Latest Entries »

Troszkę o nas

1Nazywam się Maciej Garmada, mieszkam w Zgłobicach koło Tarnowa. Mam 19 lat, w tym roku zdawałem maturę. Uwielbiam wyprawy górskie oraz podróże, dalekie czy bliskie. Interesuję się również muzyką, literaturą i językami obcymi. Jak zapewne wiele osób w moim wieku, ciągle zadaję sobie pytania: „Co dalej?”, „Gdzie jest moje miejsce w świecie?”, „Jak rozeznać swoje powołanie, to co Bóg dla mnie przygotował?”. Od czasu, gdy poznałem ojców Kombonianów na rekolekcjach szkolnych w 2012 r. i gdy zacząłem jeździć do nich częściej i udzielać się misyjnie w Ruchu TUCUM, zrodziło się we mnie zainteresowanie pracą na misjach, również w kontekście mojego własnego wyjazdu na nie. Po czekającym mnie doświadczeniu misyjnym w Kenii oczekuję sprawdzenia siebie w tych pragnieniach – na ile rzeczywiście mogę i chcę tam pomóc. Mam nadzieję, że Bóg przez ten wyjazd udzieli mi wskazówek odnośnie mojej przyszłości.

 

SAMSUNG DIGITAL CAMERAMam na imię s. Urszula. Od 17 lat jestem we Wspólnocie Sióstr Uczennic Krzyża. Pochodzę z Jastrzębia Zdroju, a obecnie pracuję w Mosinie / Poznania. Moim pragnieniem jest na terenach misyjnych głosić miłość Boga do człowieka i w łączności z Maryją troszczyć się o tych, których wieczność jest zagrożona. Już dziś dziękuję Bogu, mojej Wspólnocie i Misjonarzom Kombonianom oraz dobroczyńcom, że mogę doświadczyć Kościoła misyjnego i realiów życia w Afryce. Ufam, że ten wyjazd pozwoli mi skonfrontować moje wyobrażenie o misjach, poznać siebie i wrócić ubogaconą, by jeszcze lepiej służyć Bogu i ludziom jako Uczennica Krzyża. Mam nadzieję, że ten czas dobrze wykorzystam.
 
 
 
 
 

3Nazywam się Magda Fiec. Mam 23 lata. Urodziłam się i mieszkam w Bytomiu. Jestem przyszłym inżynierem Automatyki i Robotyki. Obecnie pracuję jako kelnerka w restauracji. Jestem osobą otwartą, towarzyską i wesołą. Kocham podróże, a szczególnie takie z dobytkiem na plecach, kartonem w ręce i bliżej nieznanym miejscem noclegu. Lubię wszelkie formy aktywnego wypoczynku: wędrówki górskie, pływanie, kajakowanie, jazdę na rowerze. Świeckich Misjonarzy Kombonianów poznałam trochę ponad rok temu. Nie myślałam wtedy jeszcze o wyjeździe na misje. Znalazłam się na weekendowym spotkaniu niby przypadkiem. Dosyć szybko odczułam, że to może być moje miejsce. Liczę, że udział w doświadczeniu misyjnym pomoże mi wybrać właściwą dalszą drogę.

 

 

4Mam na imię Zuzanna. Mieszkam w Luboniu koło Poznania. Od 5 lat jestem pracownikiem socjalnym w Ośrodku dla osób bezdomnych w Poznaniu. Od wielu lat chciałam wyjechać do Afryki na misje, dlatego jestem bardzo szczęśliwa, że Bóg pozwala mi spełnić to marzenie.
W wolnych chwilach spaceruje z psem, pasjonuje mnie teatr,  ambitne kino, należę do grupy teatralnej „Droga”, Od czasu do czasu piszę bajki dla dzieci i scenariusze teatralne.
Wierzę, że ten wyjazd potwierdzi moją wiarę w człowieka, która jest osadzona w Bogu:)
Wiara w Boga nie pozwala mi zwątpić w człowieka.

