Dziś od rana sprawdzaliśmy swoje zdolności kulinarne. Postanowiliśmy bowiem przygotować coś ‚ciekawego’ na kolację – ciekawego i innego, aby urozmaicić tygodniowe menu, które zazwyczaj ogranicza się do 3-4 potraw. Maciek z resztą chłopaków zajęli się przygotowaniem sosu do spaghetti, a Danusia z resztą dziewczyn – czyli sama,
upiekła pyszną karpatkę – to ulubione ciasto o. Stefano, który będzie tu jutro (zostawiliśmy co nieco dla niego!) Popołudniu razem z Annastascia i z s. Stellą pojechaliśmy odwiedzić jedną rodzinę. Od razu uderzyło nas miejsce – przepiękny widok na równiny i pagórki Kenii, ale równocześnie tragiczna sytuacja ekonomiczna tej rodziny. Dom przypominał bardziej malutki blaszany garaż, ale bez wylewki, w którym poza babcią, trojką dzieci i rodzicami, mieszka jeszcze koza! Wracając spotkaliśmy jeszcze jedną rodzinę – tym razem masajską. To chyba takie preludium przed jutrzejszą wyprawą do Ewaso Kedong, gdzie spędzimy dwa dni wśród Masajów. Już jesteśmy ciekawi tej wyprawy. Z nowości: na śniadanie zjedliśmy dziś słodkie ziemniaki, trochę dziwne, ale rzeczywiście słodkie! A wczoraj jedliśmy coś, co nazywają tu nduma, a czego w Polsce chyba nie ma. Na Mszy św. Piotr, Szymon i Danusia po raz pierwszy dołączyli się do grupy tanecznej – nie szło im, ale i tak dzięki za odwagę!!! No i odwaga przyda się jutro, bo do Ewaso pojedziemy pickupem, który poprowadzi Maciek – a dawno nie jeździł po lewej stronie i to po takich ‚drogach’. Napiszemy coś jutro jeśli tylko będzie tam zasięg. Pozdrawiamy wszystkich!!!

Odwiedziny u chorych – to już druga grupa
W tym dniu odwiedziliśmy rodziny chorych. Dwójkami, najpierw ja z Ewą, potem z Łukaszem, prowadzeni przez panią zwaną health walker, chodziliśmy po Korogocho. W sumie odwiedziliśmy jakieś sześć lub siedem rodzin. Najbardziej zapadła mi w pamięci wizyta u jedenastoletniego Johna z porażeniem mózgowym. Nie widział, ale reagował na dotyk i głos. Tak jak w każdym domu, pomodliliśmy się i porozmawialiśmy przez chwilę. Ewa z Krzyśkiem poszli do szkoły przy kaplicy St. John. Krzysiek poszedł do dzieci, a Ewa rozmawiała z młodzieżą. Po południu, czyli też po obiedzie, poszliśmy na spotkanie z alkoholikami. Uczestnictwo w takich spotkaniach pomaga im uświadomić sobie nałóg i wychodzić z niego. Jeden z panów zwrócił prowadzącym uwagę, że przecież “oni nie rozumieją w swahili” i żeby “im ktoś tłumaczył”. Panowie (w większości, choć były też kobiety) dzielili się wtedy swoimi przemyśleniami i historiami. Byli wtedy pijani, ale i tak bardzo ważne było dla nich, że jest ktoś, kto chce ich wysłuchać.