Latest Entries »

Dzień za dniem

22 sierpnia

Boma Rescue:

Nasza dzisiejsza wyprawa do Boma Rescue wiązała się z odwiedzinami w domach (choć większość z nich na taką nazwę nie zasługuje) podopiecznych ośrodka. Dzieciaki przebywają w Boma od 8 rano do 4 po południu. Zaczynają sprzątaniem, by o 9 zgromadzić się na modlitwie. Po śniadaniu mają różne zajęcia w zależności od dnia: angielski, kisuahili, akrobatykę, sport, taniec, muzyka, zajęcia plastyczne, pomoc psychologiczną, religię. Te same zajęcia są po obiedzie, który jest o 13. Potem o 15 jest kąpiel, sprzątanie i do domu. No właśnie… domu. Dzisiaj, wraz z wychowawcami, podzieleni na małe grupki mieliśmy okazję naocznie się przekonać w jakich warunkach żyją te dzieciaki. Kasia z Maćkiem poszli odwiedzić rodziny trójki dzieci. Rodziców Petera (9 lat choć wygląda najwyżej na 5), Florence i Alfreda, żeśmy nie zastali. Dwoje pierwszych mieszkało wraz z rodzeństwem i matką w klitkach zbitych z blachy o powierzchni może 4 m2. Tato Florence zginął w zamieszkach po wyborach prezydenckich kilka lat temu… S. Ula chciała odwiedzić małego Luca, który wczoraj się nie pojawił w Boma. Okazało się, że miał ku temu bardzo konkretny powód. Wczoraj spłonął cały jego „dom” i teraz naprawdę nie mają, gdzie mieszkać…

Napenda Kuishi:

Ciąg dalszy naszej pracy w Napenda Kuishi. Dziś mieliśmy okazję bardziej przejąć inicjatywę i poprowadzić przez dłuższy czas trochę zabaw. Furorę zrobiło proste odbijanie balonu – widać było, że jest to dla dzieciaków niecodzienna frajda. Poznaliśmy rówież lokalną Świecką Misjonarkę prowadzącą katechezę w Napenda, przy czym również jej pomogliśmy.

Dziś mogliśmy wyraźnie poczuć jak powoli tworzą się relacje między nami a podopiecznymi – dzieciaki są zdecydowanie bardziej ufne, uśmiechają się do nas i zaczepiają, prosząc o zabawę. Śmiejemy się chętnie razem z nimi, lecz z tym śmiechem idzie również wciąż nieustający szok – nie może dojść do nas, że te dzieci, w większości w tak młoddym, wczesnoszkolnym wieku, zostały zmuszone do życia na ulicy, do spożywania narkotyków etc. Podczas rozmów z pracownikami ośrodka, szczególnie z Mary, pytamy wciąż i wciąż o źródło siły i motywacji do takiej pracy. Odpowiedź jest zawsze ta sama: to nie oni zmieniają te dzieciaki, lecz robi to Jezus, przy pomocy ich rąk. Tylko On sprawia, że wciąż mają siłę by codziennie tu przychodzić i próbować zmienić te dzieciaki, uratować ich ze szponów uzależnień i zmienić ich życie.

Późnym popołudniem, przebywając już pełnym składem w domu, spotkało nas bardzo niespodziewane zjawisko – rozpętało się potężne gradobicie! O. Maciek powiedział, że tak intensywnego gradu nie było tu już od dawna. Myśleliśmy nad tym, jak schronili się przed nim mieszkańcy slumsu, np. sieroty z Napenda Kusihi – bez solidnego dachu nad głową, zdani na pastwę żywiołu.

Siła marzeń

21 sierpnia

Kolejna wizyta w ośrodkach, kolejny podział w tym samym składzie:

Napenda Kuishi:

Nowością w porównaniu z poprzednimi wizytami była dziś dla nas możliwość zobaczenia razem z pracownikiem socjalnym miejsca, gdzie nocuje część podopiecznych. Była to mała, brudna, pusta sala w jednym z pseudo-domów w głębi slumsu. W środku jedno łóżko, na którym śpi zdecydowanie zbyt duża ilość dzieciaków. Na dodatek miejsce noclegu w ciągu dnia służy jako… kurnik! Była to dla na króka, lecz bardzo wstrząsająca wizyta. Nie mogliśmy uwierzyć, że życie może zmusić te dzieci, niektóre nawet w wieku przedszkolnym, do ucieczki na ulicę, do życia w takich warunkach.

