Już z samego rana rozdzieliliśmy się na grupy. Danusia, Maciek, Piotrek i Szymon poszliśmy na pierwszą Mszę w St. John, ponieważ wkrótce po tym pojechaliśmy do centrum Nairobi w towarzystwie Kevina. Tam zakosztowaliśmy odrobinę wielkomiejskiego życia. Warto dodać, że po raz pierwszy mieliśmy okazję przejechać się publicznym autobusem – matatu. Na miejscu okazało się, że centrum stolicy Kenii niewiele różni się od tych europejskich; ogromne budynki, parki, fontanny i masa ludzi na ulicach. Danusia z Piotrkiem pozwolili sobie na  odrobinę szaleństwa i przejechali się na wielbłądzie! A co, w końcu jesteśmy w  Afryce! Po południu dołączyli do nas nasi znajomi: Fred i Lidia, którzy zaprowadzili nas na Masai-Market, okropne miejsce gdzie każdy jest Twoim „przyjacielem” i próbuje wcisnąć ci każdą możliwą rzecz po „okazyjnej” cenie. Np. „maj frend, yt ys for 6500, bat for ju onli 6000” co i tak, po 30 minutach targowania się kończyło się na trzy (albo 10!) razy niższej cenie. Po tym ciężkim i męczącym doświadczeniu skoczyliśmy do przyjemnej restauracji, żeby nieco się pokrzepić. Wspaniale mieć znajomych, którzy orientują się gdzie można dobrze zjeść. Dzisiejszy obiad był niezwykłą ucztą: ryby z jeziora Victoria w sosie kokosowym! Mniam!

A my, Reszta Izraela, modliliśmy się na drugiej Mszy, już wyjaśniam czemu. Nie dlatego, że chcieliśmy dłużej pospać, bo wstaliśmy równocześnie, ale dlatego, że podczas tej drugiej właśnie Mszy Świętej cała wspólnota pożegnała – nie, lepiej: wysłała – ósemkę alkoholików na terapię w Kibiko. Spędzą oni 3 miesiące w tym samym ośrodku, co chłopcy z ulicy, tam, gdzie my byliśmy przez pierwszy tydzień. To naprawdę mało czasu, jak na wyjście z nałogu i zmianę życia, dlatego potrzebują oni modlitwy i wsparcia. Dzisiejsze wysłanie ich przez całą parafię było wyrazem tego wsparcia; wszyscy modlili się za nich. Przez cały ten czas będą im pomagać social workers, z których jeden, Fadili, sam kiedyś przeszedł tę terapię. Po Mszy, kiedy przygotowywaliśmy się do wyjazdu z Korogocho, poczuliśmy dym. W domu niedaleko Kombonianów wybuchł pożar, ale na szczęście po jakichś 20 minutach udało się go ugasić. Potem, razem z naszą ósemką, pojechaliśmy do Kibiko. Na miejscu Ewa i Łukasz poszli odprowadzić Coleter do jej domu, przy okazji ją odwiedzić i dać się jej ugościć. Ja zostałem, żeby się trochę oprać i przygotować aparat na kolejny etap, czyli Amakuriat. Przywitałem tu jadącą z Nairobi drugą, tzn. pierwszą grupę.