Archive for Wrzesień, 2011


Wczoraj rano wyruszyliśmy w daleką podroż do Ewaso Kedong, gdzie żyją Masaje. Okazało się, że Maciek jest niezłym kierowcą – 60 km jechaliśmy przez 2,5 godziny! Oczywiście ta droga nigdy nie widziała asfaltu, ale świetnie nadawałaby się na rajd Paryż-Dakar. Na miejscu czekało nas wiele niespodzianek – piękny ogród, ciepła woda, prąd, piwo w lodówce… a to wszystko na kompletnym odludziu. Misja istnieje od niedawna (dopiero 7 lat) i rozciąga się na ogromnym obszarze zamieszkałym głownie przez Masajów. Pracuje tutaj jeden ksiądz i 4 siostry zakonne. Siostry bardzo mocno angażują się w obronę praw kobiet, walcząc przeciw obrzezaniu dziewczynek i wydawaniu ich za mąż wbrew ich woli i w bardzo młodym wieku (10-12 lat!!!) Stąd też właśnie powstaje ośrodek dla dziewczyn, które z rożnych powodów uciekają z domu. Przy parafii jest też przedszkole, w którym spędziliśmy trochę czasu na zabawie z najmłodszymi. Zafascynował nas sposób witania się wśród Masajów. Otóż dziecko nie podaje ręki dorosłym, ale pochyla głowę, czekając na swego rodzaju błogosławieństwo – patrz zdjęcie. Nasz przyjazd do Ewaso zbiegł się z niesamowitym wydarzeniem. Popołudniu spadł lekki deszczyk. Pewnie myślicie cóż w tym dziwnego. Otóż w tym miejscu od roku nie spadła ani kropla wody!!!

No, ale oczywiście nie siedzieliśmy sobie cały czas w wygodnym „domku dla gości”. Wybraliśmy się w odwiedziny do jednej masajskiej wioski. Może ‚wioska’ to za dużo powiedziane – dotarliśmy do malutkiej osady – dosłownie z osiem domków zrobionych z patyków i gliny wymieszanej z krowimi odchodami. Domki małe, ale świetnie zorganizowane – w środku jest miejsce dla każdego – nawet dla kóz i pszczół (w środku było pszczele gniazdo – w które Maciek prawie włożył głowę). W drodze powrotnej do Kibiko mieliśmy dużo szczęścia – zobaczyliśmy gazele, antylopy, zebry i stado żyraf!!! W ogóle krajobraz dookoła nas, według naszych wyobrażeń, był prawdziwie afrykański.

druga grupa też nie próżnowała…

Rano, koło ósmej, przyszliśmy do domu Misjonarek Miłości. Zobaczyliśmy różne oddziały, w których pracowały. Cały dzień spędziliśmy na wolontariacie, będąc z dziećmi niepełnosprawnymi, m. in. bawiąc się z nimi, karmiąc je, masując, wieszając ich pranie czy biorąc niektóre z nich na spacer. Każdy z nas wyniósł stamtąd piękne doświadczenia. Był to bardzo męczący, ale cudowny dzień.

Siostry Kombonianki

Dziś byliśmy (druga grupa) u sióstr, odwiedziliśmy budynek ich projektu dla biednych kobiet, które mogą się tam nauczyć szyć, gotować, pracować w cukierni czy jako kelnerki. Po wszystkim Ewa przyznała się siostrze Orietcie, że nigdy w życiu nie widziała kombonianki. A ta, nie dowierzając, upewniła się, że Ewa nie żartuje i zaprosiła nas na kawę do ich domu, żebyśmy mogli poznać jeszcze jedną siostrę: Rosę z Peru. Ugościły nas z klasą, wypiliśmy po filiżance pysznej włoskiej kawy. Ich gościnność nie polegała tylko na kawie i bananach, ale przede wszystkim na otwartych, gorących sercach. Collins, nasz towarzysz (tutejszy postulant), powiedział, że one żyją prawdziwie po komboniańsku. Ten dzień był w całym Korogocho dniem porządków, tzw. sprzątania świata. Dotarliśmy na zakończenie z występami w kaplicy St. John. Po powrocie dość długo rozmawiałem (Mati) z Collinsem, a podczas tej pogawędki powiedział, że zabito dziś człowieka. Okazało się, że niedaleko naszego domu policja zastrzeliła znanego złodzieja. Ta wiadomość wstrząsnęła nami, zwłaszcza, że zdarzyło się to tak blisko nas. Cały wieczór spędziliśmy w domu, rozmawiając o sytuacji w Korogocho.

