Latest Entries »

„Tam i z powrotem”

30/31 sierpnia

Nasze doświadczenie dobiegło końca. Dotarliśmy szczęśliwe do Polski, z masą wspomnień i ubogaceni mnóstwem doświadczeń. Wciąż mamy przed oczami wszystkie miejsca, twarze, rozmowy i sytuacje, które miały miejsce przez ten miesiąc. Dziękujemy Bogu za to wszystko, polecając mu wszystkie osoby, które spotkaliśmy oraz problemy, z jakimi się zmagają.

Dziękujemy również WSZYSTKIM, którzy przez ten czas wspierali nas w jakikolwiek sposób: modlącym się za nas, czytającym bloga, członkom akcji „Pocztówka z Kenii” i „Anioł dla Kenii”, naszym przewodnikom, w szczególności Peterowi i Emmanuelowi oraz wszystkim wspólnotom, które nas gościły, szczególnie kombonianom w Korogocho i Amakuriat. Przede wszystkim jednak dziękujemy kombonianom z Krakowa, szczególnie o.Maćkowi, za organizację wyjazdu i nieocenioną pomoc.

Każdy z nas przeżył to doświadczenie inaczej, na swój własny sposób. Każdy z niego wyniósł coś innego. Nie wiemy jeszcze dokładnie jakie będą jego owoce. Jedno jest pewne: jeśli powierzymy to wszystko Bogu, na pewno wyjdzie z tego coś pięknego. I to wystarczy :)

DSCN1886

29 sierpnia

Przedpołudnie spędziliśmy na wizycie w centrum Nairobi – zobaczyliśmy miejscową katedrę, budynek parlamentu, park Uhuru oraz wjechaliśmy na szczyt wieży obserwacyjnej. Popołudnie zajęło nam pakowanie i ostateczne dopinanie na ostatni guzik przygotowań. Nadszedł czas wzruszających pożegnań i ostatnich rozmów. Siedząc w matatu rzucaliśmy ostatnie spojrzenia na Korogocho, które znikało za plecami. Obecnie jesteśmy już na lotnisku, czekając na wejście na samolot. Odezwiemy się już po powrocie.

29 sierpnia

Przedpołudnie spędziliśmy na wizycie w centrum Nairobi – zobaczyliśmy miejscową katedrę, budynek parlamentu, park Uhuru oraz wjechaliśmy na szczyt wieży obserwacyjnej. Popołudnie zajęło nam pakowanie i ostateczne dopinanie na ostatni guzik przygotowań. Nadszedł czas wzruszających pożegnań i ostatnich rozmów. Ledwo przyjechaliśmy, a trzeba już jechać – siedząc w matatu rzucaliśmy ostatnie spojrzenia na Korogocho, które znikało za plecami. Obecnie jesteśmy już na lotnisku, czekając na wejście na samolot. Odezwiemy się już po powrocie.

Czas ucieka

28 sierpnia

Odwiedziliśmy dziś scholastykat w którym pracuje obecnie o. Stefano. Po dość długiej podróży lokalną komunikacją miejską dotarliśmy do tej odmiennej od Korogocho lub nawet centrum Nairobi dzielnicy. Znajdowały się w niej bogate, pokaźne wille i domy, dużo zieleni i zadbane ulice. Pomogło nam to na własnej skórze przekonać się, że Afryka również czyni postępy i rozwija się; miejsca takie jak Korogocho, czy Amakuriat to nie jedyne, co ma do zaoferowania.

Na miejscu zjedliśmy lunch z lokalną wspólnotą i zwiedziliśmy scholastykat. Wybraliśmy się również do pobliskiego Giraffe Centre – małego parku z żyrafami (okazało się, że również z żółwiami!). Krótka wizyta, podczas której karmiliśmy i głaskaliśmy te przesympatyczne zwierzaki, sprawiła nam mnóstwo frajdy.

Nieuchronnie zbliża się koniec naszego doświadczenia. Niechętnie rozpoczęliśmy już przygotowania o wyjazdu. Jutro nasz ostatni dzień, który spędzimy na krótkiej wizycie w centrum.

Pierwsze pożegnania

27 sierpnia

Napenda Kuishi: Uczestniczyliśmy dziś w bardzo podobnych zajęciach co wczoraj – z tą różnicą, że zamiast bajki czytaliśmy Pismo Święte. Wybór padł na historię Adama i Ewy, a później Kaina i Abla. Po wysłuchaniu historii dzieciaki odpowiadały na pytania jej dotyczących, a nagrodą za dobrą odpowiedź były słodycze.

