Category: Wyprawa 2016


Poniedziałek rozpoczęliśmy Eucharystią.

Po śniadaniu spędziliśmy trochę czasu na rozmowie z Ojcem Maćkiem – Kombonianinem  z Tarnowa , który od półtora roku przebywa na misji w Amakuriat.

Przed obiadem pojechaliśmy do szkoły średniej z internatem Saint Bakhita dla dziewcząt, w której uczy się ok. 150 uczennic. Po drodze przejeżdżaliśmy przez koryta wyschniętych rzek(pomimo pory deszczowej) . Po południu odwiedziliśmy drugą szkołę średnią dla dziewcząt – im. Świętej Trójcy.

Wszystkie szkoły średnie w rejonie posiadają internat, w którym mieszkają uczniowie, nawet Ci z okolicy, bo wtedy jest większe prawdopodobieństwo, że zjawią się na lekcji, a nie zostaną wysłani przez rodziców do pasienia kóz albo innych robót domowych. Jednakże wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że dziewczyna zostanie „wykradziona” przez rodziców, bo akurat znalazł się ktoś, kto chce się z nią ożenić i ma wystraczająco dużo krów, żeby zapłacić za żonę.

Szkoły są płatne i drogie jak na warunki afrykańskie (ok. 2000zł rocznie). Często rodzice nie płacą za edukację i mają długi w szkole, wtedy nawet jeśli uczeń skończy wszystkie klasy liceum, nie zostanie dopuszczony do matury a wtedy nie ma szans na dalszą edukację. Rodzice nie płacą, bo zazwyczaj nie mają na to pieniędzy, często jednak po prostu nie doceniają roli i wagi edukacji w przyszłości ich dzieci, zwłaszcza córek.

Dziewczyny często mają aspiracje i marzenia, chcą się uczyć, studiować. Jednakże wciąż najbardziej akceptowalna rola kobiety w społeczeństwie to rola matki i żony. W czasie spotkań w obu szkołach, uczennice miały okazję zadać nam  pytania o nasze życie w Polsce. Pytały czy studiujemy, mamy chłopaków i jak godzimy jedno z drugim. Było widać, że pogodzenie edukacji i zbycia domowego to dla wielu bardzo ważny dylemat.

Było też parę śmiesznych sytuacji. Jedna z dziewczyn zapytała, czy mamy w Polsce wymiona. Na początku byliśmy zdezorientowani i chcieliśmy delikatnie uchylić się od odpowiedzi, bo to dosyć specyficzne pytanie (niektórzy zaczęli w głowie rysować sobie obraz krowy i już liczyli te wymiona). Dopiero po chwili okazało się, że pytano nas o plemiona…

Kacheliba – 14/08

Już przed śniadaniem wiedzieliśmy, że jest jakoś więcej osób niż poprzedniego wieczoru. Głosy dobiegające z podwórka, śmiechy.  Idąc na Mszę Św. zostaliśmy dosłownie zalani deszczem dzieci, każde chciało potrzymać za rękę lub chociaż dotknąć białej osoby. Niektóre od razu się uśmiechały i zaczynały z nami rozmawiać. Inne tylko uporczywie wpatrywały się w nas, z mieszaniną strachu i zaciekawienia. Gdy już emocje opadły, razem z tłumem małych towarzyszy weszliśmy do Kościoła.

Msza Św. trwała dwie i pół godziny i była odprawiania w suahili. Było mnóstwo śpiewów  tańca, i odrobinę klaskania. Nieco zaskakujące było to, że naprawdę wszyscy umieli tutaj śpiewać, w taki sposób, że każda piosenka brzmiała jak wykonywana przez profesjonalny chór Gospel.
Pod koniec Eucharystii zostaliśmy przedstawieni parafianom i mieliśmy powiedzieć parę słów od siebie. Był to dosyć stresujący moment ale przyjęto nas bardzo ciepło, wszyscy się uśmiechali a na koniec dostaliśmy owacje na siedzącoJ

Po obiedzie udaliśmy się na spacer po okolicy, a resztę popołudnia spędziliśmy na zabawie z dziećmi i nauce języka.

