Archive for Wrzesień, 2013


Cud stworzenia

Dzisiaj Bóg dał nam się poznać jako niesamowity Stwórca. W ramach głębszego poznania rzeczywistości, w której aktualnie się znajdujemy, udaliśmy sie na safari! Nie sposób opisać naszego zachwytu – nawet zdjęcia są marnym odbiciem raju, którego mieliśmy okazję zasmakować. W porównaniu z ogromem i pięknem natury człowiek wydaje się taki malutki! Płynęliśmy Nilem, jechaliśmy na dachu terenówki, widzieliśmy zdumiewające wodospady, spotkaliśmy słonie, żyrafy, hipopotamy, krokodyle, antylopy i nie tylko. Jedna małpa prawie ukradła nam plecak, ale dzięki szybkiej reakcji ojca Maćka udało jej się porwać tylko skórki po bananach. Jak widać, daliśmy się dzisiaj zaskoczyć nie raz.

Good morning! You’re welcome!

Tym radosnym okrzykiem przywitały nas siedzące w szkolnych ławkach dzieci. Dzisiaj wcieliliśmy się bowiem w rolę ich nauczycieli. Przyszliśmy do klas, by przeprowadzić lekcje. Starsze dzieci sprawnie wykonywały rękodzieła, a młodsze z ochotą kolorowały oraz robiły wycinanki z bibuły i papieru. Odniesiony sukces pedagogiczny sprawił, że wielu z nas pomyślało o przekwalifikowaniu się na zawód nauczyciela! Zdecydowaliśmy się także na ambitny plan zaśpiewania z dziećmi pieśni „Czarna Madonno”, „Taki duży taki mały”. Pierwsza lekcja muzyki już w czwartek! Życzcie nam powodzenia i trzymajcie kciuki!
Wieczorem odbyła się kolejna odsłona kina plenerowego. „Krecik” i „ Reksio” zrobiły furorę! Kiedy Łukasz zaproponował obejrzenie „Boba Budowniczego”, jeden z widzów zapytał: „Bob? A co to za zwierzątko?”.
„W zdrowym ciele zdrowy duch”! Ugandyjczycy doskonale o tym wiedzą. Codziennie zapraszają mnie na boisko, by zagrać ze mną w piłkę nożną. Jest to dla mnie podwójna radość, ponieważ chłopcy przyjęli mnie jako dziewczynę i zaakceptowali jako białą – muzungu. Wszyscy jesteśmy w jednej drużynie!
Jadzia

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Witaj Szkoło!

16 września to dla dzieci w Ugandzie dzień powrotu do szkoły na trzeci semestr nauki. Rok szkolny nie trwa tu dwa semestry jak w Polsce, ale właśnie trzy. Dzieci zaczynając teraz szkołę skończą ją w grudniu i po dwóch miesiącach rozpoczną kolejny rok szkolny.
Edukacja w Ugandzie na pierwszym etapie (czyli w Primary School) trwa siedem lat. Kończy się egzaminem, od którego zależy czy uczeń będzie mógł iść do Secondary School. Niestety, ale często jest tak, że dzieci nie zdają go i nie kontynuują nauki. Secodary School trwa sześć lat i jest podzielona na dwa etapy: cztery lata Ordinary level i dwa lata poziomu Advance. Cały ten czas kończy się egzaminem podobnym do naszej matury.
Istotne jest napisanie, że edukacja w Ugandzie jest płatna. Oficjalnie Podstawówka jest za darmo, ale rzeczywistość wygląda inaczej.
W St. Jude mogliśmy zobaczyć przygotowania do rozpoczęcia nauki w przedszkolu i Primary School (na terenie naszego ośrodka funkcjonują obie placówki). Od samego rana mamki prasowały dzieciom mundurki, myły buty, pomagały w pakowaniu plecaków. O godzinie 7.30 rozpoczynały się zajęcia. Trwały one do 16-18. W międzyczasie dzieci miały kilka małych przerw i 1 godz. na lunch. Po lekcjach wszyscy radośnie wrócili do domów.
P.S Dzisiaj uzyskaliśmy łączność ze światem (Internet) więc dodajemy również zdjęcia z poprzednich dni.

