5 sierpnia

Pierwszym punktem dzisiejszego dnia była krótka wizyta w szkole podstawowej przynależącej do St. John. Sporą część jej uczniów stanowią dzieci uczestniczące w terapii w Boma Rescue. Poznaliśmy jej dyrektora, Claudio, który opowiedział nam o placówce. Trafiliśmy akurat na ostatnie dni przed zakończeniem semestru, więc nie było już lekcji, a dzieci miały czas wolny na zabawę. Odwiedziliśmy również szkolną bibliotekę, po której oprowadzał nas Kevin.

Po spędzeniu czasu na zabawie z uczniami St. John School, udaliśmy się do ośrodka Napenda Kuishi („Kocham żyć”) w Korogocho. Jest to ośrodek bardzo blisko związany z Boma Rescue i tak jak on przeznaczony jest dla dzieci ulicy, z tą różnicą, że do niego jednak dzieci, które okazują się być zbyt trudnymi przypadkami, by przebywać w Boma Rescue. Głównie tyczy się to uzależnień. Istnieją dwa takie ośrodki: jeden tu w Korogocho, drugi, o tej samej nazwie, w Kibiko, miejscowości nieopodal Nairobi. Gdy tylko weszliśmy i zobaczyliśmy dzieciaki, od razu wiedzieliśmy, że sprawa ma się tu o wiele gorzej niż w Boma Rescue. Niektóre nie różniły się za wiele od tych z wczorajszego ośrodka: były bardzo żywe, miłe i owocne do współpracy przy zabawach. Nie dało się jednak przejść obojętnie obok paru starszych chłopaków, którzy odurzeni klejem lub innym narkotykiem leżeli bez ruchu na ławkach, lub chodzili między nami, krzyczeli i przeszkadzali. Bardzo zdziwił nas fakt, że w ośrodku, którego jednym z głównych celów jest pomoc podopiecznym w wyjściu z nałogu, nie ma bezwzględnego zakazu spożywania środków odurzających, a jedynie informowanie o ich szkodliwości i zachęcanie do ich rzucenia. Doszliśmy jednak do wniosku, że pozostawienie dzieciom wolnego wyboru i cierpliwa praca nad tym, by ten wybór był właściwy, może przynieść lepsze i trwalsze owoce niż przymuszanie ich do wypełniania nakazów, których i tak by nie przestrzegały.

Pozostałą część pobytu w ośrodku stanowiła zabawa i integracja z dzieciakami. Jedną z jej form był mecz piłki nożnej rozegrany nieopodal ośrodka.

Wieczorem, podczas przygotowywanie kolacji, miłośników gotowania czekała nie lada gratka: Mama Mary przyszła do nas i uczyła nas jak przyrządzać ciapati – to miejscowy przysmak pochodzenia indyjskiego, bardzo podobny do naszego naleśnika, jednak grubszy, twardszy i bardziej „na słono”. Wyszło wyśmienicie!

I tak, nawet nie wiedząc kiedy, minęło nam już 5 dni naszego pobytu w Kenii. A przed nami jeszcze wiele doświadczeń! Czekamy z niecierpliwością na to, co przyniesie jutro🙂