Resztę dnia spędziliśmy uczestnicząc w różnych zajęciach dzieciaków – rysowaniu, czytaniu, a po lunchu, w meczu piłki nożnej.

Boma Rescue:

Po dwóch dniach przerwy wróciliśmy do Boma Rescue. Tym razem zorganizowaliśmy z dzieciakami przygotowywanie kartek pocztowych, które wkrótce mamy nadzieję dotrą do Polski z pozdrowieniami naszymi i dzieciaków. Trochę ciężko było ogarnąć setkę małych artystów, ale z pomocą pracowników ośrodka nawet na tyle sprawnie nam to poszło, że skończyliśmy na długo przed przerwą obiadową. Po południu mieli mieć warsztaty plastyczne z trochę bardziej profesjonalnym prowadzeniem niż nasze, ale się okazało, że Peter z Ndoto Arts (Sztuka Marzeń) nie dotarł do ośrodka na czas i znowu musieli się zdać na nasze pomysły. Zaproponowaliśmy im narysowanie ich samych za dwadzieścia lat, co zaowocowało odkrywaniem ich marzeń. Kim chcą zostać dzieciaki ze slumsów? Pilotami, lekarzami, pielęgniarkami, nauczycielami, dziennikarkami, fryzjerkami, żołnierzami, elektrykami, prawnikami (jak Alice), itd. Czy szkoła marzeń dla nich się zrealizuje? Dla niektórych jest nadzieja, że tak, jak w przypadku Viony, która, choć nie jest z ośrodka, to też jest dziewczyną ze slumsów, która już była w Szwecji by tam szkolić w praktyce swoje talenty z dziedziny fotografii…

Jutro wizyty domowe u rodzin dzieci.

„Stop and stare”

20 sierpnia

Odbyliśmy dziś dzień skupienia u lokalnej wspólnoty Taizé, niedaleko Korogocho. Była to dla nas okazja do refleksji i wyciszenia się po sporej ilości wrażeń, jakich dostarczył dotychczasowy pobyt. Prowadzącym rekolekcje był o. Stefano – kombonianin przebywający dawniej w Polsce i przyjaciel krakowskiej wspólnoty. Aktualnie zajmuje się formacją postulantów w Nairobi.

Podczas rekolekcji podsumowaliśmy to, co do tej pory się wydarzyło. Rozmyślaliśmy nad tym jak wpłynęły na nas te wydarzenia, co się zmieniło od czasu wyjazdu. Następnie zjedliśmy lunch razem z braćmi ze wspólnoty, by po nim przejść do kolejnego punktu – medytacji Słowa Bożego. Zakończyliśmy dzień Mszą Świętą.

Jesteśmy bardzo wdzięczni Bogu za ten dzień. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że potrzebowaliśmy tego czasu zatrzymania, wyciszenia i zajrzenia w głąb siebie.

Jest o co walczyć

19 sierpnia

Kolejny długi, pracowity dzień za nami. Dziś spędziliśmy go poza Nairobi, w Kibiko. Odwiedziliśmy tam wspominany już we wcześniejszych postach drugi ośrodek Napenda Kuishi. Na miejscu poznaliśmy lokalnych pracowników socjalnych oraz podopiecznych – zarówno dzieci, jak i dorosłych. Ośrodek ten bowiem prowadzi terapie dla jednych i drugich. Podczas rozmowy w sali spotkań poznaliśmy szczegóły pracy z uzależnionymi; jakie są jej największe wyzwania i trudności. Wysłuchaliśmy też pięknego świadectwa pracownika socjalnego o imieniu Matthew, który przez głębokie uwikłanie w alkohol i narkotyki zniszczył sobie życie, jednak dzięki ciężkiej pracy i wierze udało mu się wyjść z nałogu i naprawić zburzone relacje z rodziną. Teraz sam służy pomocą innym uzależnionym.