Trwanie w obecności

Od czasu naszego przyjazdu do Ugandy minęły ponad 2 tygodnie. To jednak pierwsza niedziela, a jednocześnie jedyna, którą spędziliśmy z dziećmi w Gulu. Za tydzień jedziemy do Danusi, naszej świeckiej misjonarki, która pracuje w Matany Hospital, a za 2 tygodnie będziemy już w Polsce. Czas nieubłaganie płynie. Rano wybraliśmy się do katedry na uroczystą Mszę świętą, która miała być sprawowana przez Nuncjusza Apostolskiego, ale niespodziewanie musiał on wrócić do Kampali. Zastąpił go arcybiskup Gulu John Baptist Odoma. Już teraz wiem, że będzie mi bardzo brakować radosnego i głębokiego przeżywania Eucharystii. Tutaj nie czas jest wyznacznikiem celebrowania Mszy, lecz prawdziwe trwanie w obecności Boga. Dziś też nasza kochana Agatka ze wspólnoty miała urodziny. Nie zabrakło życzeń, laurek i dobrych słów od dzieci, które cały dzień śpiewały: Happy Birthday Dear Agata. Popołudniu była zabawa taneczna. Podobno jest tu w każdą niedzielę. Będzie nam bardzo brakowało dzieci i myślę, że ze wzajemnością. Krysia

Ps. Niestety nadal nie mamy bezpośredniego dostępu do internetu. Dlatego wpis jest pozbawiony zdjęć. Postaramy się to nadrobić!

Czas mija…

Możemy stwierdzić, że jesteśmy już na półmetku naszej wyprawy misyjnej. Ten czas podsumowaliśmy na dniu skupienia w jednym z ośrodków Kombo w Laiybi. Rozważaliśmy słowa dzisiejszej Ewangelii, wymieniliśmy opinie na temat przeżytych do tej pory doświadczeń oraz pochylaliśmy się nad planami na bliższą i dalszą przyszłość. Ostatnie 2 tygodnie spędzone w Gulu
bez wątpienia zmieniają serca i umysł. Codzienny kontakt z najbiedniejszymi i chorymi, proszącymi o odrobinę miłości, bardzo wyczula wrażliwość. Mogę stwierdzić, iż każdy dzień spędzony w tym miejscu wpłynie na moje życie codzienne i przyszłość. Osobiście czekam na dalsze doświadczenia, którymi bez wątpienia będę chciał się podzielić z wami w Polsce. Pozdrawiam. Michał.

Codziennie doświadczamy, że nasza obecność w Ugandzie jest zauważalna i budzi zainteresowanie tutejszych mieszkańców. Sami zadajemy sobie pytanie dlaczego tak jest i czemu ci wszyscy ludzie chcą się z nami spotykać ??? – to właśnie jest nasze europejskie myślenie. Nas to dziwi, a dla nich to całkowicie normalne, że obcy ludzie przyjmowani i goszczeni są jak najlepsi przyjaciele. Właśnie takim doświadczeniem ugandyjskiej gościnności chcemy się z wami dzisiaj podzielić.
Paska Amono, mieszka w małej chatce wraz z rodziną (mamą, trójką dzieci oraz synem brata i jego żoną, którzy spodziewają się dziecka). Często przychodzi do naszej kaplicy, więc po jednej ze mszy, podeszła i zaprosiła nas do swojego domu. Zostaliśmy przyjęci jak ktoś bardzo ważny, chociaż tak naprawdę wiedziała o nas tylko tyle że jesteśmy grupą ludzi z Polski. Poczęstowano nas wybornym kurczakiem i ciapati. Niby nic nadzwyczajnego, brzmi normalnie, przynajmniej to pierwsze… Ale kiedy stawiam się w sytuacji gospodarzy mających siedem kurczaków i zabijających dwa ze względu na nieznajomych, obcych ludzi, trudno nam sobie wyobrazić, że zrobilibyśmy to samo…
Paska, jest młodą kobietą, która podobnie jak my ma marzenia. Jako mama zaadoptowanej Marii oraz córki swojej siostry, nadal chce pomagać w szczególności dzieciakom, które wraz ze swoimi mamami spędzają dzieciństwo w więzieniu (bo mama zostala skazana – a male dzieci zostaja z matka). Ma wielkie pragnienie, aby stworzyć im miejsce gdzie choc na chwilę będą mogły o tym zapomnieć.
Pozdrawiamy!!!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Kolejny dzień pobytu w Gulu upłynął nam pod znakiem wspólnego robienia różańców z dziećmi, kina plenerowego czy próbnych zajęć fizjoterapeutycznych. Pisząc te słowa zaczęłam się zastanawiać jak w Afryce a jak w Europie postrzegamy czas. W Europie każdy się śpieszy, goni za czymś nie dostrzegając rzeczy ważnych i ulotnych. Tutaj w Gulu musieliśmy przestawić się na czas afrykański, który choć bywa frustrujący, stanowi cenne doświadczenie. Jeśli umówisz się z kimś na 15-stą to dziwić nie powinna nieobecność tej osoby o 16-stej, a jeśli Msza św. ma się zacząć umownie o 7.00 nie oznacza, że nie może się zacząć o 6.45 skoro kapłan już jest. Dni płyną tu bardzo szybko i choć nie zawsze upływają na zajęciach z dziećmi, czasami po prostu na zwykłym zwiedzaniu, obserwowaniu i chłonięciu Afryki to każda chwila jest cenna i ważna.

