Dziś, po raz pierwszy odkąd przyjechaliśmy do Nairobi mieliśmy okazję zobaczyć inną niż slumsy jego część. Już na początku podróży, naszą uwagę zwrócił matatu (bus), którym jechaliśmy. Cały obklejony plakatami w stylu lat 90 rozbrzmiewał muzyką reagge. Polecamy:).Po wymianie dolarów na szylingi kenijskie, która trwała prawie godzinę (najpierw pan kilkanaście razy sprawdzał czy na pewno dobrze policzył pieniądze, potem skonsultował wynik z jednym kolegą, następnie z drugim by na końcu stwierdzić, że pieniędzy jest za dużo i jedna osoba nie może tyle wymienić) udaliśmy się do scholastykatu Kombonianów. Scholastykat to miejsce, gdzie wszyscy przyszli ojcowie Kombonianie studiują teologię i odbywają swoje praktyki misyjne. Bardzo ciepło powitani przez ojca Stefano, tamtejszego formatora scholastyków, udaliśmy się do Girrafe Centre gdzie mogliśmy nakarmić te piękne i majestatyczne zwierzęta jakimi są żyrafy. Była opcja podania karmy z ust do ust ale nikt z nas nie był na tyle odważny aby z niej skorzystać. Ojciec Stefano przez 11 lat mieszkał w Polsce więc nie tylko mógł się z nami swobodnie porozumiewać się w naszym rodzimym języku, ale nawet kojarzył małe miejscowości, z których pochodzimy. Po obiedzie odwiedziliśmy muzeum Karen Blixen, znanej duńskiej pisarki i autorki m. in powieści „Pożegnanie z Afryką.” Główną część muzeum stanowił dom, w którym mieszkała Karen. Widać było w nim znaczne wpływy ówczesnej Europy, meble, zegar z kukułką, maszyna do pisania i telefon – wszystko sprowadzane ze starego kontynentu. W drodze powrotnej mieliśmy okazję do podziwiania zaradności Kenijczyków. W matatu brakowało jednej szyby i cały czas wpadało do środka niezbyt czyste powietrze. Nie był to jednak problem dla kontrolera biletów, który znalazł kawałek kartonu na ulicy i razem z pomocą nieco zaskoczonego pasażera włożył go w miejsce szyby:).