Przeprowadziliśmy dziś też swoje własne „zajęcia”, których pomysłodawczynią była Zuza; przygotowaliśmy na kartkach cytaty z Pisma Świętego, po jednym na każdego podopiecznego. Drogą losowania każdy mógł zabrać dziś dla siebie Słowo Boże. Po wszystkim w ruch poszedł również klej, by udekorować ściany ośrodka owymi cytatami. Pomysł przyjął się bardzo dobrze; przyklejanie kartek na ścianach sprawiło dzieciakom mnóstwo frajdy, mamy również nadzieję, że odczytane Słowo dotarło do nich i ich ubogaciło.

Był to nasz ostatni dzień w Napenda. Bardzo ciężko było nam żegnać się z podopiecznymi i pracownikami – w czasie tych wszystkich dni bardzo się zżyliśmy z tym miejscem. Dziękujemy personelowi za ogromną otwartość jaką nam okazał, oraz życzymy podopiecznym powodzenia w budowaniu nowego, lepszego życia. Będziemy o nich wszystkich pamiętać w swoich modlitwach.

Boma Rescue: Dzisiejszy dzień w Boma Rescue był podobny do wczorajszego. Pierwsza część dnia rozpoczęła się od modlitwy z podzieleniem, a później spędziliśmy czas na wielu różnych zajęciach z dzieciakami – Piotrek pomagał przygotowywać ciapati, siostra grała w łapki, a Kasia uczyła się suahili. Oczywiście kolejny raz bawiliśmy się balonami, jednak tym razem z powodu wysokiej temperatury napełnialiśmy je wodą! Jednak prawdziwa bitwa na wodę rozpoczęła się dopiero po obiedzie. Najpierw dzieciaki miały zajęcia z tańca, a później zaczęliśmy walkę! Ogromną frajdę sprawiało nam i dzieciom wzajemne polewanie. Jednak nasze balony wystarczyły tylko na chwilę zabawy, później poszły w ruch kubki i inne naczynia.
Niestety był to nasz ostatni dzień w Boma, a nasze pożegnania są bardzo długie, dlatego wyszliśmy z ośrodka godzinę później niż planowaliśmy. W rozmowie z wychowawcami wzajemnie dziękowaliśmy sobie za to doświadczenie, dzielenie się swoim życiem i wiarą. Jesteśmy wdzięczni za okazaną życzliwość, otwartość i rodzinną atmosferę. Po pożegnaniu z wychowawcami, wymienieniu się kontaktami nadszedł czas na ostatnie spotkanie z dzieciakami. Było ono trudniejsze niż z wychowawcami. Podczas naszego pobytu bardzo zżyliśmy się, poznaliśmy ich problemy, sytuację. Dzieci nie chciały, żebyśmy wracali do Polski, prosiły, żebyśmy wrócili w przyszłości. To niesamowite, jak bardzo można zżyć się w ciągu kilkunastu dni. Mamy nadzieję, że uda nam się jeszcze wrócić do Boma, a całemu personelowi i dzieciakom życzymy wszystkiego, co dobre i obiecujemy modlitewną pamięć.

„Trwaj chwilo…”

26 sierpnia

Znów podział na grupy:

Napenda Kuishi: Jednym z nowych doświadczeń było uczestniczenie w lekcji czytania dla młodszych podopiecznych. Czytaliśmy na głos bajki, po czym Emmanuel, jeden z naszych przewodników, tłumaczył je na suahili. Po ćwiczeniach przekazaliśmy im również słowa zachęty do nauki czytania i sięgania po książki. Próbowaliśmy przekonać dzieciaki, że umiejętność czytania i pisania jest podstawą edukacji, a ta z kolei pełni bardzo ważną rolę w tworzeniu przyszłości.
Podczas lunchu poznaliśmy też Jonathana, kolejnego z pracowników ośrodka. Sam był kiedyś uzależniony, lecz udało mu się wyjść z nałogu, skończył studia i teraz pracuje w Napenda Kuishi, pracując z tutejszymi podopiecznymi. Od razu nasunęło się nam skojarzenie z Matthew, z Kibiko. Okazało się, że nieprzypadkowo, ponieważ uczestniczyli razem w jednej terapii i są najlepszymi przyjaciółmi. Jego świadectwo i otwartość były dla nas bardzo ubogacające.

