2 sierpnia

Nairobi. Aktywna turystycznie, tętniąca życiem stolica Kenii. Miejsce, gdzie wielu europejczyków wyjeżdża na wakacje, posiada luksusowe wille, w których spędza urlop, korzysta z miejscowych dobrodziejstw, itp. To miejsce kryje w sobie jednak coś więcej, coś, co nie jest zauważalne na pierwszy rzut oka. Coś o czym nie warto tutaj nawet mówić: ogromne tereny slumsów.

Korogocho, miejsce, gdzie aktualnie przebywamy i gdzie Kombonianie mają swoją placówkę i parafię, to nazwa jednego z nich. Wyobraź to sobie: ok. 120 tys. mieszkańców przypadających na 1 kilometr kwadratowy; mieszkają w klepiskach z blachy i gliny, w ogromnej ciasnocie, brudzie, bez środków do życia i perspektyw. Na ulicach, brudnych od ścieków i śmieci, biega pełno dzieci w obdartych, brudnych ubraniach, zapewne część z nich to sieroty. Narkomania i alkoholizm to także jedno z wielu powszechnych tu problemów. W tym właśnie miejscu, pośród tych ludzi, mieszka wspólnota Kombonianów, służąc tutejszym wszelką pomocą. W tym właśnie miejscu spędzimy większość naszego pobytu w Kenii, obserwując i poznając pracę tutejszych misjonarzy, oraz doświadczając kontaktu z miejscowymi, szczególnie tymi najbardziej potrzebującymi.

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy od Mszy Świętej w kaplicy. O. Maciek Zieliński podczas kazania przypomniał nam, żebyśmy byli otwarci na czekające nas doświadczenie, na to co Bóg chce nam przez nie powiedzieć. Po śniadaniu udaliśmy się do kościoła w Kariobangi – to parafia Kombonianów, do której należy Korogocho. Idąc slumsem szybko zdaliśmy sobie sprawę, że anonimowy spacer jest tutaj niemożliwy; biały (mzungu) zwraca zbyt dużą uwagę. Ze wszystkich stron nadbiegały okrzyki dzieci witające nas łamanym „How are you?!”. Odważniejsze z nich podbiegały i chwytały nas za dłonie, bądź przybijali piątki. Kontakt z mzungu był dla nich niesamowitym przeżyciem. Uderzyło nas to, że można w tak prosty sposób uszczęśliwić drugiego człowieka. Czasem wystarczy po prostu zwrócić na niego uwagę.

Po dotarciu na miejsce poznaliśmy lokalną wspólnotę, w tym o. Filippe, który opowiedział nam o funkcjonowaniu parafii. Jest ona podzielona na cztery części, które same w sobie tworzą odrębne parafie, jednak wciąż stanowiące całość. Kariobangi jest centralną, główną częścią parafii. Jedną z pozostałych „stref” jest właśnie Korogocho, z Kaplicą pod wezwaniem Świętego Jana Chrzciciela (St. John the Babtist). W tej kaplicy uczestniczyć będziemy jutro w Mszy Świętej.

Podczas pobytu w Kariobangi zwiedziliśmy również niektóre projekty działające przy parafii. Dotyczą one różnych potrzeb: medycznych, socjalnych, finansowych, edukacyjnych, posługi w Kościele, itp. Wszystko to bardzo mocno angażuje ludzi świeckich, którzy współpracują ze sobą, spotykają się co tydzień na wspólnych spotkaniach i modlitwach.

Późnym popołudniem, podczas odpoczynku na misji, usłyszeliśmy za drzwiami krzyki i śpiew dzieci. Po wyjściu na zewnątrz w mig zostaliśmy otoczeni przez grupę radosnych, roześmianych dzieciaków. Nie znali angielskiego, mówili tylko w suahili, co na początku nas trochę krępowało, jednak szybko okazało się, że niepotrzebnie. Cieszyło ich to, że mogliśmy się z nimi pobawić, poskakać, wziąć na ręce. Bardzo interesowały je również nasze włosy – nieustannie je głaskali i dotykali. Było to dla nas źródłem ogromnej radości, lecz również szoku i niedowierzania. Widok brudnego dziecka w podartym ubraniu, zapewne jedynym jakie posiada, ale jednocześnie prawdziwie, szczerze szczęśliwego dotknął nas do głębi.

Ostatnim punktem dzisiejszego dnia była adoracja Najświętszego Sakramentu w St. John. Podczas modlitwy mogliśmy m.in. posłuchać lokalnych śpiewów w suahilli. Ciekawym zwyczajem, którego byliśmy świadkami, była możliwość wypowiedzenia głośno próśb wobec pozostałych uczestników adoracji. Wzmacnia to poczucie wspólnoty i ufności pokładanej w pozostałych wiernych.

Tym sposobem nasz pierwszy pełny dzień na Afrykańskiej ziemi jest już za nami. Mimo, że to dopiero początek, już jesteśmy pełni wrażeń i z niecierpliwością czekamy na to, co przyniosą kolejne dni.