 

 

5Hej! Mam na imię Kasia, mieszkam w Piekarach Śląskich. Jestem zaangażowana w różnych grupach, m.in. Ruch Światło-Życie, ruch TUCUM, Towarzystwo Ciemnych Typów im. bł. Frassatiego. Co lubię? HM… Uwielbiam wędrówki po górach, podróże, spotkania z przyjaciółmi. A skąd pomysł na wyjazd? Gdy kilka lat temu spotkałam Kombonianów w moim sercu zaczęło rodzić się pragnienie poznania misji. W tym roku kończę studia na Politechnice Śląskiej, więc mam nadzieję, że ten wyjazd pomoże mi odpowiedzieć na pytanie, czy misje są moim powołaniem. Jadąc do Kenii staram się na nic nie nastawiać i nie mieć oczekiwać. Jak będzie? Nie mam pojęcia, wierzę, że to będzie dobry czas :)

 

 

IMG_7123Nazywam się Piotrek Stopa. Mam 21 lat i pochodzę z Piły. Obecnie studiuję geologię na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Od dzieciństwa jestem związany z harcerstwem, a od kilku lat z Ruchem Światło-Życie. Lubię kontakt z przyrodą i aktywne spędzanie wolnego czasu. Spośród wielu zainteresowań, kraje misyjne oraz ich potrzeby stawały się z czasem dla mnie coraz bliższe. Półtora roku temu, dzięki łasce Bożej, poznałem ojców Kombonianów. Od tego momentu moje pragnienia dotyczące wyjazdu do Afryki nabrały bardziej realnego wymiaru, czego wyrazem jest zbliżające się doświadczenie misyjne w Kenii.

 
 
 
 
 
 

7Na imię mam Maciek i jestem Kombonianinem. Od czterech lat pracuję w naszej krakowskiej wspólnocie. To dla mnie pierwszy wyjazd na Afrykański kontynent. Wcześniej pracowałem w Peru. Teraz cieszę się, że zobaczę ziemię, którą tak bardzo ukochał Daniel Comboni oraz misję afrykańską w wydaniu kenijskim. Mam nadzieję, że ten wyjazd będzie prawdziwym ubogaceniem dla każdej osoby z naszej grupy i wszystkich ludzi, których spotkamy. Habari Yako, Kenia!

IMG_6974Ruszamy 31 LIPCA

 

I już w domu…

SONY DSC Jak już wszyscy wiedzą, ekipa ugandyjska [w niezmienionym składzie] szczęśliwie dotarła do Polski. Wrażeń i wspomnień jest wiele w naszych sercach. Z pewnością co nieco dowiecie się z naszych opowieści i zdjęć – dlatego już teraz zapraszam na różne spotkania i świadectwa prowadzone przez naszą grupkę. Najbliższe takie wydarzenie w Jastrzębiu, w parafii NMP Matki Kościoła w sobotę 5 października o 19.00. O innych wydarzeniach będziemy informować różnymi drogami. Zapraszamy!
A na koniec chcemy wszystkim podziękować za to że byliście tam z nami, że wspieraliście nas modlitwą i ofiarą. Dziękujemy za wszystkie komentarze i w ogóle za czytanie naszego bloga.
Pozdrawiamy!
Ekipa ugandyjska.

D-Day

Wskazówki zegara nieubłagalnie pędzą do przodu zamieniając ostatnie minuty w względne sekundy. Pod osłoną nocy wrzucamy bagaże na naszego pick-up’a, by za chwilę wyruszyć na lotnisko. Ostatni dzień bynajmniej nie sprzyja na pisanie bloga. Mimo całego zamieszania, udało nam się jednak znaleźć czas na indywidualne westchnienie nad Afryką- to konieczne, gdyż tylko pod wpływem refleksji nad wydarzeniem możliwe jest doświadczenie.

