Trzydziestogodzinny kurs przemieszczania się na drugi koniec świata definitywnie skończony – z oceną bardzo dobrą. Po niezliczonych przesiadkach i trudach związanych z taszczeniem bagażu, wreszcie dotarliśmy do Abor – niewielkiej wioski położonej nad Oceanem Atlantyckim, na południowym wschodzie Ghany. Podróż obfitowała w rozmaite „atrakcje”, nie wyłączając leżakowania na środku lotniska w Istambule. Byliśmy tam prawdziwą atrakcją turystyczną, ale i prekursorem nowego stylu wypoczywania. Na początku patrzono na nas jak na dziwaków, jak na intruzów, ale wkrótce dołączyli do nas też inni turyści, więc zrobiło się nie tylko raźniej, ale i bardziej swojsko. Wiedzieliśmy, że przejdziemy do historii, że wywrócimy świat do góry nogami, ale nikt nie zakładał, że stanie się to już w trakcie podróży.

Abor. Miejscowość, którą z trudem odnaleźć nawet na mapie Google. Nikt nie spodziewał się wielkiej metropolii, nowoczesnych samochodów oraz tysięcy biznesmenów pędzących do pracy. Abor nie przywitała nas luksusem a’la Sheraton, ani też a’la Marriot, ale… okazała się całkiem sympatyczna. Ojciec Giuseppe ucieszył się na nasz przyjazd (jeśli grupa nie zdąży się zdyscyplinować, z identyczną radością będzie nas żegnać :)). Rozpoczynamy projekt pt. „Ghana”. Jak wiele dobrego uda nam się pozostawić po sobie, okaże się. Mamy miesiąc, aby pokazać, na co nas stać 🙂

 

 

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.