Po lunchu spędziliśmy czas z dzieciakami, poznając ich i bawiąc się z nimi. Grupa, którą poznaliśmy to jedynie mała część wszystkich podopiecznych – reszta od wczoraj przebywa w domach na czas wakacji, czego byliśmy naocznymi świadkami (patrz: poprzedni post). Do Kibiko trafiają dzieci, które przeszły już terapię w Korogocho; jest to swego rodzaju kolejny etap. Widzieliśmy wyraźnie jak bardzo te dzieci, które dziś spotkaliśmy różnią się od tych z Korogocho – mieliśmy przed oczami grzeczne, ułożone dzieciaki. Nie mogliśmy uwierzyć, że kiedyś mogli oni wyglądać i zachowywać się tak samo jak ci odurzeni klejem, niesforni podopieczni z Napenda Kuishi w Korogocho. Było to bardzo budujące doświadczenie, dające żywy dowód na to, że projekt działa i zmienia życie swoich podopiecznych.

Znajome twarze

18 sierpnia

Dziś ponownie odwiedziliśmy znane nam już ośrodki Boma Rescue i Napenda Kuishi, gdzie pracowaliśmy i bawiliśmy się z podopiecznymi. Dokonaliśmy jednak podziału na grupy: do Boma Rescue udali się: o. Maciek, s. Ula, Kasia i Piotrek, natomiast do Napenda Kuishi: Maciek, Zuza, Magda i Fabio. Będziemy spędzać czas w tych ośrodkach jeszcze przez parę innych dni naszego pobytu tutaj, najprawdopodobniej utrzymując powyższy podział. Oto krótka relacja ze strony poszczególnych grup:

Boma Rescue: Przywitawszy się z pracownikami ośrodka zaczęliśmy ustalać szczegóły współpracy, przynajmniej na najbliższy tydzień. W tym czasie dzieciaki rozpoczęły już codzienny moment modlitwy, do którego ochoczo dołączyliśmy. Wprawdzie nic nie rozumieliśmy, bo wszystko było w suahili, ale dzięki tłumaczeniom Petera i Joshuy pojęliśmy, że była czytana Przypowieść o Siewcy. Po lekturze niektóre dzieci podzieliły się wobec wszystkich co dla nich osobiście te słowa Jezusa oznaczają.

Po małym śniadaniu towarzyszyliśmy dzieciakom w trakcie zabaw i sportu. Furorę zrobiła grupa akrobatyczna, w której od razu odnalazły się siostra i Kasia. Piotrek i o. Maciek wybrali bardziej „kopaną” odmianę sportu. Po dwóch godzinach gry byliśmy pokryci kurzem niemalże od stóp do głów.

Co nam pokażą kolejne wizyty w Boma Rescue – tego nie wie nikt. Wracamy tam w najbliższy czwartek.

Napenda Kuishi: Gdy dotarliśmy do ośrodka, okazało się, że trafiliśmy na wyjątkowe wydarzenie: dziś powracają do domu na czas wakacji podopieczni bliźniaczej placówki Napenda Kuishi w Kibiko. Udaliśmy się wraz z pracownikami socjalnymi, Scholasticą i Stevenem na spacer do domów dzieciaków, w celu „przekazania” ich w ręce ich rodzin lub opiekunów. Była to świetna okazja by zejść z najczęściej przez nas uczęszczanych, głównych ulic i wejść w głąb slumsu. Często domy, które odwiedzaliśmy ukryte były w gąszczu ciasnych, ubłoconych uliczek. Przyjrzeliśmy się również bliżej warunkom życia mieszkańców – bardzo często to ciasne, brudne, pojedyncze izby. Gospodarze domów, gdy usłyszeli kim jesteśmy i po co jesteśmy w Korogocho, okazywali często sporą radość i wdzięczność za odwiedziny.

Podobnie jak ekipa z Boma Rescue – ponownie zawitamy do ośrodka w najbliższy czwartek. Ciekawi jesteśmy jak będzie układała się współpraca z tą trudną młodzieżą. Dziś nie mieliśmy zbyt wiele czasu by z nimi pobyć, ponieważ byliśmy na zewnątrz, jednak z niecierpliwością wyczekujemy kolejnych wizyt.