Dziś od rana sprawdzaliśmy swoje zdolności kulinarne. Postanowiliśmy bowiem przygotować coś ‚ciekawego’ na kolację – ciekawego i innego, aby urozmaicić tygodniowe menu, które zazwyczaj ogranicza się do 3-4 potraw. Maciek z resztą chłopaków zajęli się przygotowaniem sosu do spaghetti, a Danusia z resztą dziewczyn – czyli sama,
upiekła pyszną karpatkę – to ulubione ciasto o. Stefano, który będzie tu jutro (zostawiliśmy co nieco dla niego!) Popołudniu razem z Annastascia i z s. Stellą pojechaliśmy odwiedzić jedną rodzinę. Od razu uderzyło nas miejsce – przepiękny widok na równiny i pagórki Kenii, ale równocześnie tragiczna sytuacja ekonomiczna tej rodziny. Dom przypominał bardziej malutki blaszany garaż, ale bez wylewki, w którym poza babcią, trojką dzieci i rodzicami, mieszka jeszcze koza! Wracając spotkaliśmy jeszcze jedną rodzinę – tym razem masajską. To chyba takie preludium przed jutrzejszą wyprawą do Ewaso Kedong, gdzie spędzimy dwa dni wśród Masajów. Już jesteśmy ciekawi tej wyprawy. Z nowości: na śniadanie zjedliśmy dziś słodkie ziemniaki, trochę dziwne, ale rzeczywiście słodkie! A wczoraj jedliśmy coś, co nazywają tu nduma, a czego w Polsce chyba nie ma. Na Mszy św. Piotr, Szymon i Danusia po raz pierwszy dołączyli się do grupy tanecznej – nie szło im, ale i tak dzięki za odwagę!!! No i odwaga przyda się jutro, bo do Ewaso pojedziemy pickupem, który poprowadzi Maciek – a dawno nie jeździł po lewej stronie i to po takich ‚drogach’. Napiszemy coś jutro jeśli tylko będzie tam zasięg. Pozdrawiamy wszystkich!!!

Odwiedziny u chorych – to już druga grupa
W tym dniu odwiedziliśmy rodziny chorych. Dwójkami, najpierw ja z Ewą, potem z Łukaszem, prowadzeni przez panią zwaną health walker, chodziliśmy po Korogocho. W sumie odwiedziliśmy jakieś sześć lub siedem rodzin. Najbardziej zapadła mi w pamięci wizyta u jedenastoletniego Johna z porażeniem mózgowym. Nie widział, ale reagował na dotyk i głos. Tak jak w każdym domu, pomodliliśmy się i porozmawialiśmy przez chwilę. Ewa z Krzyśkiem poszli do szkoły przy kaplicy St. John. Krzysiek poszedł do dzieci, a Ewa rozmawiała z młodzieżą. Po południu, czyli też po obiedzie, poszliśmy na spotkanie z alkoholikami. Uczestnictwo w takich spotkaniach pomaga im uświadomić sobie nałóg i wychodzić z niego. Jeden z panów zwrócił prowadzącym uwagę, że przecież “oni nie rozumieją w swahili” i żeby “im ktoś tłumaczył”. Panowie (w większości, choć były też kobiety) dzielili się wtedy swoimi przemyśleniami i historiami. Byli wtedy pijani, ale i tak bardzo ważne było dla nich, że jest ktoś, kto chce ich wysłuchać.