Wieczorem Ojciec Eutiqu opowiedział nam historię parafii i problemy z jakimi się obecnie zmagają. Nie ukrywał, że największym z nich jest emigracja młodych osób do Nairobii w poszukiwaniu dobrze płatnej i interesującej pracy (w Kachelibie szansę na prace w zawodzie mają głównie  lekarze pielęgniarki i nauczyciele, reszta musi więc szukać w innych miejscach). Dodatkowo brak dobrych dróg dojazdowych nie zachęca do częstych wizyt nie mówiąc już o powrocie na stałe. Ojciec Eutiqu dodał, że dopóki młodzi ludzie będą wyjeżdżać, niewiele zmieni się w Kachelibie…Dodatkowo wielu mężczyzn opuszcza swoje rodziny zostawiając wszystko na barkach  tak już obciążonych kobiet.

Oprócz Ojca Eutiqu w domu mieszka również Ojciec Dino – 85 letni Kombonianin z Włoch, który mimo podeszłego wieku jest  bardzo energiczny i co jakich czas zabawia nas opowieściami misyjnymi.
Jest dużą podpora i pomocą dla parafii, wciąż odprawia msze i służy duszpasterską pomocą swoim parafianom.  Trzecim mieszkańcem misji jest  diakon Abraham – pierwszy Kombonianin a drugi ksiądz w ogóle z plemienia Pokot.

Godzina 6 rano.  Spakowani, czekamy niecierpliwie w salonie bo lada moment ma zjawić się bus popularnie nazywany matatu, który zawiezie nas do Kacheliby. Czekamy, czekamy… potem jeszcze trochę czekamy. W końcu dwie i pół godziny później bus wreszcie podjeżdża,  a kierowca wita nas z uśmiechem, bez śladu zakłopotania. Czas afrykański – chyba musimy się przyzwyczaić:)

Cała podróż do Kacheliby trwała prawie 12 godzin i była okazją do podziwiania malowniczych krajobrazów Kenii. Zauważyliśmy, że życie toczy się głównie przy szosie: są tam sklepy, stragany, banki, nawet zwierzęta pasą się tuż przy drodze (głównie krowy, kozy i owce).

Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w miejscu, które najkrócej można scharakteryzować jako bar mleczny szybkiej obsługi. Atmosfera jak w domu, kucharka nalewała kawę z mlekiem z dużego dzbanka, rozlewając  przy tym sporo na blat ale nikt zdawał się tego nie zauważać.

Nasz wzrok przykuły zielono-żółto-czerwone soki ułożone na ladzie, bez większego zastanowienia kupiliśmy kilka.  „Soki” okazały się być mieszkanką musu z mango i awokado z dodatkiem soku z czerwonych buraczków. Smak? Interesujący, ale chyba wolimy tradycyjne mieszanki owoców:)

W miasteczku Kitale spotkaliśmy się z Ojcem Eutiqu, Kombonianinem z Filipin który jest proboszczem parafii w Kachelibie. Podczas przepakowania walizek  z matatu do vana, grupka dzieci podeszła do nas i poprosiła o pieniądze. Wtedy po raz pierwszy od naszego przyjazdu dotarło do nas jak ciężko ocenić czy powinnyśmy „dać pieniądze” i nakarmić głodnego czy raczej nie dawać wierząc, że bez zmiany polityki ale także postawy samych proszących o pieniądze,  nasza jednorazowa pomoc nic nie zmieni w życiu tych dzieci.

Z Kitale do Kacheliby jest ok 34km (3 godziny drogi), głównie po bardzo wyboistej górskiej drodze, o czym już wkrótce mieliśmy dobitnie się przekonać. Nie była to łatwa przeprawa. Dodatkowo nasze bagaże podskakiwały razem z nami przy każdym dołku i nierówności i zapewniały nam swoisty „masaż”. Jesteśmy bardzo wdzięczni Ojcu Eutiqu za życzliwość, troskę i jakby nie patrząc poświęcenie bo on tą trasę musiał pokonać dwa razy, a do najłatwiejszych z pewnością nie należała.

Tuż po kolacji udaliśmy się do naszych pokoi aby trochę odpocząć bo już jutro niedziela  i nasza pierwsza, prawdziwa afrykańska Msza Św.

Kenia – dotarliśmy!

„W życiu nie chodzi o czekanie aż burza minie…chodzi o to by nauczyć się tańczyć w deszczu.”

