Dziś odwiedziliśmy kolejne ciekawe miejsce – centrum dla dzieci ulicy – Kisumu Ndogo. Przychodzi tutaj codziennie jakieś 20-30 chłopców. Historia każdego z nich jest inna, to co ich łączy – to życie na ulicy. Większość z nich ma rodzinę, ale z różnych powodów (alkohol, bicie, zero zainteresowania) nie mieszka w domu. Ich domem staje się wysypisko śmieci albo jakiś zaułek na ulicy (czasem nawet zadaszony – za który muszą oczywiście zapłacić). Pieniądze zdobywają wygrzebując kawałki plastiku ze śmieci. 1 kilogram plastiku sprzedają za 5 szylingów (ksh) czyli za 15 gr. W Kisumu Ndogo te dzieciaki dostają jedzenie (śniadanie plus obiad), podstawy edukacji, zainteresowanie i troskę. My mieliśmy okazję po prostu być z nimi, poznać ich,
zagrać z nimi w Ludo, uczestniczyć w lekcji matematyki. Warto zaznaczyć, że klasa ma dość skromne wymiary 2m na 2m, a w środku ok. 10 dzieci plus nauczyciel i my. Wracając z tego centrum zrobiliśmy zakupy na ulicy, no bo ulica to taki miejscowy bazarek, gdzie można kupić prawie wszystko. Zaskoczyło nas, że za obiad dla 5 osób (chapati + gideri, a na deser banany i awokado) zapłaciliśmy na nasze jakieś 5zł czyli 1zł na głowę – a z obiadu co nieco jeszcze zostało. Wieczorem, w drodze na Mszę św. w domu chorego, przeżyliśmy chwile grozy. Idąc ulicą zobaczyliśmy tłum ludzi biegnących w naszą stronę! Pierwsza myśl, to że przed czymś uciekają, jednak okazało się, że ci ludzie biegli za mężczyzną, który uderzył drugiego kamieniem w głowę. Miał się dokonać samosąd. Udało mu się jednak uciec na komisariat policji. Teraz, już po Mszy św. przygotowujemy wspólnie z przyjaciółmi z Włoch kolację.

„Pierwszy dzień szkoły” – doświadczenie drugiej grupy

Dzisiaj chłopcy poszli po raz pierwszy w nowym roku szkolnym na zajęcia, ubrani w swoje mundurki i z uśmiechami na buziach, a my pojechaliśmy do Nairobi. Podróż trwała jakieś dwie godziny, bo korzystaliśmy z tutejszego transportu publicznego, czyli „matatu” – takich niedużych busików. Przy wsiadaniu do takiego „matatu” trzeba zawsze odmówić modlitwę o szczęśliwą podróż i refleks dla kierowcy; tak, to bardzo ważne przy tak wielkich korkach i osobliwym sposobie prowadzenia samochodów w tym mieście. Taka jazda trzyma w napięciu. Pochodziliśmy sobie po centrum miasta, które było bardzo zatłoczone, kupiliśmy trochę szylingów kenijskich, a ja (Mati) nawet zadzwoniłem do domu. Kiedy weszliśmy do katedry, okazało się, że „przypadkiem” zaczyna się tam Msza św. Oczywiście zostaliśmy. Była krótka i taka „normalna” dla nas, bo nie było tańca ani afrykańskich piosenek – cała po angielsku. W kościele spotkaliśmy Coleter, która pracuje z chłopcami w Napenda Kuishi jako jedna z social worker. Potem zjedliśmy razem mały obiad, popijając różnymi ciekawymi sokami, na przykład z passion fruit lub z ananasa. Wracaliśmy także matatu, a ostatni odcinek, czyli ten pod sam dom, pokonaliśmy siedząc całą czwórką na wąskiej tylnej kanapie małego, trzykołowego pojazdu, zwanego piaggio, i piechotą. Sympatyczny kierowca chętnie zgodził się na zdjęcie. Tego Afrykańczycy chyba nigdy nie odmawiają. A po kolacji każdy dostał po kawałku świeżego avocado. Do jutra!