Po raz kolejny podzieliliśmy się na dwie grupy i rozjechaliśmy w różne strony świata. Monika, Agnieszka i Ewelina razem z ojcem Maćkiem pojechaliśmy do Ugandy.
Dzięki dłuższemu pobytowi w granicach tego pięknego kraju, mogliśmy dostrzec ogromne różnice między Ugandą a Kenią. Po pierwsze niebo w Kenii jest niebieskie, a w Ugandzie błękitne, w Kenii drzewa są koloru trawy, a w Ugandzie trawa jest koloru drzew. W Kenii krowy chodzą stadami, natomiast w Ugandzie zwartymi grupami, w Kenii drogi są pełne dziur, a w Ugandzie dziury pełne dróg, Kenijczycy mają skórę koloru czarnego, a Ugandyjczycy koloru gorzkiej czekolady. Jak widać różnice są kolosalne.

Naszym pierwszym przystankiem było Nagwoliet. Po paru godzinach oczekiwania na wiernych, odbyła się uroczysta Msza Św. Ludzie nie mają tutaj zegarków, więc nawet jeśli umawiają się na określony czas, np. w południe to może to oznaczać  każdą godzinę między 12-15.

Po Mszy Św. udaliśmy się nad rzekę, gdzie odbywała się potańcówka, w której brali udział głównie młodzi ludzie z okolicznych wiosek. Zaproszono nas do tradycyjnego tańca i początkowo byłyśmy chętne w nim uczestniczyć, dopóki nie zobaczyłyśmy jak wygląda. Kobieta podskakuje w miejscu wypychając klatkę piersiową, a mężczyzna zachęca ją ruchem rąk, najpierw w powietrzu a potem dotykając jej piersi do tego aby oddała się mu w opiekę. To właśnie ten ostatni element zniechęcił nas na dobre.

Po tańcach pojechaliśmy do Loboluyin gdzie wieczorem już tradycyjnie na dzieci czekało kino na świeżym powietrzu. Wioska zrobiła na nas wrażenie bardzo czystej i zadbanej, a mieszkańcy jak zwykle byli gościnni i życzliwi. Zmęczone trudami dnia, tuż po kolacji nieświadome zagrożenia poszłyśmy spać. Minęło może pięć minut, gdy naszą uwagę przykuł dziwny szelest na słomianym dachu. Po chwili śledztwa znalazłyśmy winowajcę. MYYYYYYSZ! Przerażone, z całym naszym dobytkiem wybiegłyśmy z chaty i mimo nieznajomości terenu co sił pognałyśmy w stronę jedynego bezpiecznego miejsca, które przyszło nam do głowy – naszego samochodu. Przekonane, że spędzimy w nim resztę nocy, ułożyłyśmy się wygodnie na siedzeniach i już prawie zasnęłyśmy (z wyjątkiem Moniki, która całkowicie obojętnie podeszła do sytuacji i smacznie spała w każdym miejscu, nawet na stojąco tuż przed chatką). Nasza euforia nie trwała długo, bo zostałyśmy okrążone przez mieszkańców i po długiej dyskusji z katechistą, wróciłyśmy do wioski, tym razem do innej chatki (bez myszy).  Tak poważna dla nas sytuacja okazała się powodem do żartów nawet dla małych dzieci, które wracając z nami do wioski udawały myszy chcąc nas wystraszyć.

Lekko niewyspani, po śniadaniu poszliśmy do małej wspólnoty chrześcijańskiej nazywanej „dżumija”(pisownia fonetyczna), w której odbyła się Liturgia Słowa i podzielenie, w czasie którego kolejny raz miałyśmy okazję do powiedzenia paru słów od siebie. Następnie wróciliśmy do wioski, gdzie w kaplicy miała odbyć się Msza Św. Eucharystia była trochę opóźniona, bo okazało się że złapaliśmy gumę. Wymiana opony była trudniejsza niż przypuszczaliśmy, ponieważ już na początku złamał się podnośnik. Dla Afrykańczyków nie był to jednak żaden problem, 2 patyki, paru mężczyzn i 10 minut później opona była zmieniona. Zaraz po wyjeździe mieliśmy okazję kolejny raz skorzystać z tego sposobu wymiany koła, bo ponownie złapaliśmy gumę.
W czasie Mszy Św. odbyło się uroczyste przywitanie nowonarodzonych dzieci, które kojarzyło się nam ze sceną z „Króla Lwa” (przywitanie Simby). Takie momenty są niezwykle radosne dla całej wspólnoty.

Po  powrocie zmęczeni prawie od razu zasnęliśmy.

Niedziela była bardzo aktywnym dniem. W czasie gdy w kościele odbywała się Msza Św. poprowadziłyśmy dla dzieci tzw. „Sunday school” czyli coś w rodzaju katechezy. Opowiedziałyśmy im historię o miłosiernym Samarytaninie, a następnie włączyłyśmy krótką bajkę, aby dzieci lepiej zapamiętały tę historię. Skoordynowanie grupy było nie lada wyzwaniem, bo dzieci było bardzo dużo i w różnym przedziale wiekowym (od jednego roku do lat 14). Metodą prób i błędów udało się zapanować nad tą wesołą gromadką. Nauczyłyśmy ich nawet dwóch polskich pieśni „Na jeziorze wielka burza” i „Mój Pan kocha mnie” razem  z choreorgafią. Byłyśmy bardzo dumne z siebie i dzieci, bo gdy wieczorem wyszłyśmy na spacer przybiegło do nas kilkoro i śpiewały nowo poznane utwory.

Po Mszy Św. razem z grupą młodych matek Santa Monica, pojechaliśmy do jednej z kaplic pod wezwaniem tej świętej  aby celebrować uroczystość Św. Moniki. Niestety na miejscu było tylko parę dzieci. Okazało się, że wszyscy dorośli poszli nad rzekę szukać złota. Wróciliśmy więc do Amakuriat, po drodze zatrzymując się na mały piknik. Młode matki okazały się być pełnymi wigoru i energii kobietami, a ich entuzjazm był zaraźliwy. Razem śpiewałyśmy, tańczyłyśmy i ogólnie bardzo sympatycznie spędziłyśmy czas.

Po dwóch tygodniach pobytu w Amakuriat i okolicach zauważyłyśmy, że Afryka to kontynent zupełnie inny od tego co znamy. Wszystko jest tutaj na opak. Kobiety budują domy, dbają o bezpieczeństwo rodziny, a mężczyźni w tym czasie pilnują krów ( czytaj leżą pod drzewem i patrzą przed siebie). To dziewczyny zapraszają chłopaków do tańca,  a bliscy przyjaciele (głównie mężczyźni ) chodzą trzymając się za ręce i obejmując. W domu są dwa łóżka, jedno ukryte za zasłoną dla mężczyzny aby w razie  napadu był bezpieczny (bo jak nam wyjaśniono, kobieta nie zostanie zabita). Łóżko kobiety znajduje się naprzeciwko wejścia, przy ognisku, tak aby całą noc mogła pilnować ognia. Średnia liczba dzieci w rodzinie tez nieco się różni od tego co znamy. Tutaj trójka dzieci to niewiele, podczas gdy w Polsce to już spora gromadka.