Archive for 4 września, 2016


Misjonarki Miłości 3/09

W jednej z zatłoczonych uliczek slumsów mieści się dom Sióstr Misjonarek Miłości. To właśnie tam spędziliśmy dzisiejszy dzień. Cały kompleks składa się ze szkoły, sierocińca, domu dla niepełnosprawnych dzieci i osobno dla niepełnosprawnych kobiet. Centrum naszego pobytu stanowił dom dla niepełnosprawnych dzieci gdzie pomagaliśmy przy różnych pracach domowych. Praliśmy i wieszaliśmy ubrania, składaliśmy świeżo wyschnięte rzeczy, myliśmy podłogę i ścieliliśmy łóżka. Po tym wszystkim przyszedł czas na karmienie małych podopiecznych . Nie było to łatwe zadanie, dzieci często miały problem z przełykaniem i wypluwały prawie każdy kęs. Posiłek jednej osoby trwał nawet kilkadziesiąt minut, a my byliśmy wyposażeni w fartuchy, które miały nas chronić przed pociskami składającymi się głównie z ryżu, marchewki i rozdrobnionych bananów.
Pomimo tak krótkiego czasu spędzonego z dziećmi zauważyliśmy jak ogromną pracę wykonują tam codziennie siostry oraz wolontariusze i wierzymy, że uśmiech i wdzięczność na twarzach podopiecznych choć w niewielkim stopniu wynagradzają im włożony w utrzymanie domu trud. Dodatkowym powodem do radości jest z pewnością kanonizacja błogosławionej Matki Teresy, która już jutro odbędzie się w Watykanie.

Dziś, po raz pierwszy odkąd przyjechaliśmy do Nairobi mieliśmy okazję zobaczyć inną niż slumsy jego część. Już na początku podróży, naszą uwagę zwrócił matatu (bus), którym jechaliśmy. Cały obklejony plakatami w stylu lat 90 rozbrzmiewał muzyką reagge. Polecamy:).Po wymianie dolarów na szylingi kenijskie, która trwała prawie godzinę (najpierw pan kilkanaście razy sprawdzał czy na pewno dobrze policzył pieniądze, potem skonsultował wynik z jednym kolegą, następnie z drugim by na końcu stwierdzić, że pieniędzy jest za dużo i jedna osoba nie może tyle wymienić) udaliśmy się do scholastykatu Kombonianów. Scholastykat to miejsce, gdzie wszyscy przyszli ojcowie Kombonianie studiują teologię i odbywają swoje praktyki misyjne. Bardzo ciepło powitani przez ojca Stefano, tamtejszego formatora scholastyków, udaliśmy się do Girrafe Centre gdzie mogliśmy nakarmić te piękne i majestatyczne zwierzęta jakimi są żyrafy. Była opcja podania karmy z ust do ust ale nikt z nas nie był na tyle odważny aby z niej skorzystać. Ojciec Stefano przez 11 lat mieszkał w Polsce więc nie tylko mógł się z nami swobodnie porozumiewać się w naszym rodzimym języku, ale nawet kojarzył małe miejscowości, z których pochodzimy. Po obiedzie odwiedziliśmy muzeum Karen Blixen, znanej duńskiej pisarki i autorki m. in powieści „Pożegnanie z Afryką.” Główną część muzeum stanowił dom, w którym mieszkała Karen. Widać było w nim znaczne wpływy ówczesnej Europy, meble, zegar z kukułką, maszyna do pisania i telefon – wszystko sprowadzane ze starego kontynentu. W drodze powrotnej mieliśmy okazję do podziwiania zaradności Kenijczyków. W matatu brakowało jednej szyby i cały czas wpadało do środka niezbyt czyste powietrze. Nie był to jednak problem dla kontrolera biletów, który znalazł kawałek kartonu na ulicy i razem z pomocą nieco zaskoczonego pasażera włożył go w miejsce szyby:).