Mama Freda & Głębiej w Koch

Tego dnia naszym rannym ptaszkiem była Danusia. Pomogła przygotować śniadanie i coś na później do szkoły dla chłopaków. Planowaliśmy spotkać się z naszym znajomym – Fredem w mieście o godzinie 10. Wyszło bardzo „afrykańsko” czyli dopiero po 10 wyjechaliśmy z Kibiko. Pierwszym miejscem gdzie się udaliśmy była Kibera – największy, ponad milionowy slums w Afryce! Jest to miejsce niesamowitych kontrastów: po jednej stronie rzeki mamy gigantyczny slums i mnóstwo śmieci, a po drugiej nowe osiedle z ładnymi domami, a nawet pole golfowe! Wędrując po Kiberze trafiliśmy do domu Freda, gdzie spotkaliśmy jego mamę. Ta kobieta, razem ze swoimi znajomymi nie chciała przyglądać się biernie tragicznej sytuacji ludzi w slumsie, dlatego stworzyli oni Laini Saba Project Centre and Homecare – projekt, angażujący 50 osób, które na wielu płaszczyznach pomagają ludziom w Kiberze; czy to sam otna matka, czy porzucone dziecko – każdy możne liczyć na ich wsparcie. Jeszcze tylko szybkie odwiedziny w parafii w Kiberze, które przyniosły wiele wspomnień Maćkowi, bo tutaj, siedem lat temu pracował podczas swojego pierwszego doświadczenia misyjnego. Dzisiaj popołudniu na chwilę oderwaliśmy się od rzeczywistości slumsu. Collins zabrał nas do zoo przy Nairobi National Park. Tam, spacerując mogliśmy stanąć oko w oko z samym królem zwierząt czy wielkim pawianem. Później czekała nas jeszcze sympatyczna i pyszna kolacja w lokalnej knajpce. Po powrocie do Kibiko Msza św., ciepła herbatka i do spania.

Dzisiaj dostaliśmy namiary naszych Aniołów Stróżów i okazuje się że jest Was aż 40! To niesamowicie budujące. Dziękujemy bardzo wszystkim, którzy wspierają nas swoją modlitwą!

Wtorek w 2 grupie:

Naszym dzisiejszym celem było także centrum dla dzieci ulicy – Napenda Kuishi, po przeciwnej stronie Korogocho względem wczorajszego Boma. Szybki rzut oka na budynek, zwięzły opis działania tego centrum i ruszamy do akcji: Krzysiek i Łukasz zostają z chłopakami w ośrodku, a ja (Mati) i Ewa idziemy razem z dwoma social workers na ulice, żeby szukać dzieci, które nie przyszły w tym dniu. Mieliśmy przy tym okazję wkroczyć w naprawdę tajemnicze zakamarki. Weszliśmy do miejsca, w którym zbierają się i nocują starsi chłopcy uzależnieni od wąchania kleju, tzw. “bazy”. Przeszliśmy koło ogromnego wysypiska śmieci Dumping Site, żeby znaleźć się w innej “bazie”, młodszych chłopców. Tym samym wyszliśmy z Korogocho, co dało nam okazję do sfotografowania tego slumsu. Krzysiek i Łukasz brali w tym czasie udział w zajęciach dla chłopców, które odbywały się w budynku ośrodka. Koło pierwszej zjedliśmy obiad, już w komplecie siedząc przy komboniańskim stole. Popołudniu uczestniczyliśmy w spotkaniu z alkoholikami, którzy są jednocześnie uzależnieni od innych używek. Nasz powrót do domu od kolacji oddzielała jedynie garść frytek kupionych przy drodze. Wspomnianą kolacją przejmuje się dzisiaj Krzysiek – jego kolej.

