Jak już o.Maciek napisał – podczas pobytu w Amakuriat nie mieliśmy dostępu do Internetu. Zapraszamy więc do nadrobienia zaległości przez lekturę poniższej relacji podsumowującej nasz pobyt w tym urokliwym miejscu. 🙂

9 sierpnia

Wyjechaliśmy z Nairobi o świcie. Naszym środkiem transportu było matatu – coś na wzór polskiego busa. Podróż (głównie przespana) minęła zadziwiająco szybko – nim się obejrzeliśmy, nastały godziny popołudniowe i byliśmy w Kitale. Tam przesiedliśmy się do kolejnego matatu, tym razem już do Amakuriat. Od tego momentu podróż stała się bardziej wymagająca – równy, w miarę gładki asfalt zamienił się w piaszczystą i BARDZO wyboistą drogę. W tych „skocznych” klimatach dojechaliśmy około północy do Amakuriat. Na miejscu powitał nas o. Titus, przyjaciel o. Maćka z czasów nowicjatu w Peru, aktualnie przebywający na tutejszej placówce. Zmęczeni, od razu zabraliśmy się za odsypianie podróży.

10 sierpnia

Od następnego dnia rozpoczęliśmy „pełną parą” naszą przygodę w Amakuriat. Poznaliśmy resztę lokalnej wspólnoty,  o. Tomasa, br. Cesara, scholastyków Piusa i Christophera oraz mieszkające po sąsiedzku siostry kombonianki: s. Gabriela, s. Rosa, s. Irene oraz s. Inez. Przede wszystkim jednak poszerzaliśmy swoją wiedzę o tym całkowicie innym niż Korogocho miejscu.
Amakuriat to ogromna, długa na ok. 90 km i szeroka na 30 km parafia, w skład której wchodzi również wioska o tej samej nazwie, w której aktualnie przebywamy. Parafia znajduje się na terenach typowo naturalnych i rolniczych – zdecydowaną większość terenu stanowią lasy, sporadycznie pojawiają się małe wioski. Teren ten zamieszkuje ludność plemienia Pokot. Jest to plemię pasterskie, trudniące się wypasem zwierząt i pracą na roli. Miejscowi misjonarze służą dla nich pomocą przede wszystkim duszpasterską, jeżdżąc po okolicznych kaplicach, by odprawiać Mszę Świętą i udzielać sakramentów, ale również prowadzą szkoły, kliniki medyczne itp. Pobyt tutaj będzie jest dla nas okazją do zobaczenia misji trochę odmiennej od tej w Korogocho.
Pierwszego dnia po przyjeździe uczestniczyliśmy we Mszy Świętej w kościele w Amakuriat. Ponownie urzekł nas zapał i zaangażowanie Afrykańczyków w przeżywanie liturgii. Mogliśmy zaobserwować wśród wiernych elementy folkloru plemienia Pokot, np. charakterystyczny ubiór. Zostaliśmy również przywitani przed całą wspólnotą, podobnie jak w St. John. Po południu udaliśmy się na kolejną Mszę, tym razem poza Amakuriat, do kaplicy we wiosce o nazwie Kalapata, wysoko w górach. Dotarliśmy tam pick-upem, prowadzonym przez o. Titusa. Podczas jazdy na pace mogliśmy podziwiać piękno okolicy – imponujące widoki podczas wjeżdżania na szczyt zapierały dech w piersiach. Na miejscu, po Mszy Świętej spędziliśmy czas na poznawaniu się i zabawie z tamtejszą ludnością Pokot.

11 sierpnia

Poniedziałkowe przedpołudnie spędziliśmy na poznawaniu tutejszej placówki kombonianów. Podczas zwiedzania dowiedzieliśmy się jak funkcjonuje tutejsza gospodarka, zobaczyliśmy wraz z siostrami ogród, oraz poznaliśmy strukturę tutejszej działalności edukacyjnej i medycznej. Siostry kombonianki prowadzą tutaj przedszkole oraz internat dla starszych dzieci, które uczęszczają już do szkół. Co się tyczy opieki medycznej – działa tu przychodnia, którą zarządza s. Gabriela, oraz laboratorium. Zobaczyliśmy na własne oczy siostrę przy pracy, oraz długą kolejkę pacjentów czekających na wejście.