Z racji tego, że nasza grupa mieszka w dwóch domkach, funkcjonuje w niej pojęcie naszych i waszych dzieci. My dziewczyny mieszkamy wokół domów, gdzie mieszkają głównie małe, zdrowe dzieci, natomiast męska część grupy mieszka po drugiej stronie wokół domków, gdzie mieszkają osoby niepełnosprawne. Dziś odwiedzając „drugą stronę mocy” jak mawiają niektórzy, rozmawiałam z Paulem, który mieszka w mieście nieopodal Gulu, ale codziennie przyjeżdża tu jako wolontariusz. Paul ma 19 lat, interesuje się technologią inżynieryjną i ujmuje swoją dojrzałością i ciekawym spojrzeniem na świat. Będąc w Gulu często spotykamy się z pytaniem jak jest w Polsce, albo co mogą zrobić dzieci byśmy ich stąd zabrali. Za każdym razem zastanawiam się co odpowiedzieć i kto naprawdę jest bogatszy i szczęśliwszy: my biegnący za rzeczami materialnymi i zapominający o uśmiechu i kontakcie z drugim człowiekiem czy Oni mający o wiele mniej,
a jednak umiejący się cieszyć i uśmiechać do każdego człowieka bez względu na kolor skóry. Według Paula rozmowa jest bardzo ważnym elementem życia ludzi. Jeśli witamy się z innymi, mamy czas na rozmowę- jesteśmy dobrymi ludźmi, jeśli biegniemy i nie umiemy się zatrzymać jesteśmy złymi ludźmi. No i na koniec złota myśl Paula, która z pewnością spotka się z aprobatą kobiet: „Jeśli sądzisz, że źle wychodzisz na zdjęciach, nie oznacza, że źle wyglądasz, musisz po prostu znaleźć fotografa, który będzie umiał wydobyć
z Ciebie Twoje piękno”.
Iwonka

Dzisiejszy dzień minął nam jak zwykle szybko i za szybko. Zastanawiałam się jak go opisać, ponieważ z jednej strony nie różni się znacząco od poprzednich dni, a z drugiej zachwyca swoją prostotą i pięknem. Dzień jest dla nas spotkaniem z drugim człowiekiem i każdy z nas to spotkanie przeżywa na nowo i na nowo odkrywając siebie.  To niesamowite jak czas spędzony z dziećmi nawet jeśli nie robimy z nimi rzeczy wielkich i wspaniałych otwiera nas na siebie nawzajem. Widać to z każdym dniem, kiedy dzieci podchodzą do nas, stoją pod oknem naszego domu i wołają nas po imieniu czy po prostu otwarcie opowiadają o swoich marzeniach, są ciekawi jak wygląda życie w Polsce itp. Zwykłe dni, zwykłe czynności mieszkańców St. Jude stają się naszą codziennością i naszym udziałem. To tyle z historii zwykłych. Z kategorii zdziwienia roku : przemierzaliśmy ugandyjskie  drogi jadąc na „pace”, byliśmy z wizytą u brata Ellio, który pokazał nam groby pracowników szpitala, którzy zmarli z powodu zakażenia wirusem Ebola. W końcu udało się zorganizować letnie kino plenerowe. Zachwyt dzieci bezcenny. Część naszej grupy udała się na zwiedzanie farmy no i na koniec… będąc z wizytą u brata Ellio podczas obiadu daniem głównym był… pyton. Wyobrażam sobie teraz jak wszyscy czytający przecierają oczy ze zdumienia. Tak to prawda. Na farmie znaleziono 4 metrowego węża, w piętnastoosobowym gronie zjedliśmy 60 cm jego długości. Smakował jak mieszanka kurczaka z rybą, w wersji jednych lub jak sam kurczak w wersji drugich. Jedni i drudzy byli zadowoleni i jedli ze smakiem. Wszyscy teraz życzą Wam spokojnej nocy i dnia małych i wielkich zachwytów nad wszystkim.