Dziś mieliśmy spokojny dzień, choć dla niektórych zaczął się dość wcześnie – Szymon był w kuchni o 10.30 czasu liczonego w języku kiswahili. No i tu ciekawostka – w Kenii pierwsza godzina to czas wschodu słońca czyli nasza 7 rano. Zatem Szymon nie pospał do 10.30, ale do 4.30 według naszej rachuby czasu. Przed południem wypraliśmy swoje rzeczy – ręcznie, ale z ciepłą wodą!!! A potem trochę sobie pokopaliśmy pole (czyli w języku kiswahili – shamba) na którym już za kilka tygodni posadzą kukurydzę. Collins, jeden z social workers obiecał, że owoce pracy wyśle nam do Polski – kilka ziarenek!!! Wieczorem razem z dzieciakami mieliśmy Mszę Świętą – po angielsku, z czytaniami w kiswahili. Była to dla Maćka pierwsza Msza odprawiana po angielsku, a że nieco zapomniał tego języka – nie szło mu zbytnio, ale sobie poradził, była nawet homilia!!! No i z pewnością słyszeliście o tym wybuchu w jednym ze slumsów Nairobi – my na szczęście jesteśmy daleko, w czym upewnili się niektórzy nasi rodzice pisząc lub dzwoniąc do nas – dzięki za troskę! Pamiętajcie w modlitwach o poszkodowanych.

A co słychać u 2 grupy?

Ten poranek przywitał nas stukaniem kropel w dach, dlatego nasze “NieChceMiSięWstać” osiągnęło bardzo wysoki poziom. Jednak udało nam się nawet dobrnąć przez błoto do samej kaplicy. Kiedy wróciliśmy i zjedliśmy śniadanie, a deszcz nie ustawał, zostaliśmy zmuszeni do odłożenia na jakiś czas zaplanowanego wyjścia do Boma Rescue Center (to centrum dla dzieci ulicy). Nie starczyło nam cierpliwości, i kolo dziesiątej wyruszyliśmy przez błoto, mimo deszczu. Po drodze wstąpiliśmy do Sióstr, czyli do prowadzonej przez nich malutkiej przychodni, także z medycyną naturalną (jednym z leków była kiszona kapusta). A już w Boma spędziliśmy miło czas aż do czwartej po południu, grając z dziećmi w piłkę, przeróżne gry, podziwiając ich zgrabność w skakaniu na dwie skakanki i w tańcu(!). Pracujący tam wychowawcy opowiedzieli nam, jak to wszystko działa, wspomnieli o historii i o szczegółach swojej pracy. W drodze powrotnej zrobiliśmy zakupy, bo dziś jest nasza kolej na przygotowanie kolacji. Mniam! Nawet (chyba na naszą cześć) włączono tutaj prąd, po raz pierwszy od chyba ponad dwóch miesięcy. Kolacja, jak zwykle, przedłużyła się, a po niej wspólnie się pomodliliśmy i poszliśmy spać. Z wielką przyjemnością.

Dziś niedziela więc całą grupą, razem z chłopakami, poszliśmy do kościoła. Jak zwykle Msza św. była mega uroczysta z ogromną ilością tańczących dzieci. Podczas Mszy, która trwała 3 godz – co tutaj jest normą – zostało ochrzczonych 10 dzieci – Kościół w Afryce rośnie! W tym czasie Piotr zastanawiał się ile mógł trwać dzisiejszy odpust w jego parafii w Laskowej i jak bardzo ludzie narzekali, że było to ‚aż’ 1,5 godz. Dla
mnie (Maciek) szczególnym momentem tej liturgii było uroczyste wprowadzenie Pisma Świętego – można było odczuć, że do wspólnoty wchodzi nie Coś ale Ktoś. Z życia we wspólnocie Napenda Kuishi w Kibiko – Wciąż jesteśmy zadziwieni ile ci Chłopcy potrafią zjeść. Jedzenie jest bardzo proste, ale w dużych ilościach – np. góra ryżu z gideri. Albo ogromny talerz ugali z sukumawiki. A goście po prostu to wszystko zjadają – gdzie im się to mieści tego nie wie nikt! Z Korogocho zabraliśmy ciekawe przyzwyczajenia – np. Szymon poszedł do łazienki z latarką, a przecież tu jest prąd. Maciek natomiast dopiero teraz odkrył, że pod prysznicem może być gorąca woda – skrzętnie to wykorzystał zostając w łazience dłużej niż zwykle. Piotr czując się w obowiązku promowania polskiej kultury na obczyźnie zaprezentował ‚tradycyjny’ narodowy
taniec – techno mazurek! Chłopcy byli zafascynowani i poruszeni tak bogatą kulturą 😉 Danusia, ku uciesze wszystkich, w końcu umyła włosy, ale przed tym 2 godz. rozplątywała swoje warkoczyki. Jutro dzień zaczynamy o 4.30, tzn. Szymon zaczyna, a my dołączymy 1,5 godz później. Ale dyżur w kuchni przypadnie każdemu. Pozdrawiamy.