Boma Rescue: o. Maciek grał z chłopcami w piłkę, a siostra grała z dziećmi w bierki, łapki, odgadywanie rysunków w języku kiswahili i angielskim, zabawę nadmuchanymi balonami. Po lunchu spotkaliśmy się z Mamą Luka (Rodzina Luka otrzymała nowe łóżko, materac z kocem, po tym jak w wyniku nieszczęśliwego wypadku  niemal wszystko uległo zniszczeniu). Mama Luka była trochę zakłopotana, ale bardzo wdzięczna za pomoc, w zamian za pomoc obiecała modlitwę. Kasia rozmawiała z Johnem. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że mamy za ochroniarza mistrza Kenii w boksie. To dlatego w slumsie nikt nas nie zaczepia! Poza tym John zajmuje się uczeniem dzieciaków gry w piłkę nożną i przy okazji – życia. Piotrek rozmawiał i bawił się z chłopakami.

Dzisiaj świętowaliśmy 7 rocznicę złożenia ślubów wieczystych przez siostrę. Na modlitwie wieczornej siostra odnowiła śluby: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa.

Oprócz tego, dzisiejszego wieczoru opuścił nas Fabio. Jego przygoda w Kenii dobiegła końca; wraca do domu, do Neapolu. Dziękujemy Bogu za wszystko co nasz Włoski kolega zdołał przez te trzy tygodnie wnieść do naszej wspólnoty, polecając Mu go i prosząc dla niego o jak najlepsze owoce przeżytego doświadczenia.

25 sierpnia

Naszym celem było dziś całkiem nowe miejsce – placówka sióstr Misjonarek Miłości, w dzielnicy Huruma. Po porannej Mszy i śniadaniu na miejscu, rozpoczęliśmy pracę z podopiecznymi sierocińca dla niepełnosprawnych, który prowadzą siostry. Praca z upośledzonymi dziećmi była dla nas sporym wyzwaniem, ale przede wszystkim świetną przygodą – mogliśmy np. pomóc w zajęciach z fizjoterapii masując i gimnastykując kończyny dzieci, karmić je, myć i przede wszystkim spędzać z nimi czas i dawać im swoją obecność. Na miejscu poznaliśmy również Marię – młodą dziewczynę pochodzącą z Irlandii, która spędzi tutaj aż cztery miesiące na wolontariacie. Życzymy jej dużo sił, wytrwałości i jak najwięcej ubogacającego doświadczenia!

Chcąc dotrzeć na miejsce skorzystaliśmy z lokalnej taksówki – motocykla o potocznej nazwie „piki piki”. Jazda była – najogólniej mówiąc – emocjonująca. Chyba wolimy tradycyjne, europejskie taksówki :)

Wieczorem zostaliśmy zaproszeni na kolację do domu naszego przewodnika – Petera. Na miejscu poznaliśmy jego żonę, Monicę, oraz syna Franka. Owe spotkanie było też częściowo zaaranżowane w celu pożegnania Fabia, który wyjeżdża już jutro wieczorem. W miłej, radosnej atmosferze spędziliśmy wieczór na śmiechu i rozmowach.

Młodym być

24 sierpnia

Raz w miesiącu organizowane jest w Kariobangi spotkanie młodych ze wszystkich podlegających jej parafii. Podczas spotkania młodzi mogą posłuchać różnych konferencji oraz zajmują się oprawą Mszy Świętej. Dziś przypadało kolejne takie spotkanie, a my wzięliśmy w nim udział. Wysłuchaliśmy ciekawego i pouczającego wykładu o. Giuseppe na temat bycia liderem i zarządzania swoimi talentami po czym uczestniczyliśmy we Mszy. Nie dało się przejść obojętnie obok niesamowitego młodzieńczego wigoru i energii, jakim wręcz kipieli pozostali uczestnicy spotkania.

Po wszystkim udaliśmy się na mały lunch na mieście, następnie wróciliśmy do domu ojców – a było dziś w nim bardzo tłoczno! Gościliśmy w ciągu tego dnia grupę skautów z Włoch pod opieką Kevina. Był to ich ostatni dzień w Kenii. Spędziliśmy go wspólnie, po czym nasi goście ruszyli w drogę powrotną do Włoch.

Była to już dla nas ostatnia niedziela na kenijskiej ziemi (przynajmniej w czasie tego pobytu ;) ). Czas leci bardzo szybko, powoli jest już wyczuwalna atmosfera końca naszego doświadczenia. Tym bardziej więc będziemy starać się wycisnąć z nadchodzących dni jak najwięcej.

Ciągle w biegu

23 sierpnia

Dziś pobyt w ośrodkach został znacznie skrócony; jeszcze przed południem musieliśmy opuścić placówki. Do tego czasu  uczestniczyliśmy z dzieciakami w ich zajęciach i pomagaliśmy wychowawcom w ich pracy. Około południa nasze grupy spotkały się i wspólnie ruszyły do Kariobangi. Był tam organizowany swego rodzaju pokaz talentów, na którym młodzi prezentowali różne występy artystyczne. Załapaliśmy się na pewną humorystyczną sztukę – niewiele z niej zrozumieliśmy, ale za to podziwialiśmy grę oraz mimikę aktorów.