Po południu udaliśmy się już wszyscy razem do domu formacyjnego sióstr kombonianek. Na miejscu poznaliśmy tamtejszą wspólnotę, w większości złożoną oczywiście z postulantek. Wizyta ta miała szczególny wydźwięk – dziś świętowała urodziny jedna z postulantek, Egipcjanka Rania. Prawdę mówiąc urodziny obchodziła miesiąc temu, jednak w tym czasie nie była razem ze współsiostrami, dlatego świętowanie we wspólnocie przełożono na dzisiejszy dzień. Spędziliśmy razem czas w rodzinnej, miłej atmosferze – wspólny posiłek, następnie gry, zabawy, rozmowy i dużo śmiechu.

Znowu w Korogocho

17 sierpnia

Na dzisiejszej Mszy Świętej w St. John spotkała nas nie lada gratka – mogliśmy zobaczyć kenijski ślub! Obrządek nie różnił się zbytnio od polskiego, za wyjątkiem jednego faktu, który na pewno nieczęsto można ujrzeć w naszym kraju. Mianowicie, podczas owej Mszy Świętej, panna młoda przyjmowała także Chrzest, Bierzmowanie oraz Komunię Świętą! Cała uroczystość była ciekawym doświadczeniem, które ponownie uświadomiło nam, że w slumsie też jest życie, pomimo tylu problemów i odpychających, ciężkich warunków. Życie, które ma się dobrze, w którym jest miejsce na miłość i szczęście.

Po południu, dzieląc się na grupy, odwiedziliśmy również okoliczny dom pre-postulantów oraz Feliksa, przyjaciela wspólnoty. Dom pre-postulantów służy pomocą w rozeznawaniu powołania misyjnego, zanim przystąpi się do formacji. Wstępni kandydaci uczą się w nim między innymi życia we wspólnocie, poznają też charyzmat komboniański.

Odwiedziny u Feliksa były z kolei spowodowane czymś więcej niż tyko chęć rozmowy. Feliks chciał bowiem, żeby ktoś poświęcił jego nowe mieszkanie – mówił, że nie zamieszka w nim, dopóki to się nie stanie. Ta z pozoru dziwna postawa daje jednak wyraźnie do zrozumienia, jak wierni w Korogocho podchodzą do życia z Bogiem. Jak powiedział na wieczornym podzieleniu o. Maciek Zieliński: my często zamykamy się na Boga, chcąc robić coś po swojemu – oni zapraszają Go do każdych, nawet najbardziej codziennych i zwyczajnych czynności i spraw.

 

„Wsi spokojna, wsi wesoła!”

Jak już o.Maciek napisał – podczas pobytu w Amakuriat nie mieliśmy dostępu do Internetu. Zapraszamy więc do nadrobienia zaległości przez lekturę poniższej relacji podsumowującej nasz pobyt w tym urokliwym miejscu. :)

9 sierpnia

Wyjechaliśmy z Nairobi o świcie. Naszym środkiem transportu było matatu – coś na wzór polskiego busa. Podróż (głównie przespana) minęła zadziwiająco szybko – nim się obejrzeliśmy, nastały godziny popołudniowe i byliśmy w Kitale. Tam przesiedliśmy się do kolejnego matatu, tym razem już do Amakuriat. Od tego momentu podróż stała się bardziej wymagająca – równy, w miarę gładki asfalt zamienił się w piaszczystą i BARDZO wyboistą drogę. W tych „skocznych” klimatach dojechaliśmy około północy do Amakuriat. Na miejscu powitał nas o. Titus, przyjaciel o. Maćka z czasów nowicjatu w Peru, aktualnie przebywający na tutejszej placówce. Zmęczeni, od razu zabraliśmy się za odsypianie podróży.