Po zatłoczonych ulicach Kampali poruszaliśmy się dzisiaj na Boda – Boda. Mknąc przez miasto, mijaliśmy elegancko ubranych ludzi, ekskluzywne obiekty oraz nowoczesne samochody. Sceneria drastycznie się zmieniła, kiedy weszliśmy do slumsów w Nabuongo. Ubóstwo, rozpadające się budowle, zanieczyszczona woda, brud, unoszący się w powietrzu nieprzyjemny zapach… Taka jest rzeczywistość mieszkających tam 40 tysięcy ludzi. Skrajne warunki życia nie zabijają jednak ich radości. Niemal wszyscy witali nas uśmiechem i ciepłym słowem. Jedna z kobiet, które odwiedziliśmy, powiedziała nam: Nie przepraszajcie, że nie macie dla nas podarunku, nam wystarczy, że nas kochacie.
Następnie powróciliśmy do ośrodka In Need Home, w którym zorganizowana jest szkoła dla dzieci ze slumsów. Z naszych obserwacji wywnioskowaliśmy, że znajduje się tam tylko jedna sala lekcyjna. Gwarantowana edukacja dziecka trwa tylko przez pierwsze 3 lata nauki. Jeśli nie uda się pozyskać dofinansowania, uczeń powtarza rok lub kończy ją na tym etapie.
Bardzo poruszyła nas historia jednego z podopiecznych tego ośrodka. W wyniku pożaru w slumsie, mały chłopiec i jego rodzina stracili dom. Obecnie dziecko mieszka w ośrodku – tam nocuje i uczęszcza na zajęcia. Natomiast jego bezdomni rodzice błąkają się pomiędzy barakami. Pomocną dłoń wyciągają do nich pozostali mieszkańcy slumsów, którzy chętnie dzielą się tym co mają. Oferują nocleg i zapraszają na bardzo skromne, ale wspólne posiłki.
Dzisiejszy dzień, był dla nas kolejną, ugandyjską lekcją miłości.

I powoli zataczamy koło

Po pożegnaniu się z Mamkami, które specjalnie dla nas wcześnie rano wstały, pojechaliśmy na nasz autobus. Do Kampali podróżowaliśmy transportem publicznym. Na początku podroży prowadzący odmówił modlitwę. Dało to nam sposobność do zastanowienia się: czy w Polsce ktoś odważyłby się rozpocząć modlitwę na dobrą drogę w autobusie komunikacji miejskiej. Moim zdaniem byłoby to nie realne m.in. dlatego, że balibyśmy się co pomyślą inni. W Ugandzie pomimo różnorodności wyznań nikt nie był zaskoczony i wszyscy wspólnie się modlili.
Sześciogodzinna podróż minęła nam bardzo szybko i dotarliśmy do stolicy Ugandy. Od razu zauważalna była różnica między zakorkowaną, głośną Kampalą, a spokojnym Gulu.
Naszym miejscem zakwaterowania stał się dom ojców Kombonianów, w którym spędziliśmy pierwszą noc. Wróciliśmy z powrotem tam, gdzie już byliśmy -powoli zataczamy koło naszej wyprawy.
Na koniec dnia odwiedziliśmy Wspólnotę Świeckich Misjonarzy Kombonianów. Razem z jej członkami uczestniczyliśmy we Mszy Świętej, po której spędziliśmy razem miły wieczór.
Pozdrawiam
Agata