Po południu udaliśmy się wraz w odwiedziny do chorych i potrzebujących, a konkretnie dwóch samotnych kobiet. Dotarcie na miejsce nie było rzeczą najłatwiejszą – po dojechaniu do pewnego momentu pick-upem musieliśmy dalej iść pieszo. Gdy już byliśmy u celu, naszym oczom ukazała się bardzo mała, zbudowana z gliny i pokryta słomą chatka. Wewnątrz jedna, bardzo mała izba, w której żyja kobieta o imieniu Sabina, wraz z dwójką wnucząt. O. Titus powiedział nam, że Sabina została opuszczona przez bliskich i pozostawiona na pastwę losu. Na dodatek ma coraz większe problemy ze wzrokiem. Słuchanie o tym wszystkim i obserwowanie warunków życia Sabiny wstrząsnęło nami do głębi – szokujące było to, że mimo tylu przeciwności daje sobie radę, na dodatek opiekując się małymi dziećmi. Podobne odczucia mieliśmy przy drugich odwiedzinach u kobiety imieniem Mary. Jest bardzo chora, w dzieciństwie miała wodogłowie. Cudem jest, że wciąż żyje. Bardzo nas zszokowała jej głęboka wiara, jaką okazała, ciesząc się, dziękując Bogu, że przyszliśmy i błogosławiąc nas. Widok chorowitej kobiety, ale uradowanej prawie do łez z naszych odwiedzin ponownie wprawił nas w refleksję – jak niewiele trzeba, żeby uszczęśliwić drugiego człowieka? U obu kobiet zostawiliśmy również dary, które dzień wcześniej zostały przyniesione pod ołtarz podczas Mszy Świętej. Bardzo spodobał nam się fakt, że owe produkty są rozprowadzane wśród tych, którzy ich najbardziej potrzebują.

12 sierpnia

We wtorek rano mieliśmy spotkanie z o. Tomasem na temat parafii. Dowiedzieliśmy się jak powstała, jej struktury, funkcjonowanie i problemy, z jakimi się zmaga. Jednym z nich jest brak współpracy z większością misji protestanckich. Innym trudnym wyzwaniem jest przekonanie tubylców do zmiany pewnych rdzennych, sprzecznych z nauką Kościoła tradycji, np. poligamii. Po konferencji udaliśmy się na spotkanie lokalnej jumui, czyli małej wspólnoty chrześcijańskiej. Poznaliśmy na niej między innymi Samuela, który jest lokalnym katechistą. Podzieliliśmy się odczuciami co do niedzielnej Ewangelii, a następnie spędziliśmy wspólnie czas na rozmowach i poznawaniu się nawzajem. Ponownie uderzyła nas niesamowita gościnność i otwartość Afrykańczyków na drugiego człowieka. Widać to również w czasie podróżowania pick-upem, gdy mijamy po drodze wielu obcych ludzi, z których zdecydowana większość pozdrawia nas ochoczo machaniem ręki. Zgodnie stwierdziliśmy, że jest to ogromny kontrast w stosunku do naszej, polskiej mentalności.
Po spotkaniu udaliśmy się do pobliskich kopalń złota. Tak, złota! 🙂 Jest go tu bardzo niewiele, ale jednak na tyle, by jego wydobywanie było skromnym źródłem zarobku dla tutejszych. Zobaczyliśmy jak pracownicy, po długim czasie przebywania pod ziemią wydobywają z wykopanych tuneli worki z pyłem, który następnie jest żmudnie płukany w celu znalezienia choć drobinki cennego metalu. Z powodu obecnych tu złóż powstała tu wioska, której mieszkańcy żyją tylko z wydobywania. Zszokował nas fakt, że mieszkańcy tej wioski nie mają praktycznie żadnej innej opcji – muszą pracować. Porównywaliśmy swoje dzieciństwo, podczas którego mieliśmy czas i możliwość być dziećmi z dzieciństwem mieszkańców owej wioski, którzy od wczesnych lat życia są zmuszani przez sytuację materialną do pracy. Ciężkiej pracy, która jest ich jedynym światem pośród biedy życia w buszu.

13 sierpnia

Kolejna podróż pick-upem, kolejne zwiedzanie. Tym razem udaliśmy się do innej większej stacji misyjnej, oddalonej o ok. 1,5 h drogi pick-upem od Amakuriat. Po drodze zwiedziliśmy także liceum założone przez kombonianów. Obok stacji znajduje się również placówka sióstr franciszkanek, gdzie zostaliśmy ugoszczeni przez s. Mary. Ciekawym doświadczeniem było spotkanie misjonarki ukształtowanej w innym charyzmacie, ale którą jednocześnie łączy z pozostałymi misjonarzami ten sam cel – pomoc i służenie najuboższym i dzielenie się z nimi wiarą.