Takim zdaniem przywitała nas Kenia. To dosyć zabawne bo akurat jest tutaj pora deszczowa, czego przez cały 1 dzień pobytu nie doświadczyliśmy(ani kropli):)

Nasza podróż trwała 36 godzin. Spędziliśmy je głównie w samochodzie, na lotniskach i w samolotach. Lot upłynął w przyjemnej atmosferze, głównie dzięki niezwykle miłej obsłudze  stewardessy.  Z uśmiechem na ustach dbała o nas przez cały lot i co chwilę donosiła nowe posiłki. Na koniec pożegnała nas  i zapytała o cel podróży. Gdy dowiedziała się, że przyjechaliśmy na doświadczenie misyjne, życzyła nam dzielenia się  naszą radością z innymi – po takich słowach od razu cieplej na sercu.

Wrażenie zrobił na nas niezwykle malowniczy zachód słońca i niesamowity widok Sahary widziane z okna samolotu na wysokości 12 km i  temperaturze na zewnątrz -50stopni  Celsjusza. Gwiazd nie widzieliśmy, było zbyt ciemno:)

Gościnności Kenijczyków mogliśmy doświadczyć  tuż po wylądowaniu. Podczas pakowania  naszych 15 walizek do samochodu usłyszeliśmy „Happy Birthday” śpiewane przy samochodzie obok.

Także zaczęliśmy śpiewać.

Jakże miłym zaskoczeniem było, gdy tuż przed odjazdem podeszła do nas kobieta (najprawdopodobniej córka solenizantki – pewności nie mamy, bo nie zapytaliśmy) i wręczyła nam spory kawałek tortu 🙂

Kolejna niespodzianka czekała na nas w drodze do domu Misjonarzy Kombonianów. Tuż obok jezdni pasły się, niczym białoczarne polskie krowy, białoczarne kenijskie zebry.

Okazją do refleksji był widok slumsów, obok których przejeżdżaliśmy. Pomimo późnych godzin i ograniczonej widoczności, nie mogliśmy nie zauważyć ubóstwa i ciężkich warunków w jakich żyją ich mieszkańcy.

Jak dotąd (po pierwszym dnu) największym wyzwaniem  była „rozmowa” z młodzieżą bawiącą się na boisku przy parafii. Większość osób mówiła tyko w suahili i bardzo niewiele po angielsku. To zupełnie odwrotnie niż myJ Jednakże okazuje się, że gdy brakuje słów uśmiech wystarczy.

Jutro z samego rana ruszamy na zachód kraju do Kapenguri. To będzie kolejny dzień w podróży.

A dziś czeka nas jeszcze kolacja, której niewątpliwą atrakcją będą miniaturowe banany nazywane Lady’s Fingers (smakują jak połączenie jabłka z truskawką polanego cytryną, o zapachu gruszki).

Usiku Mwema!

IMG_2032

Kilka słów o naszej grupie

IMG_0165BMam na imię Krysia. Urodziłam i wychowałam się w Jaśle, w małym mieście na Podkarpaciu. W Krakowie mieszkam od pięciu lat, gdzie studiuję stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Jagiellońskim. Misje pojawiły się w moim życiu wcześnie, bo już w liceum, kiedy pierwszy raz usłyszałam o Misjonarzach Kombonianach na rekolekcjach w Rzeszowie. Od wielu lat działam w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, które dało mi możliwość pracy z młodymi ludźmi oraz doświadczenie radości bycia razem. Angażując się w działalność Ruchu Świeckich Misjonarzy Kombonianów na nowo odkryłam znaczenie wspólnoty i kolejny raz przekonałam się jak ważne jest składanie świadectwa wiary w codziennym życiu. Umocnienie jakiego doświadczyłam w Krakowie, poznawanie życia wspólnotowego oraz misyjnego sprawiły, że pojawiło się pragnienie wyjazdu do Afryki i podzielenia się tym co mam. Myślę, że wyprawa misyjna do Kenii pomoże mi utwierdzić się w odkrywanym przez siebie powołaniu.