W czasie gdy byliśmy w Kariobangi, s. Ula udała się wraz z Feliksem na małe zakupy. Bynajmniej nie dla siebie – ich celem był zakup łózka, materaca i koca dla Luke’a, jednego z podopiecznych Boma Rescue, z którym siostra szczególnie się zaprzyjaźniła. Żyje z mamą i siostrą w skrajnej biedzie, najprawdopodobniej jest chory na AIDS. Zakupy się udały i Luke otrzyma wyżej wspomniane wyposażenie.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze raz „na moment” do domu formacyjnego sióstr kombonianek, gdzie spędziliśmy czas na kawie i rozmowie. Na nasze nieszczęście, akurat w trakcie drogi powrotnej, rozpętała się burza, co zmusiło nas do biegu. Wieczorem część z nas, mimo wciąż nieustającej deszczowej aury, udała się do St. John na adorację.

Dzień za dniem

22 sierpnia

Boma Rescue:

Nasza dzisiejsza wyprawa do Boma Rescue wiązała się z odwiedzinami w domach (choć większość z nich na taką nazwę nie zasługuje) podopiecznych ośrodka. Dzieciaki przebywają w Boma od 8 rano do 4 po południu. Zaczynają sprzątaniem, by o 9 zgromadzić się na modlitwie. Po śniadaniu mają różne zajęcia w zależności od dnia: angielski, kisuahili, akrobatykę, sport, taniec, muzyka, zajęcia plastyczne, pomoc psychologiczną, religię. Te same zajęcia są po obiedzie, który jest o 13. Potem o 15 jest kąpiel, sprzątanie i do domu. No właśnie… domu. Dzisiaj, wraz z wychowawcami, podzieleni na małe grupki mieliśmy okazję naocznie się przekonać w jakich warunkach żyją te dzieciaki. Kasia z Maćkiem poszli odwiedzić rodziny trójki dzieci. Rodziców Petera (9 lat choć wygląda najwyżej na 5), Florence i Alfreda, żeśmy nie zastali. Dwoje pierwszych mieszkało wraz z rodzeństwem i matką w klitkach zbitych z blachy o powierzchni może 4 m2. Tato Florence zginął w zamieszkach po wyborach prezydenckich kilka lat temu… S. Ula chciała odwiedzić małego Luca, który wczoraj się nie pojawił w Boma. Okazało się, że miał ku temu bardzo konkretny powód. Wczoraj spłonął cały jego „dom” i teraz naprawdę nie mają, gdzie mieszkać…

Napenda Kuishi:

Ciąg dalszy naszej pracy w Napenda Kuishi. Dziś mieliśmy okazję bardziej przejąć inicjatywę i poprowadzić przez dłuższy czas trochę zabaw. Furorę zrobiło proste odbijanie balonu – widać było, że jest to dla dzieciaków niecodzienna frajda. Poznaliśmy rówież lokalną Świecką Misjonarkę prowadzącą katechezę w Napenda, przy czym również jej pomogliśmy.

Dziś mogliśmy wyraźnie poczuć jak powoli tworzą się relacje między nami a podopiecznymi – dzieciaki są zdecydowanie bardziej ufne, uśmiechają się do nas i zaczepiają, prosząc o zabawę. Śmiejemy się chętnie razem z nimi, lecz z tym śmiechem idzie również wciąż nieustający szok – nie może dojść do nas, że te dzieci, w większości w tak młodym, wczesnoszkolnym wieku, zostały zmuszone do życia na ulicy, do spożywania narkotyków etc. Podczas rozmów z pracownikami ośrodka, szczególnie z Mary, pytamy wciąż i wciąż o źródło siły i motywacji do takiej pracy. Odpowiedź jest zawsze ta sama: to nie oni zmieniają te dzieciaki, lecz robi to Jezus, przy pomocy ich rąk. Tylko On sprawia, że wciąż mają siłę by codziennie tu przychodzić i próbować zmienić te dzieciaki, uratować ich ze szponów uzależnień i zmienić ich życie.

Późnym popołudniem, przebywając już pełnym składem w domu, spotkało nas bardzo niespodziewane zjawisko – rozpętało się potężne gradobicie! O. Maciek powiedział, że tak intensywnego gradu nie było tu już od dawna. Myśleliśmy nad tym, jak schronili się przed nim mieszkańcy slumsu, np. sieroty z Napenda Kusihi – bez solidnego dachu nad głową, zdani na pastwę żywiołu.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 502 obserwujących.