Rano, oczywiście, kogut. To znaczy, najpierw kogut, potem rano. Dzisiejsze plany wymagają działania w grupach, więc podzieliliśmy się: Danusia, Maciek i Mati – ruszyliśmy z siostrą Gabrielą i pielęgniarzami, żeby organizować polowy punkt medyczny, w którym dzieci dostawały szczepionki, były ważone, a kobiety w ciąży badane. Przez cały dzień przez ręce siostry przeszła ponad setka dzieci. Praca s. Gabrieli, jej przykład, zadziwił nas bardzo – pięknie zobaczyć misjonarza tak oddanego tym, do których jest posłany. Użyczyliśmy do pomocy naszej męskiej siły, a Danusia szczepiła dzieci na polio. Przeszliśmy się też nad rzekę Swan, gdzie pasła się stadnie fauna afrykańska w wielu rodzajach: wielbłądy, kozy i krowy, i mnogość ptaków. Mogliśmy do woli głaskać wielbłądy. Krajobraz był cudowny. Przejechanie z powrotem tych 72 kilometrów zajęło nam 4 godziny. Cztery godziny na pick-upie, trzymając się stalowej ramy i przypiekając się równiutko.

Szymon, Piotr, Ewa i Krzysiek, po porannym rozstaniu: poszliśmy do przedszkola zanieść kredki, plastelinę i farby. Tam powitały nas rozśpiewane i roztańczone dzieciaki, które przygotowały występ. Zaprezentowały kilka piosenek i tradycyjny taniec Pokot. Następnie pojechaliśmy w tereny zamieszkałe przez lud Turkana. Tam, w wiosce oddalonej od Amakuriat o 45min drogi, spotkaliśmy się z zupełnie inną kulturą. Inne zwyczaje, język, sposób budowania wioski i wygląd sprawił, że czuliśmy się jak w innym świecie. Tu też odczuliśmy, co znaczy afrykański krajobraz i temperatura. Spotkaliśmy się wieczorem i wymienialiśmy się wrażeniami. Męczący dzień, ale piękny – to właściwie reguła tutaj.