było jeszcze ciemno.

Po śniadaniu razem z Michaelem Otis poszliśmy do Boma Rescue. Jest to centrum dziennego pobytu dla dzieci ulicy, znajdujące się zaraz obok wielkiego wysypiska śmieci. Dzieci otrzymują tutaj wstępną edukację, jest też trochę zabawy i wspólnej pracy. I najważniejsze dla dzieci: jedzenie; my załapaliśmy się na śniadanie – uji, swego rodzaju grysik. Warto wspomnieć, że pieniądze z akcji Mój post – Twój posiłek, trafiły m.in. tutaj. Zobaczyliśmy jak potrzebne jest takie wsparcie! Po południu już w innym centrum przeżyliśmy prawdziwy na wysypisku śmieci Dandora szok. W Ushirikiano Center uczestniczyliśmy w spotkaniu z alkoholikami i narkomanami żyjącymi na ulicy. No i wyobraźcie sobie 20 facetów całkiem pijanych albo naćpanych, dla których jest czytana Ewangelia, co więcej, potem dyskutują o niej. Widząc to, pomyślałem o słowach Izajasza: ubogim jest głoszona Dobra Nowina. Wieczorem doświadczyliśmy Kościoła wychodzącego do ludzi – uczestniczyliśmy we Mszy św. w domu pani Anny Ndulu – niedawno ochrzczonej, która nie może przyjść do kościoła, bo jest chora. I potem długi wieczór spędzony na rozmowach!

 

“Polska kultura i wielkie pranie” – relacja drugiej grupy

Ten dzień był dla chłopaków dniem „wielkiego prania”. Przygotowywali wtedy wszystkie rzeczy, które potrzebne im będą w szkole, to znaczy już w poniedziałek. Przechodząc, można ich było zobaczyć siedzących tu i ówdzie, z wiaderkami i mydłem, inni prali w specjalnym pomieszczeniu. Około piętnastej spotkaliśmy się w klasie (która pełni też funkcję jadalni), na małe spotkanie integracyjne, żeby się lepiej poznać. Byliśmy umówieni na wpół do trzeciej, zaczęliśmy dziesięć po – tutaj czas nie ma takiego znaczenia. Jak już wszyscy się zebrali, chłopcy mieli opowiedzieć w paru słowach o Napenda Kuishi, czyli o tym domu. Chcieliśmy się dowiedzieć, czym on dla nich jest. Nasi młodsi koledzy potraktowali to bardzo serio i mocno się stresowali. Na szczęście atmosfera się rozluźniła, kiedy zaczęliśmy zabawę – uczyliśmy ich piosenki Arki Noego „Taki duży, taki mały”, potem kalambury. Oni zaproponowali granie niewidzialną piłką w rytm afrykańskiej piosenki „I take the ball, I take the ball” i coś w stylu naszego „pomidora”. Pod koniec dnia zebraliśmy kukurydzę, która suszyła się cały dzień leżąc na boisku w palącym, afrykańskim słońcu. Wieczorem Anastacia zaskoczyła nas zaproszeniem na ślub swojej siostrzenicy. Stwierdziwszy, że to może być ciekawe, nowe doświadczenie, zgodziliśmy się, mimo małych wahań. To już jutro!