Iwonka

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Lacor Hospital

Z dzisiejszego dnia chcemy szczególnie wspomnieć wizytę w szpitalu Lacor [czyt. Laczor] Byliśmy tam nie dlatego, że ktoś z nas zachorował! Chcieliśmy po prostu zobaczyć ten sławny szpital – jeden z najlepszych w Północnej Ugandzie. Właśnie tu ponad 60 lat temu Siostry Kombonianki założyły przychodnię i oddział położniczy. Dziś ten szpital ma 550 łóżek i dociera ze swoją pomocą do bardzo wielu pacjentów [m.in. zajmuje się leczeniem ok. 12.000 chorych na AIDS!] I może najważniejsza wiadomość: w Lacor Hospital mogą się leczyć także najbiedniejsi, bo tych których nie stać na leczenie przyjmuje się za minimalną opłatą 2.000 szylingów [ok. 2,30 zł] podczas gdy realnie leczenie nie raz kosztuje ponad 1.000.000 szylingów!

Na koniec tego wpisu – gorące pozdrowienia i podziękowania dla tych, którzy wspierają nas modlitewnie [szczególnie tych z akcji Anioł dla Ugandy] oraz finansowo [z akcji Pocztówka z Ugandy] W tej ostatniej akcji bierze już udział ponad 70 osób i ich wsparcie dla Domu Dziecka w Gulu wynosi już prawie 4.500 zł. DZIĘKUJEMY. A jeśli jeszcze ktoś chce dołączyć do akcji – to zapraszamy: http://kombonianie.pl/artykuly/1/0/134-pocztowka-z-ugandy–cegielka-na-dom-dziecka-w-gulu

Pozdrawiamy wszystkich!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Sennie wyskoczyłem przez wąską szczelinę w moskitierze, w rytm afrykańskich dźwięków, z którymi również przyszło mi zasypiać tej nocy. Gdzieś w oddali dostrzec można było wschodzące słońce, nad małym, pokrytym słomą, okrągłym domkiem- rejon St. Jude budzi się do życia, gotów, by skomfrontować ze sobą ludzką tragedię i dziecięcy optymizm.

Myślami często wracam do dnia spędzonego na farmie. George, który jest jej szefem, przybliżył nam realia pracy na roli, w pełni ukazując jej trud. Pomimo, że zajmuje najwyższe stanowisko, zarabia jedynie sto dolców miesięcznie.  Jego marzeniem, które prawdopodobnie nigdy się nie spełni, jest wykształcenie trójki swoich dzieci, na wyższych, europejskich uczelniach. Serwując nam tradycyjne poszo z bananami, pośród małych, przerażających rybek z małymi, czarnymi oczkami; ewidentnie cieszył się z naszej obecności. Podziękowaliśmy za wyraźnie trenujący nasze podniebienie posiłek, jednocześnie grzecznie wyrażając zadowolenie, że jesteśmy w pełni najedzeni. Ponieważ wszyscy ochoczo dopisujemy nowe zwroty do naszego słownika angielski>> acholi, a chcąc uzupełnić kategorię kuchnia/ życie towarzyskie; zapytałem jak powiedzieć, że mój brzuszek jest już pełny… W ich języku nie ma takiego zdania.

Przechodząc do kolejnego akapitu w moim brudnopisie, napisałem: nasze dzieci– i uświadomiłem sobie, jak wielka więź, po tak krótkim czasie, jest między nami. Nasi młodsi, czarni bracia… Dzisiaj ich tęczowe od plakatowych farbek buzie, biegały roześmiane po podwórku. Prawdopodobnie Twoja kartka z czarnego lądu została już zrobiona 😉

Jeśli nie wiesz o co chodzi, zapraszamy na stronę akcji.

Dzień spędziliśmy wspólnie z podopiecznymi, angażując się w zabawy z pakietu pomysłów, przywiezionego z Polski. Część z nich musieliśmy jednak dostosować do panujących realiów. Ze względu na brak prądu, wciąż nie udało nam się uruchomić kina plenerowego. Na szczęście mecz koszykówki okazał się genialnym tematem zastępczym! Zmęczeni udajemy się na nocleg.

Łukasz