10 sierpnia

Od następnego dnia rozpoczęliśmy „pełną parą” naszą przygodę w Amakuriat. Poznaliśmy resztę lokalnej wspólnoty,  o. Tomasa, br. Cesara, scholastyków Piusa i Christophera oraz mieszkające po sąsiedzku siostry kombonianki: s. Gabriela, s. Rosa, s. Irene oraz s. Inez. Przede wszystkim jednak poszerzaliśmy swoją wiedzę o tym całkowicie innym niż Korogocho miejscu.
Amakuriat to ogromna, długa na ok. 90 km i szeroka na 30 km parafia, w skład której wchodzi również wioska o tej samej nazwie, w której aktualnie przebywamy. Parafia znajduje się na terenach typowo naturalnych i rolniczych – zdecydowaną większość terenu stanowią lasy, sporadycznie pojawiają się małe wioski. Teren ten zamieszkuje ludność plemienia Pokot. Jest to plemię pasterskie, trudniące się wypasem zwierząt i pracą na roli. Miejscowi misjonarze służą dla nich pomocą przede wszystkim duszpasterską, jeżdżąc po okolicznych kaplicach, by odprawiać Mszę Świętą i udzielać sakramentów, ale również prowadzą szkoły, kliniki medyczne itp. Pobyt tutaj będzie jest dla nas okazją do zobaczenia misji trochę odmiennej od tej w Korogocho.
Pierwszego dnia po przyjeździe uczestniczyliśmy we Mszy Świętej w kościele w Amakuriat. Ponownie urzekł nas zapał i zaangażowanie Afrykańczyków w przeżywanie liturgii. Mogliśmy zaobserwować wśród wiernych elementy folkloru plemienia Pokot, np. charakterystyczny ubiór. Zostaliśmy również przywitani przed całą wspólnotą, podobnie jak w St. John. Po południu udaliśmy się na kolejną Mszę, tym razem poza Amakuriat, do kaplicy we wiosce o nazwie Kalapata, wysoko w górach. Dotarliśmy tam pick-upem, prowadzonym przez o. Titusa. Podczas jazdy na pace mogliśmy podziwiać piękno okolicy – imponujące widoki podczas wjeżdżania na szczyt zapierały dech w piersiach. Na miejscu, po Mszy Świętej spędziliśmy czas na poznawaniu się i zabawie z tamtejszą ludnością Pokot.

11 sierpnia

Poniedziałkowe przedpołudnie spędziliśmy na poznawaniu tutejszej placówki kombonianów. Podczas zwiedzania dowiedzieliśmy się jak funkcjonuje tutejsza gospodarka, zobaczyliśmy wraz z siostrami ogród, oraz poznaliśmy strukturę tutejszej działalności edukacyjnej i medycznej. Siostry kombonianki prowadzą tutaj przedszkole oraz internat dla starszych dzieci, które uczęszczają już do szkół. Co się tyczy opieki medycznej – działa tu przychodnia, którą zarządza s. Gabriela, oraz laboratorium. Zobaczyliśmy na własne oczy siostrę przy pracy, oraz długą kolejkę pacjentów czekających na wejście.

Po południu udaliśmy się wraz w odwiedziny do chorych i potrzebujących, a konkretnie dwóch samotnych kobiet. Dotarcie na miejsce nie było rzeczą najłatwiejszą – po dojechaniu do pewnego momentu pick-upem musieliśmy dalej iść pieszo. Gdy już byliśmy u celu, naszym oczom ukazała się bardzo mała, zbudowana z gliny i pokryta słomą chatka. Wewnątrz jedna, bardzo mała izba, w której żyja kobieta o imieniu Sabina, wraz z dwójką wnucząt. O. Titus powiedział nam, że Sabina została opuszczona przez bliskich i pozostawiona na pastwę losu. Na dodatek ma coraz większe problemy ze wzrokiem. Słuchanie o tym wszystkim i obserwowanie warunków życia Sabiny wstrząsnęło nami do głębi – szokujące było to, że mimo tylu przeciwności daje sobie radę, na dodatek opiekując się małymi dziećmi. Podobne odczucia mieliśmy przy drugich odwiedzinach u kobiety imieniem Mary. Jest bardzo chora, w dzieciństwie miała wodogłowie. Cudem jest, że wciąż żyje. Bardzo nas zszokowała jej głęboka wiara, jaką okazała, ciesząc się, dziękując Bogu, że przyszliśmy i błogosławiąc nas. Widok chorowitej kobiety, ale uradowanej prawie do łez z naszych odwiedzin ponownie wprawił nas w refleksję – jak niewiele trzeba, żeby uszczęśliwić drugiego człowieka? U obu kobiet zostawiliśmy również dary, które dzień wcześniej zostały przyniesione pod ołtarz podczas Mszy Świętej. Bardzo spodobał nam się fakt, że owe produkty są rozprowadzane wśród tych, którzy ich najbardziej potrzebują.