Na zawsze w naszej pamięci

I nadszedł dla nas ostatni dzień w St. Jude. Był to trudny czas pożegnań. Rano odwiedziła nas Pasca, wspominaliśmy o niej wcześniej, przy okazji wizyty w jej domu. W ramach podziękowania za odwiedziny zrobiła dla nas afrykańskie torebki, które dziś nam podarowała. Wiedząc wcześniej o jej wizycie, przygotowaliśmy dla niej prezent. Kupiliśmy jej dwie kury i koguta. Była to dla niej i jej dzieci ogromna niespodzianka. Na pożegnalny obiad zaprosił nas Brat Elio. Mogliśmy z nim spędzić więcej czasu. Po lunchu obejrzeliśmy prezentację na temat Ugandy, wojny, która skończyła się 7 lat temu oraz historii ośrodka St. Jude. Wieczorem odwiedził nas o. Ramon z Liry. Przyjechał, aby nas pożegnać. Jednak najważniejsze były ostatnie chwile spędzone z dziećmi. Do Polski przywieziemy ze sobą listy, które dla nas przygotowały, ale nie tylko to. W nasze serca wpisały się ich twarze i imiona. Każdy z nas zapamięta ludzi z plemienia Acholi, jako otwartych, miłych i kochających innych. I na zawsze pozostaną w naszej pamięci. A jutro wczesnym rankiem wyruszamy do Kampali.
Krysia

Afryka deszczowymi łzami płacząca

Kolejny dzień w Afryce przywitał nas deszczem i chłodem. Może Afryka tak samo jak my nie chce naszego wyjazdu? Po wczorajszym powrocie do naszego domu w Gulu i cudownym powitaniu przez dzieci, które wręcz piszczały z radości i długo wtulały się w każdego z nas, przywitały nas mamki słowami „ Witamy z powrotem w domu” oraz „ Modlimy się abyście ponownie do nas przyjechali”. To pokazało nam, że w tak krótkim czasie naprawdę staliśmy się członkami tej społeczności, a nie tylko zwykłymi muzungu, które przyjechało zobaczyć jak wygląda życie na Czarnym Lądzie. Mam nadzieję, że dla każdego z nas bycie tutaj okaże się cennym wydarzeniem w naszym życiu, które zaprocentuje w przyszłości może niekoniecznie wyjazdem na misje , ponieważ bycie misjonarzem tak naprawdę jest wpisane w życie każdego ochrzczonego człowieka. Ważniejsze jest to czy będziemy umieli wpleść elementy naszej rzeczywistości ugandyjskiej w codzienną rzeczywistość w Polsce. Czasami może szarą, może trudną ale też mimo wszystko piękną. Wspaniale będzie wykorzystać zdobyte tu doświadczenie, wiedzę, umiejętności, spojrzeć na świat trochę inaczej, więcej być a mniej mieć.
Dzisiejszy dzień w pewien sposób różnił się od poprzednich , ponieważ dzieci najprawdopodobniej wiedzą lub czują, że nasz wyjazd już się zbliża bo tak naprawdę Gulu opuszczamy już w czwartek rano. Dlatego też mimo zabaw i wykorzystywania krótkich chwil, gdy dzieci miały przerwę na posiłek lub gdy po skończonych lekcjach wspólnie spędzały z nami czas nie sposób nie zauważyć, że były smutne i przygaszone. W ciągu tych kilku tygodni bardzo się ze sobą zżyliśmy i choć być może nikt z nas nie spotka już nigdy dzieci z St. Jude w Gulu to na pewno to spotkanie z nimi na zawsze pozostanie w pamięci każdego z nas niezależnie od tego czy było to pierwsze doświadczenie misyjne, kolejne, czy ostatnie. Może pewnego dnia ktoś z nas podobnie jak Danusia, opuści kraj i wyjedzie na doświadczenie misyjne? Czas pokaże… Póki co chciałam wam Drodzy Czytelnicy naszego bloga podziękować za dotychczasowego jego śledzenie, wszelkie komentarze i ciepłe słowa. Oczywiście zapraszamy do śledzenia kolejnych ostatnich już dni w Ugandzie. Pamiętamy o Was, tęsknimy i już niedługo wracamy! Pozdrawiam.
Iwonka

Ps. Poniżej zaległe zdjęcia z weekendu w Matany (w końcu!!!)

