I znów jesteśmy w Korogocho. Razem z Coleter (social worker) odwiedziliśmy rodziny niektórych chłopaków, którzy już skończyli program resocjalizacyjny w Napenda Kuishi oraz rodziny Patryka i Evans’a, którzy są w trakcie resocjalizacji. Poznaliśmy trochę środowisko, w którym się wychowali i przyczyny, które były powodem, że wylądowali na ulicy. Np. jeden z chłopców wraz z rodzeństwem był zmuszony szukać czegoś ‘cennego’ na wysypisku śmieci (plastik, szkło, jedzenie…), ponieważ ich matka poważnie zachorowała, a tylko ona utrzymywała rodzinę. Po jakimś czasie chłopak wciągnięty przez inne dzieciaki, został na ulicy. Oczywiście to jedna z wielu ‘dziwnych’ i często tragicznych sytuacji z jakimi można się tu spotkać. Teraz jesteśmy już w domu w Korogocho. Zastaliśmy tutaj nie tylko drugą grupę, ale także prąd i internet!!!! Niezwykłe!!! Po dość leniwym popołudniu idziemy wszyscy razem na co sobotnią adorację w St. Johns.

Tak, od rana byliśmy z nimi. To znaczy, z różnymi dziećmi, ale wszystkie były z Koch. Na dziewiątą poszliśmy do szkoły, w której mogą się one uczyć jak opiekować się chorymi starszymi, żeby pomagać w domu, na przykład przy rodzicach lub rodzeństwie. Dzięki temu wiedzą jak rozpoznać choroby, jak układa się chorych, wiedzą jak działa układ odpornościowy. Właśnie: dzisiaj jest sobota, a oni byli w tej szkole. To dlatego, że mają swoje szkoły, w których uczą się na co dzień. Do tej tutaj przychodzą ci, którzy potrzebują, czyli mają w rodzinie kogoś chorego, kim nie ma się kto zająć. Po zajęciach dzieci mają czas na wspólne gry i zabawy, z czego skorzystaliśmy, i na kubek gorącego “uji”, co również bezwstydnie wykorzystaliśmy. Dziewczynki miały wielką uciechę z zabawy włosami Ewy, Łukasz pogrywał w coś w stylu naszych “dwóch ogni”. Za to po obiedzie w naszym ulubionym “KFC” wzięliśmy udział w zbiórce ministrantów i “flower girls”, czyli dziewcząt tańczących na Mszach. Niestety, nie potrafiliśmy wziąć w nim udziału w pełni, bo cały czas rozmawiali w swahili, ale robili to z taką ekspresją, że aż miło było patrzeć. Dołączyła też dziś do nas nasza druga grupa, czyli tzw. pierwsza. Z upodobaniem dzieliliśmy się przeżyciami i zarzucaliśmy się zdjęciami. Potem razem modliliśmy się na wieczornej adoracji. Wróciliśmy do domu, a z chwilą, kiedy Piotrek wziął do ręki gitarę, nic już nie było takie samo. Właściwie, to zaczyna się wspólny etap naszego doświadczenia, bo jutro rozdzielimy się już tylko na chwilę. A potem będziemy już trzymać się razem… no i relacja będzie bardziej jednolita. 🙂