 

Tymczasem 2 grupa…

Na Mszy św. zostaliśmy poproszeni o przedstawienie się. Parafianie św. Jana bardzo ciepło nas przyjęli. Po Mszy św. zaproszono nas na spotkanie z ministrantami i dziewczynkami tańczącymi podczas Mszy. Ci przedstawili nam swoje umiejętności taneczne i recytatorskie, co bardzo, bardzo nam sie podobało. Następnie Krzysiek zaprosił nas do “Afrykańskiego KFC”, czyli na fasolę z wkrojonymi chapati i jednym ziemniakiem. Będąc już w domu, Łukasz udzielał Kevinowi paru wskazówek co do gry na gitarze. Potem spotkaliśmy się z pre-postulantami. Po komplecie poszliśmy spać, bo jutro już o 6.30 mamy jutrznię i Mszę w małej kaplicy.

 

Za nami pierwszy tydzień

Pierwszy tydzień minął niesamowicie szybko, zarówno grupie w Kibiko jak i Korogocho, choć jak sami widzieliście obfitował on w przeróżne wydarzenia. Dlatego tak ważny był dla nas dzisiejszy dzień. Rano, wszyscy poszliśmy razem z ojcem Stefano do wspólnoty braci z Taizé w Mji wa Furaha – Centrum Radości. Tam korzystając z gościnności braci, przeżyliśmy jednodniowe, a właściwie kilku godzinne rekolekcje. Ojciec Stefano przygotował dla nas katechezę i rozważania. Później każdy miał ponad godzinę na medytację w kaplicy. Po tym czasie dołączyli do nas bracia na własne modlitwy. Dzięki poświęceniu o. Stefano i Krzysia, którzy poszli do sklepu, mogliśmy przegryźć co nieco. Tak pokrzepieni na ciele, poszliśmy na Mszę św. Ważnym momentem była chwila podzielenia się naszymi przeżyciami i przemyśleniami. Po powrocie do domu ojców nadszedł czas na ostatnie pakowanie i pożegnania. Niestety, znów trzeba było się rozdzielić: o. Maciek, Danusia, Piotrek i Szymon pojechali do Kibiko, a Krzysiek, Ewa, Łukasz i Mateusz będą doświadczać życia w slumsie. Za tydzień ponownie połączymy siły, by zmierzyć się z inną stroną Afryki. Bądźcie dalej z nami. Pamiętajcie o nas w modlitwie. A my będziemy się starali codziennie dzielić się swoimi doświadczeniami. Jutro, o ile się uda, wyślemy zdjęcia.