Pierwsze poważne pożegnanie mamy już za sobą. Dziś wróciliśmy do Domu Dziecka w Gulu, zostawiając Matany i naszą Danę. Dziękowała za odwiedziny, sprzęty do rehabilitacji, a przede wszystkim możliwość spędzenia czasu choć z częścią osób tworzących grupę Świeckich Misjonarzy Kombonianów. Dla nas to też był dobry czas. Świadectwo Dany dało dużo do myślenia. Chociaż jej standardowy dzień to głównie praca (zaczyna się rano i z przerwą na obiad, kończy ok. 18), to wcale nie znaczy, że nie ma czasu na bycie misjonarzem. To właśnie szpital jest głównym miejscem tej działalności. Wypełnia ją przez staranie się o uśmiech, nawet jeżeli przeżywa trudne chwile, przez jak najlepsze wypełnianie swoich obowiązków, przez pracę nad cierpliwością w kontaktach z pacjentami, wysłuchiwanie ich próśb, życzliwą rozmowę, czyli wymaganie od siebie, nawet jeżeli dobry humor i łagodność nie przychodzą naturalnie. O szczegółach tej misji można przeczytać na blogu Dany, ale spotkanie z nią twarzą w twarz budzi zapał do pracy nad sobą i radość z każdej chwili życia, czym koniecznie chciałam się w tym miejscu podzielić :) Dzień ten naznaczony był także informacjami napływającymi z Nairobi, dotyczącymi zamieszek w supermarkecie. I chociaż Uganda cieszy się pokojem już dobrych kilka lat, dziś spotkaliśmy świadka niebezpiecznych wydarzeń z czasów wojny. Podczas podróży do Gulu (jak pisałam wyjechaliśmy dziś z Matany) zatrzymaliśmy się w Sanktuarium Maryjnym w Iceme, gdzie gospodarz, o. Ferdinando Moroni opowiedział nam o kilku sytuacjach, w których otarł się o śmierć. Jedna z nich to historia napadu na misję komboniańską. Ojcowie zostali zmuszeni do zapłaty okupu za swoje życie… Uzbrojeni napastnicy trzymając karabiny grozili śmiercią… Jeden z ojców oddał wszystkie pieniądze, które miał przy sobie… Za mało… Rebelianci wyciągnęli granat… Kombonianin udzielił grupowego rozgrzeszenia… Zaprowadzono wszystkich od jednego pokoju… Zamknięto… A napastnicy odjechali… Dopiero później okazało się, że byli to żołnierze prezydenta Musseveniego, a nie rebelianci… Świadectwo ojca pozwoliło choć trochę zrozumieć niebezpieczeństwo wojennej rzeczywistości. I choć teraz panuje tu pełen pokój, sytuacja z Kenii czy Syrii pokazuje, że trzeba jeszcze wiele modlitwy…

Po prostu pokochać

Kto by pomyślał, że rozmowa z całkiem obcą osobą może coś we mnie zmienić. Nie wiem jak wy, ale ja uważałam, że moje życie zależy przede wszystkim ode mnie. A jednak dzisiejszy dzień pokazał, że nie do końca tak jest. Spotkanie z kolejną wspólnotą Kombo w Kangole, a zwłaszcza świadectwo życia siostry Bruny, kombonianki, zmieniło moje myślenie. Siostra, która od 30 lat żyje wśród plemienia Karimojong, uświadomiła mi, że powołanie misyjne nie jest związane z powołaniem do miejsca, często bardzo odległego, ale jest powołaniem do życia z ludźmi, których trzeba tak po prostu pokochać. Bo dopiero dzięki tej miłości mogę stać się misjonarzem, a bez niej… (no właśnie, kim jesteśmy bez miłości).

PS. Wciąż nie mamy bezpośredniego dostępu do neta, więc także dziś nie będzie zdjęć. Nadrobimy to być może jutro, jak już będziemy z powrotem w Gulu.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 453 other followers