12 sierpnia

We wtorek rano mieliśmy spotkanie z o. Tomasem na temat parafii. Dowiedzieliśmy się jak powstała, jej struktury, funkcjonowanie i problemy, z jakimi się zmaga. Jednym z nich jest brak współpracy z większością misji protestanckich. Innym trudnym wyzwaniem jest przekonanie tubylców do zmiany pewnych rdzennych, sprzecznych z nauką Kościoła tradycji, np. poligamii. Po konferencji udaliśmy się na spotkanie lokalnej jumui, czyli małej wspólnoty chrześcijańskiej. Poznaliśmy na niej między innymi Samuela, który jest lokalnym katechistą. Podzieliliśmy się odczuciami co do niedzielnej Ewangelii, a następnie spędziliśmy wspólnie czas na rozmowach i poznawaniu się nawzajem. Ponownie uderzyła nas niesamowita gościnność i otwartość Afrykańczyków na drugiego człowieka. Widać to również w czasie podróżowania pick-upem, gdy mijamy po drodze wielu obcych ludzi, z których zdecydowana większość pozdrawia nas ochoczo machaniem ręki. Zgodnie stwierdziliśmy, że jest to ogromny kontrast w stosunku do naszej, polskiej mentalności.
Po spotkaniu udaliśmy się do pobliskich kopalń złota. Tak, złota! :) Jest go tu bardzo niewiele, ale jednak na tyle, by jego wydobywanie było skromnym źródłem zarobku dla tutejszych. Zobaczyliśmy jak pracownicy, po długim czasie przebywania pod ziemią wydobywają z wykopanych tuneli worki z pyłem, który następnie jest żmudnie płukany w celu znalezienia choć drobinki cennego metalu. Z powodu obecnych tu złóż powstała tu wioska, której mieszkańcy żyją tylko z wydobywania. Zszokował nas fakt, że mieszkańcy tej wioski nie mają praktycznie żadnej innej opcji – muszą pracować. Porównywaliśmy swoje dzieciństwo, podczas którego mieliśmy czas i możliwość być dziećmi z dzieciństwem mieszkańców owej wioski, którzy od wczesnych lat życia są zmuszani przez sytuację materialną do pracy. Ciężkiej pracy, która jest ich jedynym światem pośród biedy życia w buszu.

13 sierpnia

Kolejna podróż pick-upem, kolejne zwiedzanie. Tym razem udaliśmy się do innej większej stacji misyjnej, oddalonej o ok. 1,5 h drogi pick-upem od Amakuriat. Po drodze zwiedziliśmy także liceum założone przez kombonianów. Obok stacji znajduje się również placówka sióstr franciszkanek, gdzie zostaliśmy ugoszczeni przez s. Mary. Ciekawym doświadczeniem było spotkanie misjonarki ukształtowanej w innym charyzmacie, ale którą jednocześnie łączy z pozostałymi misjonarzami ten sam cel – pomoc i służenie najuboższym i dzielenie się z nimi wiarą.