Nie cała Afryka to gorąca pustynia. To wie nawet małe dziecko. Wiedzieliśmy i my.
Ale kiedy myśleliśmy o Kenii – kraju, przez który przechodzi równik, wyobrażaliśmy sobie tropikalną dżunglę, gorące, słoneczne poranki, burzowe popołudnia i pogodne wieczory. To była nasza wyobraźnia, a rzeczywistość? Dużo bardziej skomplikowana.
W Kenii są miejsca pustynne, takie jak Turkana, gdzie dobowa amplituda temperatury nie spada poniżej 30 stopni C. Są góry, takie jak w okolicy Amakuriat i wyższe z zielonym krajobrazem w czasie pory deszczowej i temperaturze w dzień w okolicy 25 stopni C. Jest i Nairobi – stolica kraju. Nairobi leży na podobnej wysokości jak Amakuriat – ok. 1600 m.n.p.m. ale temperatura oscyluje poniżej 20 stopni C. Jest więc chłodno, słońce pojawia się tylko gościnnie.
To był pierwszy szok z jakim musieliśmy się uporać po przyjeździe do miasta. Kolejny, (choć na niego byliśmy nieco przygotowani)to istnienie niezwykle biednych zaśmieconych slumsów przy jednoczesnym nowoczesnym centrum i dzielnicy dla najbogatszych gdzie domy przypominały raczej małe, strzeżone pałace. Trzecią rzeczą, do której musieliśmy się szybko przyzwyczaić było powietrze. Bardzo zanieczyszczone, było mieszanką spalin, dymów z ognisk rozpalonych na każdym kroku i smażonego jedzenia przygotowywanego na ulicy. O tym wszystkim mieliśmy się jednak dobitnie przekonać w ciągu następnych dni. Dziś zostaliśmy w Kariobangi i odwiedziliśmy niektóre z projektów prowadzonych przy parafii przez siostry Kombonianki. Pierwszym było „dispensary” czyli odpowiednik naszego ośrodka zdrowia. Najbiedniejsi pacjenci mogą przychodzić przez cały dzień płacąc symboliczne pieniądze za tygodniową rejestrację (oznacza to że za te pieniądze mogą odwiedzić lekarza przez pięć kolejnych dni). Siostra Julia pokazała nam też najnowszy nabytek ośrodka – rentgen. W tym momencie trwają poszukiwania radiologa, który podjąłby się pracy w tym miejscu. Po wycieczce po ośrodku poszliśmy poznać resztę sióstr. Po kawie i ciastku przyszedł czas na odwiedziny kolejnego projektu Kariobangi women promotion training institute. W wolnym tłumaczeniu to „Instytut promowania kobiet w pracy, Kariobangi”. Instytut utworzono w 1992 roku i ma na celu pomoc bezrobotnym kobietom w podniesieniu ich kwalifikacji zawodowych. Dostępne są dla nich trzy kursy: catering, fryzjerstwo & visage oraz krawiectwo ( kursy mogą trwać jeden rok bądź dwa lata).
Dla młodych mam istnieje możliwość przyjścia z dzieckiem (które nie przekroczyło 3,5 lat i zostawienie go w dziennej świetlicy. W poprzednich latach gdy sióstr było więcej pomoc finansowa regularnie była dostarczana przez sponsorów. Jednakże przy zmniejszonej liczbie powołań budżet był coraz mniejszy. Siostry nie chcąc stracić projektu musiały same wykazać się przedsiębiorczością, jakiej uczą swoje podopieczne. Stworzyły więc sklep, w którym można kupić ręcznie robione (farbowane tradycyjną metodą) chusty, obrusy, ubrania, figurki i pamiątki. Autorami są nauczyciele uczący w Instytucie. Na pół etatu uczą, na pół spędzają tworząc te małe arcydzieła. Z pieniędzy zebranych ze sprzedaży siostry są w stanie utrzymać projekt.