Od wczoraj jesteśmy w drodze. Około 7 rano wyruszyliśmy z Kibiko. W Ngong Hills o 7.30 miał czekać na nas matatu, jednak znowu doświadczyliśmy afrykańskiej ‚punktualności’, dlatego grubo po 8 wyjechaliśmy z miasta. I jechaliśmy… Jechaliśmy, zatrzymywani jedynie co jakiś czas przez policję lub ludzi chcących wcisnąć nam pieczoną kukurydzę czy pamiątki. Ciekawym, choć krótkim punktem naszej podróży, było przekroczenie równika. Po kilku pamiątkowych zdjęciach przy dużej tablicy informacyjnej i skakaniu między półkulami mogliśmy jechać dalej. Popołudniu jeszcze tylko postój na obiad, a wieczorem na duże zakupy. Dopiero przed godz. 19 przybyliśmy na miejsce czyli do Kapengurii. Tam spotkaliśmy trzech ojców Kombo, każdy z innego końca świata: z Włoch, Filipin i Meksyku. Pomimo tak różnych kultur, żyją oni jak prawdziwa chrześcijańska wspólnota, pracując wspólnie na rzecz misji. A mają co robić, bo na terenie ich ogromnej parafii, znajduje się 17 kaplic dojazdowych. Po kolacji i modlitwie, zmęczeni całym dniem jazdy poszliśmy spać. Dzisiaj rano w miarę szybko ogarnęliśmy się, później dobre śniadanie (w końcu ciepłe i chrupiące tosty! Zwykle jemy niepieczone). Krótkie zwiedzanie parafii i mogliśmy ładować się do terenowego Land Rovera, bo teraz czekała nas podróż po drogach, przy których nawet nasze polskie wydają się być szczytem marzeń. Krzysiu doskonale czuł się za kierownicą, lata praktyki robią swoje. Kiedy zjechaliśmy na równinę, w końcu poczuliśmy klimat Czarnego Lądu jaki ma w wyobraźni niemal każdy muzungu. Palące słońce, pomarańczowa ziemia, ogromne przestrzenie, kobiety niosące plastikowe beczki na głowie i roślinność suchych terenów: wielkie kaktusy, kolczaste akacje i dziesiątki innych, których nazwy nawet nie znamy. Po ponad godzinie zatrzymaliśmy się w Kachaliba, kolejnej komboniańskiej parafii. Tam ojciec Hubert, nasz sąsiad z Niemiec, oprowadził nas po terenie, gdzie na ogromnych skałach widoki zapierały dech w piersiach. W dalszej drodze mieliśmy jeszcze tylko dwa postoje: pierwszy w jednej ze szkół i kaplicy, a drugi przy suchym korycie rzeki, gdzie zjedliśmy lunch, (niepieczone) tosty z masłem orzechowym, dżemem i bananami. I w końcu, po przejechaniu ponad 500 km byliśmy na miejscu! Amakuriat, miejsce gdzie przez długi czas pracował Krzysiek wśród plemienia Pokot, przy granicy z Ugandą. Tutaj po wypakowaniu się z auta, małym odświeżeniu i chwili odpoczynku poszliśmy na Mszę św. Wieczorem mieliśmy kolację razem z ojcami pracującymi w tej parafii. Dzisiejszy dzień był znaczący dla Piotrka, bo właśnie dzisiaj obchodził swoje 20 urodziny. Nie obeszło się bez śpiewu Sto Lat i prezentu. Można pozazdrościć miejsca jak i towarzystwa do świętowania urodzin. Teraz, po kolejnym dniu podroży, zmęczeni, ale szczęśliwi kładziemy się spać, czekając na to co przyniesie nowy tydzień w Afryce.