Tuż przed obiadem część naszej grupy (Agnieszka, Kasia i Ewelina) pojechała na 2 dni do wioski Lengorok. To był pierwszy raz, kiedy nocowaliśmy u miejscowej ludności, więc zapakowaliśmy wszystkie, według nas, niezbędne rzeczy (chusteczki nawilżane, płyn do dezynfekcji rąk, pastę i szczoteczkę do zębów) i razem z ojcem Maćkiem ruszyliśmy w drogę.
Bez wątpienia to były dwa dni pełne wrażeń.
Przed Lengorok odwiedziliśmy kaplicę w Katunataj. Na miejscu okazało się, że wszyscy poszli nad rzekę poić krowy, więc nie namyślając się długo dołączyliśmy do nich. „Rzeka” okazała się sporą kałużą o nieciekawym, błotnistym kolorze, w którym pływało krowie łajno. Katechista (osoba odpowiedzialna za wspólnotę, która organizuje i prowadzi modlitwy, dba o życie religijne w czasie nieobecności ojca) wyjaśnił nam, że z tego miejsca ludzie czerpią wodę nie tylko dla zwierząt, ale także wodę pitną!
Po wspólnej modlitwie przyszedł czas (to już chyba tradycja) na przedstawienie się i powiedzenie paru słów od siebie. Odkąd jedna z kobiet nadała nam tradycyjne imiona plemienia Pokot, zaczęłyśmy się nimi przedstawiać, co bardzo cieszy tutejsze wspólnoty, od razu czują się z nami bardziej związane. Wszystkie imiona nadawane dzieciom oznaczają czas, w którym coś się wydarzyło. I tak, nasze imiona to (pisownia fonetyczna):
Agnieszka – Czeroticz – urodzona, w czasie kiedy krowy wracały do zagrody; Ewelina – Czepto – urodzona w czasie kiedy w wiosce byli goście, Kasia – Czerop – urodzona w czasie, kiedy padał deszcz (imię bardzo popularne w porze deszczowej).
Modlitwa w Lengorok miała odbyć się następnego dnia, więc resztę popołudnia spędziliśmy na zabawie z dziećmi, które po początkowej nieufności traktowały nas jak swoje mamy, bawiły się, śmiały, ciągle było im mało. Ich rodzicielki były trochę zdziwione, że poświęcamy dzieciom tyle czasu, łaskoczemy je.
Na kolację podano nam znane już ugali z kapustą i kurczakiem. Kuchnia w wiosce jest bardzo szczególna, czasem można do niej wejść i nawet tego nie zauważyć. Kuchnia bowiem to trzy kamienie, na których kładzie się garnek a pod nim drewno i w sumie to tyle, jeśli chodzi o kuchnię…
Późnym wieczorem czekała na dzieci największa atrakcja, kino na świeżym powietrzu. Wszystkie z wielkim zainteresowaniem oglądały film „Jezus”, specjalnie przetłumaczony na język pokot. Noc spędziliśmy w tradycyjnym, plemiennym domu, nazywanym maniata. Spaliśmy na glinianych łóżkach, a rankiem budziło nas pianie koguta i meczenie kóz. Na śniadanie również zostaliśmy poczęstowani tradycyjnym „daniem” – herbatą z mlekiem i cukrem (wszyscy piją to jako śniadanie aby zapewnić sobie sprawność mózgu przez cały dzień).
Ciekawym doświadczeniem na takich wyjazdach do wiosek jest zawsze spotkanie z katechistami. Jako nieliczni mówią po angielsku, więc często tylko z nimi możemy zamienić więcej słów niż powitanie. Pytają nas o klimat w Polsce, czy studiujemy, jak wygląda życie w małżeństwie itp. Duże zainteresowanie (nie tylko wśród katechistów) budzi aparat ortodontyczny, który nosi Ewelina. Podczas pobytu w Legorok, jeden z katechistów był bardzo ciekaw, w jaki sposób zakłada się i ściąga aparat, czy można w nim normalnie jeść, jaki jest cel noszenia takiego cuda, i wreszcie ile kosztuje. Byli pod wrażeniem, że Ewelina już pracuje, a za zarobione pieniądze kupiła aparat i opłaca wizyty u ortodonty. Wydawało się nam, że zupełnie jasno wyjaśniłyśmy, że aparat nosi się dla zdrowia i urody. Jednakże, gdy skończyliśmy rozmowę, jeden z katechistów poprosił Agnieszkę (najmłodszą w naszym gronie, która dopiero zaczyna studia), aby po powrocie do Polski i ukończeniu edukacji koniecznie założyła sobie aparat, bo dzięki temu będzie….mądrzejsza i ładniejsza (chyba myśleli, ze aparat to rodzaj biżuterii). Następnie powinna wrócić do Afryki i wyjść za mąż. Hmmm….nie pamiętamy abyśmy wspominały, że aparat działa dobrze także na intelekt ale cała rozmowa rozbawiła nas do wieczora.
Następnego dnia czekało na nas jeszcze spotkanie i modlitwa ze wspólnotą z Lengorok. To co bardzo nas zaskoczyło ale i ucieszyło to niezwykła aktywność członków wspólnoty. Po wysłuchaniu Ewangelii każdy mógł podzielić się swoimi przemyśleniami, które katechista tłumaczył dla nas na angielski. To bardzo ciekawe, bo ci prości ludzie mieli bardzo głębokie spostrzeżenia na temat czytań.
Druga część grupy (Krysia, Monika i Tomek) wybrała się z ojcem Krzyśkiem do kaplicy w Sasak. Razem z katechistą Izaakiem odwiedziliśmy szkołę podstawową oraz pobliską wioskę. Ludzie przyjęli nas bardzo miło. Izaak zaprowadził nas do miejsca skąd tutejsi ludzie czerpią wodę. Po chwili wędrówki okazało się, że jest to wyschnięte koryto rzeki, gdzie często trzeba głęboko kopać aby wydobyć choć odrobinę wody. Gdy wróciliśmy do kaplicy zebrała się grupka ludzi. Po Eucharystii ojciec Krzysiek pobłogosławił przyniesione przez ludzi zbiory. Chwilę później byliśmy gotowi do drogi powrotnej. Wieczorem na misji czekała na nas miła niespodzianka. Brat Cezar przygotował dla nas typowe danie z Peru – lomo saltao w wersji kenijskiej: ziemniaki z mięsem guźca.

Reklamy