„W życiu nie chodzi o czekanie aż burza minie…chodzi o to by nauczyć się tańczyć w deszczu.”

Takim zdaniem przywitała nas Kenia. To dosyć zabawne bo akurat jest tutaj pora deszczowa, czego przez cały 1 dzień pobytu nie doświadczyliśmy(ani kropli):)

Nasza podróż trwała 36 godzin. Spędziliśmy je głównie w samochodzie, na lotniskach i w samolotach. Lot upłynął w przyjemnej atmosferze, głównie dzięki niezwykle miłej obsłudze  stewardessy.  Z uśmiechem na ustach dbała o nas przez cały lot i co chwilę donosiła nowe posiłki. Na koniec pożegnała nas  i zapytała o cel podróży. Gdy dowiedziała się, że przyjechaliśmy na doświadczenie misyjne, życzyła nam dzielenia się  naszą radością z innymi – po takich słowach od razu cieplej na sercu.

Wrażenie zrobił na nas niezwykle malowniczy zachód słońca i niesamowity widok Sahary widziane z okna samolotu na wysokości 12 km i  temperaturze na zewnątrz -50stopni  Celsjusza. Gwiazd nie widzieliśmy, było zbyt ciemno:)

Gościnności Kenijczyków mogliśmy doświadczyć  tuż po wylądowaniu. Podczas pakowania  naszych 15 walizek do samochodu usłyszeliśmy „Happy Birthday” śpiewane przy samochodzie obok.

Także zaczęliśmy śpiewać.

Jakże miłym zaskoczeniem było, gdy tuż przed odjazdem podeszła do nas kobieta (najprawdopodobniej córka solenizantki – pewności nie mamy, bo nie zapytaliśmy) i wręczyła nam spory kawałek tortu 🙂

Kolejna niespodzianka czekała na nas w drodze do domu Misjonarzy Kombonianów. Tuż obok jezdni pasły się, niczym białoczarne polskie krowy, białoczarne kenijskie zebry.

Okazją do refleksji był widok slumsów, obok których przejeżdżaliśmy. Pomimo późnych godzin i ograniczonej widoczności, nie mogliśmy nie zauważyć ubóstwa i ciężkich warunków w jakich żyją ich mieszkańcy.

Jak dotąd (po pierwszym dnu) największym wyzwaniem  była „rozmowa” z młodzieżą bawiącą się na boisku przy parafii. Większość osób mówiła tyko w suahili i bardzo niewiele po angielsku. To zupełnie odwrotnie niż myJ Jednakże okazuje się, że gdy brakuje słów uśmiech wystarczy.

Jutro z samego rana ruszamy na zachód kraju do Kapenguri. To będzie kolejny dzień w podróży.

A dziś czeka nas jeszcze kolacja, której niewątpliwą atrakcją będą miniaturowe banany nazywane Lady’s Fingers (smakują jak połączenie jabłka z truskawką polanego cytryną, o zapachu gruszki).

Usiku Mwema!

IMG_2032

Reklamy