Godzina 6 rano.  Spakowani, czekamy niecierpliwie w salonie bo lada moment ma zjawić się bus popularnie nazywany matatu, który zawiezie nas do Kacheliby. Czekamy, czekamy… potem jeszcze trochę czekamy. W końcu dwie i pół godziny później bus wreszcie podjeżdża,  a kierowca wita nas z uśmiechem, bez śladu zakłopotania. Czas afrykański – chyba musimy się przyzwyczaić:)

Cała podróż do Kacheliby trwała prawie 12 godzin i była okazją do podziwiania malowniczych krajobrazów Kenii. Zauważyliśmy, że życie toczy się głównie przy szosie: są tam sklepy, stragany, banki, nawet zwierzęta pasą się tuż przy drodze (głównie krowy, kozy i owce).

Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w miejscu, które najkrócej można scharakteryzować jako bar mleczny szybkiej obsługi. Atmosfera jak w domu, kucharka nalewała kawę z mlekiem z dużego dzbanka, rozlewając  przy tym sporo na blat ale nikt zdawał się tego nie zauważać.

Nasz wzrok przykuły zielono-żółto-czerwone soki ułożone na ladzie, bez większego zastanowienia kupiliśmy kilka.  „Soki” okazały się być mieszkanką musu z mango i awokado z dodatkiem soku z czerwonych buraczków. Smak? Interesujący, ale chyba wolimy tradycyjne mieszanki owoców:)

W miasteczku Kitale spotkaliśmy się z Ojcem Eutiqu, Kombonianinem z Filipin który jest proboszczem parafii w Kachelibie. Podczas przepakowania walizek  z matatu do vana, grupka dzieci podeszła do nas i poprosiła o pieniądze. Wtedy po raz pierwszy od naszego przyjazdu dotarło do nas jak ciężko ocenić czy powinnyśmy „dać pieniądze” i nakarmić głodnego czy raczej nie dawać wierząc, że bez zmiany polityki ale także postawy samych proszących o pieniądze,  nasza jednorazowa pomoc nic nie zmieni w życiu tych dzieci.

Z Kitale do Kacheliby jest ok 34km (3 godziny drogi), głównie po bardzo wyboistej górskiej drodze, o czym już wkrótce mieliśmy dobitnie się przekonać. Nie była to łatwa przeprawa. Dodatkowo nasze bagaże podskakiwały razem z nami przy każdym dołku i nierówności i zapewniały nam swoisty „masaż”. Jesteśmy bardzo wdzięczni Ojcu Eutiqu za życzliwość, troskę i jakby nie patrząc poświęcenie bo on tą trasę musiał pokonać dwa razy, a do najłatwiejszych z pewnością nie należała.

Tuż po kolacji udaliśmy się do naszych pokoi aby trochę odpocząć bo już jutro niedziela  i nasza pierwsza, prawdziwa afrykańska Msza Św.