14 sierpnia

Czwartek był dniem bardzo intensywnym i pełnym wrażeń – zaraz po porannej Mszy Świętej zapakowaliśmy się na pick-up i ruszyliśmy aż do Ugandy! Naszym celem była miejscowość Matany, gdzie pracuje Danusia, polska Świecka Misjonarka Kombonianka. Podróż zajęła nam ok. 3 godziny. Na miejscu, po przywitaniu się z Danusią, oraz po poznaniu o. Johna Bosco, miejscowego kombonianina, rozpoczęliśmy zwiedzanie miejscowej misji. Pierwszym punktem było przedszkole w Matany, gdzie zostaliśmy oficjalnie powitani i przedstawieni. To na potrzeby tej właśnie placówki prowadzona była ponad rok temu akcja „Przedszkole w Matany”. Gdy rodzice, którzy w momencie naszego przyjścia przebywali w przedszkolu, usłyszeli o przybyciu grupy, która była zaangażowana w ową akcję, zaczęli nam z całego serca dziękować za dobroć i błogosławić. Widok szczerej, dozgonnej wdzęczności u przemawiających był dla nas niesamowicie budującym przeżyciem.
Następnie zwiedziliśmy szpital, gdzie pracuje Danusia, zajmując się fizjoterapią. Ogromny jak na afrykańskie standarty budynek zrobił na nas spore wrażenie. Zwiedzając poszczególne oddziały poznawaliśmy również ludzi tam pracujacych, w tym np. Francisa, Szwajcara, który wraz z żoną i dziećmi już od paru lat wyjechał na misje i pracuje w szpitalu jako chirurg.
Po lunchu udaliśmy się do pobliskiej wioski na spotkanie z rodziną z plemienia Karimojong. Zostaliśmy miło ugoszczeni chłodnymi napojami oraz lokalnym przysmakiem. Ciężko go porównać do czegoś polskiego; było to coś w rodzaju masy, której składnikami były między innymi: sezamy, nasiona ogórków, orzechy, suszone mięso, krowi tłuszcz i… białe mrówki! Na szczęście, mimo dość nietypowego ostatniego składnika, potrawa nam bardzo posmakowała. Podczas spotkania rozmawialiśmy o kulturze i zwyczajach plemienia Karimojong. Ani się nie obejrzeliśmy, a trzeba było już wracać. Pożegnaliśmy się z Daną i ruszyliśmy czym prędzej  z powrotem na kenijski ląd.
Wieczorem uczestniczyliśmy jeszcze w nocnym czuwaniu z okazji Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ponownie doświadczyliśmy zachwytu nad pobożnością afrykańskich wiernych – kościół pękał w szwach, a nawet po zakończeniu czuwania aż do rana dobiegały z niego głośne śpiewy.

15 sierpnia

W ostatni dzień pobytu w Amakuriat mieliśmy czas wolny. Podzieliliśmy się na dwie grupy:

O. Maciek, Piotrek, Magda i Kasia udali się na całodzienną, pieszą wyprawę po okolicy. Ich celem było ponowne odwiedzenie Kalapaty. Zostali ugoszczeni przez miejscowych herbatą, przy okazji wykorzystując w rozmowach podstawy suahili. Wyprawa zajęła cały dzień – wrócili zmęczeni lecz zadowoleni.

Natomiast pozostała część ekipy, a więc s. Ula, Maciek, Zuza, Fabio i Peter, nasz przewodnik, zostaliśmy w Amakuriat. Fabio szybko został zwerbowany do pomocy przy awarii akumulatora dzięki swojemu inżynierskiemu wykształceniu, Peter postanowił uczestniczyć w katechezach dla młodych prowadzonych przez o.Titusa, a my postanowiliśmy udać się do pomocy w laboratorium przy klinice s. Gabrieli. Na miejscu zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci przez Simona i Kevina, pracowników laboratorium. Dostaliśmy zajęcie przy prowadzeniu rejestru pacjentów, gdzie wpisywaliśmy ich dane, choroby, pod kątem których wykonywane są badania oraz ich wyniki. Oprócz tego mogliśmy ujrzeć tajniki przeprowadzania testów, jak ocenia się obecność i poziom zaawansowania malarii i innych chorób, obejrzeć sprzęt laboratoryjny itp. Było to bardzo ciekawe i pouczające doświadczenie.

Wieczór spędziliśmy już wszyscy razem na pożegnalnych rozmowach ze wspólnotą. Tydzień  pobytu w Amakuriat minął nam jak z bicza strzelił i już trzeba było się zbierać do powrotu. Dziękujemy Bogu za ten niesamowity czas i doświadczenie jakie w jego trakcie nabyliśmy.

16 sierpnia

Po ok. 16-sto godzinnej podróży dotarliśmy do Korogocho późnym popołudniem. Zostaniemy tu już do końca naszego pobytu w Kenii. Tym samym półmetek naszego doświadczenia już za nami – powoli podsumowujemy to, co się do tej pory wydarzyło, będąc jednocześnie otwartymi na to wszystko, co wciąż przed nami.