Cała ósemka razem

I znowu cała ósemka razem. Właśnie skończyliśmy kolację (ale było gadania o tym, co przeżyliśmy w te dni) i nieszpory z podzieleniem podsumowującym wydarzenia dnia. No, ale wcześniej cały dzień byliśmy oddzielnie. Grupa Krzyśka (Ewa, Łukasz, Mati): rano bardzo sprawnie się spakowaliśmy i wyjechaliśmy z Kibiko do Korogocho wraz z Davidem, Dennisem i Joanesem, żeby odwiedzić ich rodziny. To było nasze pierwsze wejście do slumsu. Sytuacja na ulicy i w domach, materialna i nie tylko, zrobiły na nas ogromne wrażenie. Na obiad były chiapati z bananami. Potem poszliśmy z Ojcem Johnem do domu chorego na Mszę św. Wróciwszy, zastaliśmy już w domu drugą grupę. Znaczy pierwszą. Reszta ekipy (czyli Maciek, Danusia, Szymon, Piotr): rano razem z dziećmi ze szkoły St John przywitaliśmy nowy rok szkolny, tzn. kolejny, trzeci semestr szkoły. Była zatem uroczysta Msza św., jak zawsze przepełniona śpiewami i różnymi gestami, a do tego ogromna ilość radości. Sama szkoła St John to podstawówka, klasy 1-8. Zaskakująca jest liczba osób w klasie – zazwyczaj około 45 dzieci. Cała szkoła liczy jakieś 800 uczniów. Od tego semestru dyrektorką szkoły jest kobieta. Dla nas wydaje się to normalne, ale tutaj to się jeszcze nigdy nie zdarzyło. Po południu wybraliśmy się w odwiedziny do Sióstr Matki Teresy z Kalkuty, gdzie pracuje jedna Polka – Siostra Aleteia. W drogę nie wybraliśmy się sami – mieliśmy przewodnika – Erica. Siostry pokazały nam cały ośrodek, w którym znajduje się szkoła podstawowa, sierociniec dla porzuconych dzieci, ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych i dom dla psychicznie chorych kobiet. Wyszliśmy stamtąd z przekonaniem, że Siostry wykonują tam super robotę zajmując się tymi, o których nikt tutaj nie myśli. Często jest to praca, która wymaga prawdziwej bezinteresowności i miłości, którą Siostry z pewnością czerpią z codziennej adoracji (2 godziny dziennie). A jutro cały dzień spędzimy razem na modlitwie i dzieleniu się tym wszystkim, czego tutaj doświadczyliśmy. W modlitwie będziemy pamiętać także o Was. Pozdrawiamy wszystkich, szczególnie nasze Rodziny!!!

Dzisiaj plany się spełniły. W dwóch grupach, jedna z bratem Paolo, a druga z siostra Manna, poszliśmy odwiedzić chorych, którzy nie mogą sami przyjść do ośrodka. Takie wizyty odbywają się tutaj raz w tygodniu.
Pomoc nie polega tylko na dostarczeniu lekarstw czy na badaniu lekarskim, ale także na duchowym wsparciu i wspólnej modlitwie. Ta modlitwa dla niektórych, jak np. dla Florence zarażonej HIV, jest bardzo ważna. Naszą uwagę przykuła postawa brata Paolo, który z niezwykłą delikatnością i czułością traktował każdego chorego, a jako lekarz służył profesjonalną pomocą. Kolejny wykonany plan to włosy Danusi – ale miały ubaw fryzjerki! Było ich chyba z pięć przy tej robocie, która trwała 1.5h. Efekty zobaczycie jak uda nam się wysłać zdjęcia. Wieczorem Piotr z Szymonem poszli razem z ojcem Johnem na Mszę św. Środek slumsu, dziesiątki ludzi, taxi-motory jednym słowem chaos, a my siedzimy pod drzewem i celebrujemy Mszę Świętą. Tam na prawdę poczuliśmy znaczenie słów: ‚pozwólcie dzieciom przyjść do mnie’, ponieważ modlił się z nami tłum dzieciaków. Z nowości – dziś zakosztowaliśmy owocu zwanego tunda czyli passion fruit, takie tam słodkie pestki, które Danusi bardzo przypadły do gustu. Maciek z Danusią znowu wykazali się umiejętnościami kulinarnymi gotując zupę ziemniaczaną (z ryżem z wczoraj i z przedwczoraj), w dwóch wersjach: na obiad i kolację. Wszyscy byli tak głodni, że nawet im smakowało. Jutro być możne wiadomości na bloga napiszemy wspólnie z drugą grupą, która ma przyjechać do Korogocho.

2 grupa:

Dzisiaj rano pojechaliśmy do Nairobi odwiedzić siostry zakonne, które wyrabiają ręcznie ozdoby afrykańskie oraz szaty liturgiczne. Mateusz i Ewa kupili sobie bransoletki i breloczki. W drodze powrotnej postanowiliśmy “zasmakować Afryki”. Wstąpiliśmy do etiopskiej restauracji Habeshia w ktorej podano nam injere (wyglądają jak bandaż) na którym serwowane były różne potrawy. Po takim obfitym obiedzie pojechaliśmy do Giraffe Centre, nakarmić żyrafy. Obok centrum znajduje się rezerwat przyrody, w którym spotkaliśmy żyrafy na wolności. Wieczór spędziliśmy w Scholastykacie, gdzie uczestniczyliśmy we Mszy św. Mamy zdjęcie z formatorami ze Scholastykatu. Do domu wróciliśmy późną porą.

