Archive for 10 września, 2013


Lacor Hospital

Z dzisiejszego dnia chcemy szczególnie wspomnieć wizytę w szpitalu Lacor [czyt. Laczor] Byliśmy tam nie dlatego, że ktoś z nas zachorował! Chcieliśmy po prostu zobaczyć ten sławny szpital – jeden z najlepszych w Północnej Ugandzie. Właśnie tu ponad 60 lat temu Siostry Kombonianki założyły przychodnię i oddział położniczy. Dziś ten szpital ma 550 łóżek i dociera ze swoją pomocą do bardzo wielu pacjentów [m.in. zajmuje się leczeniem ok. 12.000 chorych na AIDS!] I może najważniejsza wiadomość: w Lacor Hospital mogą się leczyć także najbiedniejsi, bo tych których nie stać na leczenie przyjmuje się za minimalną opłatą 2.000 szylingów [ok. 2,30 zł] podczas gdy realnie leczenie nie raz kosztuje ponad 1.000.000 szylingów!

Na koniec tego wpisu – gorące pozdrowienia i podziękowania dla tych, którzy wspierają nas modlitewnie [szczególnie tych z akcji Anioł dla Ugandy] oraz finansowo [z akcji Pocztówka z Ugandy] W tej ostatniej akcji bierze już udział ponad 70 osób i ich wsparcie dla Domu Dziecka w Gulu wynosi już prawie 4.500 zł. DZIĘKUJEMY. A jeśli jeszcze ktoś chce dołączyć do akcji – to zapraszamy: http://kombonianie.pl/artykuly/1/0/134-pocztowka-z-ugandy–cegielka-na-dom-dziecka-w-gulu

Pozdrawiamy wszystkich!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Sennie wyskoczyłem przez wąską szczelinę w moskitierze, w rytm afrykańskich dźwięków, z którymi również przyszło mi zasypiać tej nocy. Gdzieś w oddali dostrzec można było wschodzące słońce, nad małym, pokrytym słomą, okrągłym domkiem- rejon St. Jude budzi się do życia, gotów, by skomfrontować ze sobą ludzką tragedię i dziecięcy optymizm.

Myślami często wracam do dnia spędzonego na farmie. George, który jest jej szefem, przybliżył nam realia pracy na roli, w pełni ukazując jej trud. Pomimo, że zajmuje najwyższe stanowisko, zarabia jedynie sto dolców miesięcznie.  Jego marzeniem, które prawdopodobnie nigdy się nie spełni, jest wykształcenie trójki swoich dzieci, na wyższych, europejskich uczelniach. Serwując nam tradycyjne poszo z bananami, pośród małych, przerażających rybek z małymi, czarnymi oczkami; ewidentnie cieszył się z naszej obecności. Podziękowaliśmy za wyraźnie trenujący nasze podniebienie posiłek, jednocześnie grzecznie wyrażając zadowolenie, że jesteśmy w pełni najedzeni. Ponieważ wszyscy ochoczo dopisujemy nowe zwroty do naszego słownika angielski>> acholi, a chcąc uzupełnić kategorię kuchnia/ życie towarzyskie; zapytałem jak powiedzieć, że mój brzuszek jest już pełny… W ich języku nie ma takiego zdania.

Przechodząc do kolejnego akapitu w moim brudnopisie, napisałem: nasze dzieci– i uświadomiłem sobie, jak wielka więź, po tak krótkim czasie, jest między nami. Nasi młodsi, czarni bracia… Dzisiaj ich tęczowe od plakatowych farbek buzie, biegały roześmiane po podwórku. Prawdopodobnie Twoja kartka z czarnego lądu została już zrobiona 😉

Jeśli nie wiesz o co chodzi, zapraszamy na stronę akcji.

Dzień spędziliśmy wspólnie z podopiecznymi, angażując się w zabawy z pakietu pomysłów, przywiezionego z Polski. Część z nich musieliśmy jednak dostosować do panujących realiów. Ze względu na brak prądu, wciąż nie udało nam się uruchomić kina plenerowego. Na szczęście mecz koszykówki okazał się genialnym tematem zastępczym! Zmęczeni udajemy się na nocleg.

Łukasz