 

Mam na imię Monika. Pochodzę z pięknej miejscowości Łużna, leżącej na południu Polski. Od kilku lat mieszkam i studiuję w Opolu. Aktualnie jestem na III roku fizjoterapii na Politechnice Opolskiej. Praca z ludźmi, dzielenie ich trosk i pomoc w pokonywaniu cierpienia – to właśnie to, z czym przychodzi mi się mierzyć każdego dnia. Moim pragnieniem jest niesienie pomocy właśnie tam, gdzie ludzie opuszczeni i najbardziej potrzebujący nie mają dostępu do opieki medycznej – to marzenie zaczynam spełniać od momentu poznania Misjonarzy Kombonianów, gdzie odbywam formację misyjną. Ogromną motywacją i wzorem postępowania są dla mnie słowa wypowiedziane przez św. Jana od Krzyża, że u schyłku życia sądzeni będziemy z miłości. Kiedy staniemy przed Bogiem twarzą w twarz, nic nie będą znaczyły ani nasze pieniądze, ani stopnie naukowe, ani sukcesy zawodowe. Liczyć się będzie tylko kapitał serca bezinteresownie ofiarowany Chrystusowi żyjącemu w ubogich. Liczyć się będzie nie to ile masz, ale ile dałeś. Mam nadzieję, że ta wyprawa misyjna pozwoli mi doświadczyć namiastki życia misyjnego i pomoże w odpowiedzi na pytanie: „Co dalej?”

 

Mam na imię Agnieszka, mieszkam w Rybniku, to nieduże miasto na Śląsku. W zeszłym roku skończyłam liceum i rozpoczęłam naukę na kierunku technik weterynarii. Pewnie zastanawiacie skąd pojawił się pomysł wyjazdu na misje? Mam wujka misjonarza. Był na misjach w Maroku, Boliwii, obecnie jest ponownie w Maroku. Co jakiś czas do nas przyjeżdża i opowiada o swoich przygodach i doświadczeniach misyjnych. Nie raz są to trudne i nieprzyjemne wydarzenia, ale mimo wszystko niesienie pomocy i Słowa Bożego innym, daje mu ogromną radość. Któregoś razu, gdy do nas przyjechał, poczułam chęć wyjazdu na misje i postanowiłam znaleźć jakąś organizację z którą mogłabym zrealizować to pragnienie. Wtedy usłyszałam o Kombonianach. Gdy pojechałam tam pierwszy raz panowała tam tak miła i rodzinna atmosfera, że niemalże natychmiast wiedziałam, że to właśnie z nimi chce wyjechać na misje. Nareszcie nadszedł czas wyjazdu na doświadczenie misyjne do Kenii, które mam nadzieje, że będzie dla mnie i dla osób, które tam spotkam bardzo owocnym czasem i upewni mnie, że Misje to jest to czemu chce poświęcić życie.

 

Ewelina

 

Mam na imię Ewelina i od prawie 26 lat chodzę po tym świecie z niejasnym przeczuciem, że czegoś chcę, ale nie wiem do końca czego. Odkąd uczestniczę w comiesięcznych spotkaniach formacyjnych u  Kombonianów, coraz częściej myślę, że bycie  Świecką Misjonarką to właśnie to czego chcę. W życiu zawodowym  zajmuję się rekrutacją, a  w wolnych chwilach śpiewam, uczę sie gry na pianinie i pływania.

 

 

 

 

Witajcie. Mam na imię Tomek i jestem Bratem Kombonianinem. Jestem ze Strzyżewa Kościelnego, pięknej wioski położonej w sercu wielkopolskiej ziemi. Do DSC04493Zgromadzenia wstąpiłem w 2001 roku i odtąd staram się ufać że każdą osobą którą spotykam, miejsca w których się znajduje, rzeczy które robię, ogólnie: wszystko to czym jest moje życie, są zaproszeniem Pana Boga mnie do bycia z Nim. Postulat, czyli pierwsze lata mojej formacji zrobiłem w Warszawie i Krakowie. Dalej był już nowicjat, w małym meksykańskim miasteczku Sahuayo. W 2008 złożyłem moje pierwsze śluby i wyjechałem do Kolumbii. Tam, w Bogocie, kończyłem studia, dzieliłem czas ze współbraćmi we wspólnocie i pomagałem tworzyć jedno z naszych czasopism: Aguiluchos. Również spotykałem się z dziećmi i młodzieżą na przedmieściach kolumbijskiej stolicy. Ileż się nauczyłem będąc z ludzi którzy, pomimo cierpienia i niesprawiedliwości, które są owocami toczącej się tam od lat wojny, mają serca otwarte, pomocną dłoń i często szczery uśmiech. Dzieląc się czasem, który jest mi dany z ludźmi, których pochodzenie, kolor skóry czy język nie mają większego znaczenia, staram się być, po prostu, bratem. Teraz jestem w Polsce i ufam że cosik dobrego z tego wyjdzie.