Dziś poznaliśmy kolejną siostrę komboniankę – s. Manna. Jej głównym zajęciem jest opieka nad chorymi. Sama zresztą jest pielęgniarką. Dziś pokazała nam Health Centre, gdzie razem z innymi 4 pielęgniarkami służy pomocą najbiedniejszym – chorym, których nie stać na leczenie. Większość z nich jest zarażona wirusem HIV i często oprócz lekarstw otrzymuje także jedzenie. Centrum jest nieźle zorganizowane i swoją troską obejmuje także dzieci niepełnosprawne, które mają tu swego rodzaju kurs przygotowujący do pójścia do szkoły specjalnej. Dla dzieci, które mają chorych rodziców jest prowadzony kurs opieki długoterminowej, bo wiele razy np. chorą mamą w domu możne zająć się tylko jej dziecko. Kurs uczy także jak poradzić sobie samemu w razie śmierci rodziców. Jutro może uda nam się odwiedzić kilku chorych w ich domach. Po wizycie w tym ośrodku poszliśmy jeszcze raz do Boma Rescue z obiecanymi wcześniej cukierkami. Ale było radości! Piotr wykazał się swoimi talentem dydaktycznym wyjaśniając Joice i innym dziewczynom w wielu ok. 10 lat podstawy mechaniki kwantowej. Nie, żartuję! Ale nauczyciel z niego byłby niezły. Z innej beczki – Danusia od wczoraj ma zaciągankę – chce ananasa! Dziś już nie wytrzymała i zjadła 3/4 ogromnego ananasa. Potem tak ją piekł język, że nie czuła smaku pysznego obiadu. Ale tak to bywa z zaciągankami – a ona i tak zadowolona. Z nowo poznanych osób warto wspomnieć tzw. pre-postulantów, których odwiedziliśmy dziś popołudniu w ich ‚domu’ – pokój 3 na 3. Super się składa, bo jest ich 3. Mamy jeszcze do wysłania sporo fajnych zdjęć – ale na razie problemy techniczne to uniemożliwiają. Usiku mwema! Dobranoc!

 

 

I druga grupa…

Wczoraj kenijscy nauczyciele rozpoczęli strajk, więc dzisiaj chłopcy nie poszli do szkoły. Za to, korzystając z dobrej pogody, dużo pracowaliśmy. Raz w polu, raz w kuchni i przy sprzątaniu. Niektórzy uczyli nas modlitw w swahili, inni naprawiali buty, jeszcze inni siłowali się z ogromną beczką na wodę. Na obiad zjedliśmy, jak codziennie, gideri (na zdjęciu). Dziś jednak było wyjątkowe, bo było w nim więcej niż zwykle ziemniaków, co bardzo ucieszyło Mateusza, a także mieliśmy niecodziennych towarzyszy – tuż obok pasły się krowy. Po takim obfitym obiedzie wyszliśmy, tylko naszą czwórką, na spacer. Po drodze Łukasz rozdawał dzieciom cukierki i pozował do zdjęć z osłami. Dotarliśmy do urwiska, u którego podnóża zaczynała się rozległa równina z kilkoma jeziorami, a w oddali widać było zarys szczytów gór. Usiedliśmy na tym „krańcu świata” i rozmawiając podziwialiśmy piękne widoki. Kiedy wracaliśmy, mijały nas dzieci, które niosły na głowach wiązki gałęzi.
Resztę dnia spędziliśmy z chłopcami, między innymi w bibliotece. Na koniec, zmęczeni, odmówiliśmy kompletę i poszliśmy spać. Jutro Ewa ma poranny dyżur, czyli wstaje przed wszystkimi, żeby wraz z Mamą Catherine przygotować śniadanie. Pozdrawiamy!