Archive for Wrzesień, 2016


Nairobi 1/09

Nie cała Afryka to gorąca pustynia. To wie nawet małe dziecko. Wiedzieliśmy i my.
Ale kiedy myśleliśmy o Kenii – kraju, przez który przechodzi równik, wyobrażaliśmy sobie tropikalną dżunglę, gorące, słoneczne poranki, burzowe popołudnia i pogodne wieczory. To była nasza wyobraźnia, a rzeczywistość? Dużo bardziej skomplikowana.
W Kenii są miejsca pustynne, takie jak Turkana, gdzie dobowa amplituda temperatury nie spada poniżej 30 stopni C. Są góry, takie jak w okolicy Amakuriat i wyższe z zielonym krajobrazem w czasie pory deszczowej i temperaturze w dzień w okolicy 25 stopni C. Jest i Nairobi – stolica kraju. Nairobi leży na podobnej wysokości jak Amakuriat – ok. 1600 m.n.p.m. ale temperatura oscyluje poniżej 20 stopni C. Jest więc chłodno, słońce pojawia się tylko gościnnie.
To był pierwszy szok z jakim musieliśmy się uporać po przyjeździe do miasta. Kolejny, (choć na niego byliśmy nieco przygotowani)to istnienie niezwykle biednych zaśmieconych slumsów przy jednoczesnym nowoczesnym centrum i dzielnicy dla najbogatszych gdzie domy przypominały raczej małe, strzeżone pałace. Trzecią rzeczą, do której musieliśmy się szybko przyzwyczaić było powietrze. Bardzo zanieczyszczone, było mieszanką spalin, dymów z ognisk rozpalonych na każdym kroku i smażonego jedzenia przygotowywanego na ulicy. O tym wszystkim mieliśmy się jednak dobitnie przekonać w ciągu następnych dni. Dziś zostaliśmy w Kariobangi i odwiedziliśmy niektóre z projektów prowadzonych przy parafii przez siostry Kombonianki. Pierwszym było „dispensary” czyli odpowiednik naszego ośrodka zdrowia. Najbiedniejsi pacjenci mogą przychodzić przez cały dzień płacąc symboliczne pieniądze za tygodniową rejestrację (oznacza to że za te pieniądze mogą odwiedzić lekarza przez pięć kolejnych dni). Siostra Julia pokazała nam też najnowszy nabytek ośrodka – rentgen. W tym momencie trwają poszukiwania radiologa, który podjąłby się pracy w tym miejscu. Po wycieczce po ośrodku poszliśmy poznać resztę sióstr. Po kawie i ciastku przyszedł czas na odwiedziny kolejnego projektu Kariobangi women promotion training institute. W wolnym tłumaczeniu to „Instytut promowania kobiet w pracy, Kariobangi”. Instytut utworzono w 1992 roku i ma na celu pomoc bezrobotnym kobietom w podniesieniu ich kwalifikacji zawodowych. Dostępne są dla nich trzy kursy: catering, fryzjerstwo & visage oraz krawiectwo ( kursy mogą trwać jeden rok bądź dwa lata).
Dla młodych mam istnieje możliwość przyjścia z dzieckiem (które nie przekroczyło 3,5 lat i zostawienie go w dziennej świetlicy. W poprzednich latach gdy sióstr było więcej pomoc finansowa regularnie była dostarczana przez sponsorów. Jednakże przy zmniejszonej liczbie powołań budżet był coraz mniejszy. Siostry nie chcąc stracić projektu musiały same wykazać się przedsiębiorczością, jakiej uczą swoje podopieczne. Stworzyły więc sklep, w którym można kupić ręcznie robione (farbowane tradycyjną metodą) chusty, obrusy, ubrania, figurki i pamiątki. Autorami są nauczyciele uczący w Instytucie. Na pół etatu uczą, na pół spędzają tworząc te małe arcydzieła. Z pieniędzy zebranych ze sprzedaży siostry są w stanie utrzymać projekt.

Po prawie dwóch tygodniach pełnego wrażeń pobytu, przyszedł czas na pożegnanie Amakuriat i plemienia Pokot, które je zamieszkuje. Dzień poświęciliśmy na ostatnie spacery i pakowanie walizek. Po południu poszliśmy zobaczyć wyjątkowe, okoliczne drzewo, bardzo ważne dla mieszkańców. Okazało się, że z owoców wykonuje się tradycyjne piwo i wino przygotowywane na miodzie, oba używane w czasie ważnych uroczystości.
Na pamiątkę część dziewczyn postanowiła uszyć sobie tradycyjne plemienne spódnice u miejscowej krawcowej. Okazało się że były gotowe już w parę godzin i dziewczyny zdążyły jeszcze w nich pospacerować. Spotkało się to z bardzo entuzjastyczną reakcją miejscowych i teraz już oficjalnie były „dziewczynami Pokot”.
Tuż po kolacji poszliśmy spać, bo następnego dnia o 4 rano mieliśmy wyruszyć w drogę powrotną do Nairobi.
W Makutanu – miasteczku gdzie przesiadaliśmy się do matatu, odwiedził nas sam właściciel firmy wynajmującej te popularne busy by osobiście życzyć nam udanej podróży. Po ustaleniu, że Polska nie jest częścią USA i naszym językiem urzędowym nie jest angielski, „pan właściciel” niezwykle czule się z nami pożegnał (zwłaszcza z dziewczynami) i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę:)
Późnym wieczorem, po prawie 16 godzinach jazdy, byliśmy już w Kariobangi gdzie spędzimy ostatnie dziesięć dni pobytu w Kenii.