14 sierpnia

Czwartek był dniem bardzo intensywnym i pełnym wrażeń – zaraz po porannej Mszy Świętej zapakowaliśmy się na pick-up i ruszyliśmy aż do Ugandy! Naszym celem była miejscowość Matany, gdzie pracuje Danusia, polska Świecka Misjonarka Kombonianka. Podróż zajęła nam ok. 3 godziny. Na miejscu, po przywitaniu się z Danusią, oraz po poznaniu o. Johna Bosco, miejscowego kombonianina, rozpoczęliśmy zwiedzanie miejscowej misji. Pierwszym punktem było przedszkole w Matany, gdzie zostaliśmy oficjalnie powitani i przedstawieni. To na potrzeby tej właśnie placówki prowadzona była ponad rok temu akcja „Przedszkole w Matany”. Gdy rodzice, którzy w momencie naszego przyjścia przebywali w przedszkolu, usłyszeli o przybyciu grupy, która była zaangażowana w ową akcję, zaczęli nam z całego serca dziękować za dobroć i błogosławić. Widok szczerej, dozgonnej wdzęczności u przemawiających był dla nas niesamowicie budującym przeżyciem.
Następnie zwiedziliśmy szpital, gdzie pracuje Danusia, zajmując się fizjoterapią. Ogromny jak na afrykańskie standarty budynek zrobił na nas spore wrażenie. Zwiedzając poszczególne oddziały poznawaliśmy również ludzi tam pracujacych, w tym np. Francisa, Szwajcara, który wraz z żoną i dziećmi już od paru lat wyjechał na misje i pracuje w szpitalu jako chirurg.
Po lunchu udaliśmy się do pobliskiej wioski na spotkanie z rodziną z plemienia Karimojong. Zostaliśmy miło ugoszczeni chłodnymi napojami oraz lokalnym przysmakiem. Ciężko go porównać do czegoś polskiego; było to coś w rodzaju masy, której składnikami były między innymi: sezamy, nasiona ogórków, orzechy, suszone mięso, krowi tłuszcz i… białe mrówki! Na szczęście, mimo dość nietypowego ostatniego składnika, potrawa nam bardzo posmakowała. Podczas spotkania rozmawialiśmy o kulturze i zwyczajach plemienia Karimojong. Ani się nie obejrzeliśmy, a trzeba było już wracać. Pożegnaliśmy się z Daną i ruszyliśmy czym prędzej  z powrotem na kenijski ląd.
Wieczorem uczestniczyliśmy jeszcze w nocnym czuwaniu z okazji Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ponownie doświadczyliśmy zachwytu nad pobożnością afrykańskich wiernych – kościół pękał w szwach, a nawet po zakończeniu czuwania aż do rana dobiegały z niego głośne śpiewy.

15 sierpnia

W ostatni dzień pobytu w Amakuriat mieliśmy czas wolny. Podzieliliśmy się na dwie grupy:

O. Maciek, Piotrek, Magda i Kasia udali się na całodzienną, pieszą wyprawę po okolicy. Ich celem było ponowne odwiedzenie Kalapaty. Zostali ugoszczeni przez miejscowych herbatą, przy okazji wykorzystując w rozmowach podstawy suahili. Wyprawa zajęła cały dzień – wrócili zmęczeni lecz zadowoleni.

Natomiast pozostała część ekipy, a więc s. Ula, Maciek, Zuza, Fabio i Peter, nasz przewodnik, zostaliśmy w Amakuriat. Fabio szybko został zwerbowany do pomocy przy awarii akumulatora dzięki swojemu inżynierskiemu wykształceniu, Peter postanowił uczestniczyć w katechezach dla młodych prowadzonych przez o.Titusa, a my postanowiliśmy udać się do pomocy w laboratorium przy klinice s. Gabrieli. Na miejscu zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci przez Simona i Kevina, pracowników laboratorium. Dostaliśmy zajęcie przy prowadzeniu rejestru pacjentów, gdzie wpisywaliśmy ich dane, choroby, pod kątem których wykonywane są badania oraz ich wyniki. Oprócz tego mogliśmy ujrzeć tajniki przeprowadzania testów, jak ocenia się obecność i poziom zaawansowania malarii i innych chorób, obejrzeć sprzęt laboratoryjny itp. Było to bardzo ciekawe i pouczające doświadczenie.

Wieczór spędziliśmy już wszyscy razem na pożegnalnych rozmowach ze wspólnotą. Tydzień  pobytu w Amakuriat minął nam jak z bicza strzelił i już trzeba było się zbierać do powrotu. Dziękujemy Bogu za ten niesamowity czas i doświadczenie jakie w jego trakcie nabyliśmy.

16 sierpnia

Po ok. 16-sto godzinnej podróży dotarliśmy do Korogocho późnym popołudniem. Zostaniemy tu już do końca naszego pobytu w Kenii. Tym samym półmetek naszego doświadczenia już za nami – powoli podsumowujemy to, co się do tej pory wydarzyło, będąc jednocześnie otwartymi na to wszystko, co wciąż przed nami.