Pierwsze poważne pożegnanie mamy już za sobą. Dziś wróciliśmy do Domu Dziecka w Gulu, zostawiając Matany i naszą Danę. Dziękowała za odwiedziny, sprzęty do rehabilitacji, a przede wszystkim możliwość spędzenia czasu choć z częścią osób tworzących grupę Świeckich Misjonarzy Kombonianów. Dla nas to też był dobry czas. Świadectwo Dany dało dużo do myślenia. Chociaż jej standardowy dzień to głównie praca (zaczyna się rano i z przerwą na obiad, kończy ok. 18), to wcale nie znaczy, że nie ma czasu na bycie misjonarzem. To właśnie szpital jest głównym miejscem tej działalności. Wypełnia ją przez staranie się o uśmiech, nawet jeżeli przeżywa trudne chwile, przez jak najlepsze wypełnianie swoich obowiązków, przez pracę nad cierpliwością w kontaktach z pacjentami, wysłuchiwanie ich próśb, życzliwą rozmowę, czyli wymaganie od siebie, nawet jeżeli dobry humor i łagodność nie przychodzą naturalnie. O szczegółach tej misji można przeczytać na blogu Dany, ale spotkanie z nią twarzą w twarz budzi zapał do pracy nad sobą i radość z każdej chwili życia, czym koniecznie chciałam się w tym miejscu podzielić🙂 Dzień ten naznaczony był także informacjami napływającymi z Nairobi, dotyczącymi zamieszek w supermarkecie. I chociaż Uganda cieszy się pokojem już dobrych kilka lat, dziś spotkaliśmy świadka niebezpiecznych wydarzeń z czasów wojny. Podczas podróży do Gulu (jak pisałam wyjechaliśmy dziś z Matany) zatrzymaliśmy się w Sanktuarium Maryjnym w Iceme, gdzie gospodarz, o. Ferdinando Moroni opowiedział nam o kilku sytuacjach, w których otarł się o śmierć. Jedna z nich to historia napadu na misję komboniańską. Ojcowie zostali zmuszeni do zapłaty okupu za swoje życie… Uzbrojeni napastnicy trzymając karabiny grozili śmiercią… Jeden z ojców oddał wszystkie pieniądze, które miał przy sobie… Za mało… Rebelianci wyciągnęli granat… Kombonianin udzielił grupowego rozgrzeszenia… Zaprowadzono wszystkich od jednego pokoju… Zamknięto… A napastnicy odjechali… Dopiero później okazało się, że byli to żołnierze prezydenta Musseveniego, a nie rebelianci… Świadectwo ojca pozwoliło choć trochę zrozumieć niebezpieczeństwo wojennej rzeczywistości. I choć teraz panuje tu pełen pokój, sytuacja z Kenii czy Syrii pokazuje, że trzeba jeszcze wiele modlitwy…