 

 

KrzysJestem o. Krzysztof i należę do zgromadzenia misjonarzy Kombonianów. Obecnie jestem odpowiedzialny za Świeckich Misjonarzy Kombonianów i pomagam młodym ludziom odkryć ich powołanie misyjne. Podczas wyjazdu będę przewodnikiem po Kenijskich drogach. Jest to kraj mi bardzo bliski, ponieważ spędziłem na tych ziemiach pięć lat. Na pewno naszym głównym celem będzie jedno – spotkanie z drugim człowiekiem, z kulturą i ze środowiskiem w jakim żyją.

 

Wyprawa 2016 – KENIA

WSPOMÓŻ NASZĄ WYPRAWĘ

Witamy Was wszystkich bardzo serdecznie.

W tym roku przygotowujemy się do wyjazdu na Doświadczenie Misyjne do Kenii. Nasza grupa składa się z młodych osób zakochanych w misjach i tych, którym los drugiego człowieka nie jest obojętny. Jesteśmy obecnie na etapie rozeznawania naszego powołania. Pragniemy poznać kraj misyjny, do którego być może wyjedziemy w przyszłości na dwuletni kontrakt do pracy misyjnej.

Poprzez nasz wyjazd pragniemy poznać pracę misyjną ojców, sióstr i osób świeckich. Pragniemy poznać ludzi między którymi pracują. Pragniemy poznać największe potrzeby tych ludzi. Pragniemy zobaczyć czy może Bóg nie powołuje właśnie mnie do takiej pracy.

Do Nairobi, stolicy Kenii przylecimy 11 sierpnia. Naszym pierwszym celem będzie odwiedzenie misji wśród plemienia Pokot. Jest to plemię pasterskie, które zamieszkuje zachodnią część Kenii przy granicy z Ugandą.

Najpierw spędzimy kilka dni w Kachelibie – odwiedzając ludzi i szkoły. Spotkamy się także z lokalną młodzieżą, gdzie będziemy mieli okazję podzielenia się naszym życiem, powołaniem i wiarą. Następnie udamy się do Amakuriat, gdzie pracuje nasz Polak, o. Maciej Zieliński. Jest to teren pierwszej ewangelizacji, gdzie najbardziej można poznać pracę misyjną. Spędzimy czas z uczniami szkoły średniej, Secondary Comboni School i szkoły podstawowej Alale Primary School, Kituti Primary oraz Nauyapong Primary. Odwiedzimy przychodnie prowadzoną przez siostry Kombonianki, sr. Gabrielę oraz różnego rodzaju projekty prowadzone przez Kombonianów. Jak czas pozwoli udamy się do Matany, do Przedszkola, które funkcjonuje dzięki wielu polskim dobroczyńcom.

Na początku września powrócimy do Nairobi i dołączymy do wspólnoty Kombonianów w Kariobangi. Do naszego wylotu tj. do 12 września staniemy się częścią Slumsu i toczącego się w nim życia. Odwiedzimy komboniańskie projekty, szkoły podstawowe i projekty dla Dzieci Ulicy. Odwiedzimy może już znany nam projekt w Kibiko, Napenda Kuishi – ośrodek resocjalizacyjny dla Dzieci Ulicy.

 

                Odwiedzając te miejsca, chcielibyśmy zostawić niewielką ofiarę na ich prowadzenie. Jeżeli ktoś z Was chciałby wesprzeć nasz wyjazd i dołożyć się do ofiar, które chcielibyśmy złożyć niektórym z tych projektów, może to zrobić wpłacając je na konto:

84 1050 1445 1000 0090 8005 9893

Koniecznie z dopiskiem „Kenia 2016”

Misjonarze Kombonianie, ul. Skośna 4, 30-383 Kraków

 

Jesteśmy Wam wdzięczni za każdy dar serca. Wszystkim, którzy nas wspomogą, po powrocie wyślemy mały upominek z Kenii.

 

Pozdrawiamy: Agnieszka, Ewelina, Kasia, Krysia, Monika, Tomek i Krzysiek