Wieści z Amakuriat

15 sierpnia

Pewnie niektórzy się zastanawiają dlaczego „oni” nie piszą!? Powód bardzo prozaiczny – brak internetu. Stąd po raz kolejny przekazuję wszystkim odwiedzającym tego bloga (szczególnie rodzinom uczestników), że grupa ma się świetnie. Są bardzo zadowoleni, no i tak im się spodobało życie między Pokot, że teraz nie wiem czy wrócą do Korogocho?! Wczoraj cała ekipa wybrała się do Ugandy, by odwiedzić naszą świecką komboniankę – Danusię. Myślę, że to było bardzo miłe spotkanie dla nich wszystkich, ale o tym dniu i pozostałych w szczegółach opowiedzą wam na blogu kiedy [w końcu] wrócą do Korogocho. Będą tu w sobotę, więc prawdopodobnie szeroka relacja z ostatnich dni pojawi się na blogu w niedzielę. Zapraszam i pozdrawiam w ich imieniu!

10 sierpnia

Poniższego posta tym razem wrzuca inny Maciek (nie Garmada i nie Miąsik) Dziś przyszła kolej na mnie – Maćka Zielińskiego. Otóż nasza grupa kenijska zadzwoniła do mnie, bym napisał w ich imieniu małe co nieco. Na razie, tam w Amakuriat (West Pokot) nie mają Internetu – niestety „na razie” może zmienić się w „przez cały tydzień”! Zobaczymy.

Na razie krótko i treściwie. Wszyscy dotarli cali i zdrowi do naszej kombo misji w Amakuriat po … 19 godzinach podróży. Ponoć nie byli nawet zmęczeni – prawdziwi misjonarze! Przez telefon powiedzieli mi tylko, że są bardzo zadowoleni – zostali bardzo gorąco przyjęci przez Kombo wspólnotę i przez lokalną ludność – plemię Pokot. Teraz, wieczorem świętują wspólnie urodziny Magdy.

Gorąco wszystkich pozdrawiają. A ja dołączam się do tych pozdrowień.

Mt 25,40

8 sierpnia

Zaraz z rana ruszyliśmy do pobliskiej szkoły im. świętego Franciszka (St. Francis Secondary School) na Mszę Świętą na zakończenie trymestru. Dziś uczniowie w całej Kenii zaczynają trwające ok. trzy tygodnie wakacje. Po Mszy Świętej zostaliśmy również zaproszeni na pokaz tańców afrykańskich wykonywany przed uczniów.

Następnie udaliśmy się do ośrodka zdrowotnego w Korogocho, prowadzonego przez siostry kombonianki. Klinika działa na wielu „odgałęzieniach” – oferuje pomoc medyczną pierwszego kontaktu, pomoc psychologiczną, prowadzi kursy uświadamiające o popularnych i groźnych chorobach typu AIDS, gruźlica itp. oraz wysyła wolontariuszy na wizyty domowe do chorych.  Podczas zwiedzania poznaliśmy sposób funkcjonowania ośrodka, skąd i jak bierze leki i jak nimi zarządza.

Po południu podzieliliśmy się na grupy i udaliśmy się z wyżej wspomnianymi wolontariuszkami na odwiedziny do chorych. Bardzo duże wrażenie zrobiła na nas możliwość wejścia do domów różnych ludzi w slumsie, porozmawiać z nimi o ich problemach i posłuchać historii ich choroby. Wielu mieszkańców dotknęło kalectwo, odwróciła się od nich rodzina, nie mają jak zarobić na życie… Zrobiło to na nas wszystkich ogromne wrażenie i było to źródłem wielu przemyśleń. Podczas wieczornego podzielenia, zgodnie stwierdziliśmy, że najtrudniejsza w tych odwiedzinach było często niemożność pomocy. Daliśmy im jednak to, co tylko mogliśmy dać – naszą obecność i modlitwę, a to również bardzo ważny i cenny dar.

Jutro wcześnie rano wyruszamy do Amakuriat. Przed nami cały dzień podróży. Gdy tylko dotrzemy na miejsce i wypoczniemy, damy znać co u nas. Póki co, prosimy o wsparcie modlitewne na czas tej długiej i męczącej podróży.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 496 other followers